środa, 4 września 2013

Zwiedzamy Saint Peter's College


W czasie tegorocznych wakacji miałem przyjemność zwiedzić jeden z pomniejszych koledży wchodzących w skład Uniwersytetu Oksfordzkiego, Saint Peter's College. Najpierw wytłumaczymy, czy jest koledż, a potem obejrzymy kilka zakątków.

Uniwersytet Oksfordzki jest jednym z nielicznych uniwersytetów brytyjskich utrzymujących tzw. system kolegialny. Samodzielną jednostką uniwersytetu jest koledż – wbrew powszechnemu przekonaniu nie jest to budynek, a stowarzyszenie tzw. fellows, czyli samodzielnych pracowników naukowych. O przyjęciu naukowca do koledżu ("towarzyszy") decydują wszyscy fellows, a proces ten jest dość długi i skomplikowany. Koledż zatrudnia też innych specjalistów, ale ci bez statusu "fellow" przychodzą jedynie przeprowadzić swoje zajęcia i mają bardzo ograniczony wpływ na zarządzanie koledżem.

Strategiczne decyzje w koledżu podejmują fellows, a sprawami codziennymi zajmuje się tzw. Master. Powiedzmy, że jest kimś w rodzaju kanclerza. Master dba o najprostsze sprawy jak zaopatrzenie koledżu w materiału, lecz zajmuje się również pozyskiwaniem funduszy na jego rozwój i dba o kontakty poza koledżem. To bardzo odpowiedzialna funkcja i zawsze wielu kandydatów stara się o stanowisko Mastera, choć nie jest ono wynagradzane szczególnie dobrze. Decyzję o zatrudnieniu nowego Mastera podejmują rzecz jasna fellows.

Jakie są obowiązki fellowa? Przede wszystkim ma rozwijać naukę i nauczać studentów. Fellows prowadzą więc badania naukowe i na tym głównie się skupiają. Nauczanie natomiast odbywa się w formie tzw. tutoriali oraz wykładów. Rok akademicki jest bardzo krótki na Uniwersytecie Oksfordzkim i trwa zaledwie 24 tygodnie. Studenci muszą więc pracować bardzo intensywnie.

Co należy zrobić, aby zostać studentem Uniwersytetu Oksfordzkiego? Proces rekrutacyjny jest bardzo długi i znajduje się na nim wiele płotków do pokonania. Uczelnia żąda przedstawienia ocen, zarówno z egzaminu gimnazjalnego (GCSE) jak i przewidywanych ocen z tzw. A-levels (odpowiednik naszej matury). Jeśli przewidywane oceny z A-levels są inne niż A czy A* (czyt. "a star"), możemy już zapomnieć o studiowaniu "na Oksfordzie". Wynik A* to wynik zbliżony do 100%. Jeśli spełniamy podstawowe wymagania i wykładowcom spodobało się nasze "personal statement" (opis zainteresowań i celów, jakie sobie wyznaczamy), możemy przystąpić do egzaminów wstępnych oraz wziąć udział w rozmowie z fellowem, który będzie nas pytał o różne sprawy związane z dziedziną, którą chcemy studiować. Pamiętajmy, że nie ma czegoś takiego jak studiowanie matematyki, geografii czy medycyny na Uniwersytecie Oksfordzkim. Studiujemy przedmiot w danym koledżu, czyli już na wstępie musimy zdecydować, czy będzie to matematyka w Saint Peter's College czy może jakimś innym koledżu.

Dla wielu osób będzie to spore zaskocznie, lecz warto wiedzieć, że wcale nie tak dużo osób stara się o przyjęcie do koledżu. W przypadku geografii to ok. 4 osoby na miejsce, jednak sam koledż oferuje tylko 4 miejsca. Ponieważ studia trwają trzy lata, łatwo obliczyć, że fellow "od geografii" opiekuje się 12 studentami. Co roku studenci otrzymują listę lektur sięgającą kilkuset pozycji, z której mają sobie wybrać kilkadziesiąt książek. W oparciu o tę listę studenci przygotowują eseje, które mają oddawać tutorowi co tydzień. Każdy student otrzymuje swój zestaw tematów i musi co roku przygotować 24 eseje, a każdy ma liczyć 2000 wyrazów. Eseje mają być przedstawione w konwencji naukowej, czyli z cytowaniami i podaniem źródeł. Jak łatwo obliczyć, student musi wyprodukować ponad 200 tys. wyrazów w czasie trzech lat studiów, czyli równowartość... dwóch rozpraw doktorskich. Rzecz jasna student na poziomie licencjatu nie prowadzi badań naukowych, niemniej liczby są imponujące.

Co dzieje się następnie z esejem? Studenci muszą przedstawić je tutorowi, który czyta je skrupulatnie, a następnie przedstawia swoją listę uwag i zastrzeżeń. Eseje omawianie są w trakcie tutoriali, w których bierze udział tutor oraz dwóch studentów. W czasie jednej godziny omawiane są obydwa eseje, a studenci uczą się bronienia swojego zdania oraz... jak to sformułować? Najprościej można by powiedzieć, że uczą się myślenia. 

Pisanie esejów to nie wszystko. Studenci muszą się uczyć do egzaminów – przeważnie mają po dwa egzaminy w ciągu dnia (pozdrawiam tu moich leniuszków, dla których PNJA to już za dużo), a w czasie sesji odnotowuje się przypadki omdleń i zasłabnięć. Egzaminy polegają na napisaniu esejów na zadane tematy, a studenci nie mają na to zbyt wiele czasu. Należy pamiętać, że eseje egzaminacyjne pisane są w konwencji naukowej, czyli z cytatami i bibliografią. Tak, należy podać je z pamięci. Jak łatwo się domyślić, semestr polega na wbijaniu sobie do głowy zawartości kilkudziesięciu książek do głowy...

Jak wygląda codzienne życie w koledżu? Studenci najczęściej są zakwaterowani w budynkach koledżu oraz w akademikach. Każdy student otrzymuje swój pokój, gdzie może trzymać swoje rzeczy i uczyć się. Za skromną opłatą student otrzymuje też całodzienne wyżywienie, na które składają się śniadania, lunche, obiady i kolacje (opłata to ok. 30 funtów na miesiąc). Posiłki spożywa się na stołówce, a Saint Peter's College studenci jedzą na jednej sali z wykładowcami. Student koledżu ma więc wiele okazji do spotkań z osobami zajmującymi się innymi dziedzinami nauki, gdyż na stołówce czy w bibliotece spotka biologów, lingwistów, fizyków czy chemików. Niekiedy studenci decydują się, by mieszkać w wynajętym domu w kilka osób. Dzieje się tak w przypadku, kiedy koledż nie jest w stanie zapewnić miejsc dla wszystkich.

Jak wygląda praca wykładowcy na Uniwersytecie Oksfordzkim? Na pewno można powiedzieć, że fellow nie ma słodkiego życia. Przede wszystkim musi prowadzić badania naukowe i pozyskiwać granty. Rzecz jasna afiliacja przy uniwersytecie będącym jednym z najlepszych na świecie ułatwia wiele rzeczy, ale nie oznacza automatycznego dostępu do nieograniczonych środków. Dobry grant w naukach humanistycznych to kilkadziesiąt tysięcy funtów, które można wydatkować na konferencje czy zakup sprzętu albo literatury. Fellow poświęca dużo czasu na tutoriale – 12 studentów przekłada się na 6 godzin spotkań co tydzień. Fellow jest również zatrudniany przez uniwersytet i prowadzi wykłady. A przecież jeszcze trzeba sprawować opiekę nad kilkoma studentami na poziomie magisterskim (post-graduates) oraz kilkoma doktorantami. I jeszcze są artykuły i książki do napisania... I jeszcze trzeba zorganizować konferencję... Fellow bierze również udział w pracach różnych uczelnianych komisji.

Skąd uniwersytet bierze środki na takie funkcjonowanie? Uniwersytet Oksfordzki – a także same koledże – posiada olbrzymi majątek w postaci nieruchomości oraz inwestycje, które generują co roku pewien profit. Fantastyczną kasę zarabia również najstarsze wydawnictwo świata – Oxford University Press. Do tego dochodzi subsydium państwowe na kształcenie studentów oraz czesne. Uniwersytet musi pobierać czasne w wysokości 9 tys. funtów rocznie, czyli maksymalne dopuszczalne, aby w ogóle być w stanie funkcjonować. Niezłym źródłem zarobku są też programy magisterskie czy studia MBA (65 tys. funtów za rok), na które zjeżdżają się chętni z całego świata.

Same miasto Oksford jest urocze. Gdzie nie spluniesz tam koledż, albo akademik, natomiast sam uniwersytet dba o zachowanie wyjątkowego charakteru miasta. Dlatego też sporą część miasta zajmują parki i łąki koledży, a wszędzie widzimy mury otaczające dziedzińce (quadrangles) i tereny prywatne. Niektóre koledże można zwiedzać, jednak pomniejsze nie są ogólnodostępne.

Saint Peter's College to jeden z najmłodszych koledży Uniwersytetu Oksfordzkiego. Jest położony w ścisłym centrum miasta, niedalego dworca autobusowego.


Jednym z najważnieszych obiektów koledżu jest kaplica.  Na poniższym zdjęciu widać kaplicę, po prawej stronie budynek, gdzie znajduje się portiernia i biblioteka, po lewej stronie widoczny budynek, gdzie mieści się stołówka i "common room" dla fellows.





Poniżej widzimy budynek wejściowy od środka. Parter to pomieszczenia portierni oraz gabinet Mastera. Na piętrze znajduje się serce koledżu, czyli biblioteka. Brzydki, betonowy budynek, którego fragment widać po lewej, zajmują gabinety fellows.
Poniżej biblioteka – jak widać, zajmuje dwa poziomy. W środku komputery Apple oraz tysiące woluminów. Studenci mają swobodny dostęp do półek i uczą się tu całymi dniami.

Kaplica do strony dziedzińca. Wykorzystywana jest raczej jako miejsce koncertów, a także jako... sala wykładowa w czasie konferencji. Niejmniej jednak stanowi ona własność Church of England, opiekuje się nią biskup, a sam koledż nie ma prawa jej zlikwidować.


Poniżej portet pierwszego Mastera koledżu. Pod obrazem kolekcja jego odznaczeń, w tym dwa Victoria Cross.


Tak wygląda wnętrze Common Room dla wykładowców. Tutaj czyta się gazety, pije herbatę i omawia nieformalnie różne  sprawy koledżu. Studenci nie mają tu wstępu, mogą jednak zostać zaproszeni przez fellowa.


Poniżej wnętrze stołówki. Tutaj jada się posiłki. W głębi stół dla wykładowców. Saint Peter's jest nietypowym koledżem w tym względnie, gdyż przeważnie wykładowcy jadają w osobnych pomieszczeniach. Na ścianach portrety Masterów.






wtorek, 6 sierpnia 2013

Jak uczyć się i nauczyć angielskiego?



W jednym z komentarzy Eadgyth postawiła szereg pytań. Przytaczam je w całości i postaram się zgodnie z życzeniem, w "dłuższy" sposób odpowiedzieć:

Komentarz niezwiązany z wpisem: czy mógłby Pan napisać dłuższy tekst o różnych sposobach nauki? Jakie Panu najbardziej się przydały? Z jakich najczęściej Pan korzysta, nauczając? Ja ostatnio odkryłam, że w moim przypadku jest kompletną stratą czasu czytanie reguł gramatycznych, nauka na blachę przykładów, a potem rozwiązywanie zadań -> zamiast tego biorę książkę, czytam ją, wypisuję interesujące konstrukcje gramatyczne i o wiele łatwiej wchodzą one do głowy :)

Języka angielskiego uczony byłem przy pomocy tzw. Grammar-Translation Method. Polegało to na tym, że wbijano mi do głowy gramatykę, a język ćwiczyłem tłumacząc zdania na polski i angielski. Jedynymi dostępnymi pomocami naukowymi były podręcznik Waldemara Martona oraz "Wielki słownik angielsko-polski i polsko-angielski", zwany też od nazwiska redaktora "Stanisławskim".  Bardzo lubiłem – i nadal lubię – uczyć się list słownictwa na pamięć. Wyglądało to w ten sposób, że wypisywałem sobie na kartce albo w zeszycie słówka angielskie, a obok niego wymowę i znaczenie polskie. Nauka wyglądała w ten sposób, że zaginałem pasek ze słówkami angielskimi i przepytywałem sam siebie. Jednorazowo potrafiłem tak przyswoić kilkadziesiąt wyrazów, a będąc odpytywanym przez mojego Nauczyciela potrafiłem przetrwać sesję liczącą ponad 1200 wyrazów...

Lubiłem – i nadal lubię – czytać angielskie i amerykańskie książki, które dzięki bogu znajdowały się w domu. Ojciec poprzywoził z różnych wojaży zagranicznych trochę literatury, więc było co czytać: periodyk "Destinies", opowiadania Briana Aldissa, powieści Clive'a Cusslera i Roberta A. Heinleina. Bardzo dużo korespondowałem: zdobyłem adres fan-klubu Tangerine Dream i pisywałem do jednego z belgijskich fanów. Zbierałem też katalogi i ulotki od różnych firm, a pisząc do The Twentieth Century Fox z prośbą o fotosy z filmu "Alien" natrafiłem na człowieka, których zainteresował się dzieciakiem zza Żelaznej Kurtyny i tak sobie pisaliśmy przez kilka lat.

Bardzo dużo skorzystałem ucząc języka angielskiego. Przez całe liceum uczyłem różnych ludzi – licealistów, dzieciaki, lekarzy i kogo popadnie. Powbijałem sobie przy okazji wiele regułek do głowy, zetknąłem się z wieloma zachowaniami ludzkimi i studia podjąłem dysponując sporym doświadczeniem. Lepiej jednak zdefiniować moją naukę języka angielskiego przez... BRAK. Nie miałem do czynienia przez siedem lat z native speakerami (skąd wziąć Anglika czy Amerykanina w podbeskidzkim miasteczku???), nie miałem angielskich podręczników do słownictwa i gramatyki, nie miałem ŻADNYCH materiałów do słuchania, nie stał do dyspozycji żaden absolwent filologii angielskiej. Jednak wiedza z leksyki oraz gramatyki wyniesiona z domu, z jednego słownika i kilku książek, pozwoliła mi przetrwać rok na prywatnej anglistyce (Bielsko Academy of Business), a następnie dwa lata na anglistyce.

Z prawdziwym "mówionym" angielskim zetknąłem się w Bielsku-Białej: kilku Amerykańców wykładało biznes na nowoutworzonej Bielskiej Akademii Biznesu (1991). Uciekałem przed wojskiem (wtedy służba wojskowa była obowiązkowa) i jakoś załapałem się na kierunek "filologia". Spotkały mnie tu dwie dobre rzeczy: tłumaczyłem wykłady z marketingu prowadzone przez Amerykankę imieniem Valery Iban (Hawajkę) oraz uczestniczyłem w zajęciach prowadzonych przez Elżbietę Jaszczurowską. Miałem więc do czynienia z prawdziwym angielskim liczonym w setkach godzin oraz z prawdziwym filologiem. Pani Jaszczurowskiej zawdzięczam teź zetknięcie się z książką życia, czyli "Advanced Vocabulary and Idiom" autorstwa BJ Thomasa. Dobrych nauczycieli poznacie po tym, jakie książki wam podetkną ;)

Jak uczę się angielskiego teraz? Najprościej na to pytanie odpowiedzieć: cały czas. Wykorzystuję każdą nadarzającą się okazję, by nauczyć się czegoś z angielskiego. Już wyjaśniam to bliżej. Menu telefonu komórkowego mam ustawione po angielsku (to zresztą cecha dobrego anglisty...). Język fejsbuka mam ustawiony na angielski, a bardzo dużo słówek nauczyłem się grając... w Farmillve. Obecnie nadrabiam zaległości serialowe i przyswajam z nich ogromne ilości słownictwa. Większość moich lektur – beletrystyka, lingwistyka, realioznawstwo – jest w języku angielskim. Kilku spośród moich znajomych to Australijczycy, Irlandczycy, Anglicy, Amerykanie, więc jest z kim pogadać. Jednak najlepszą okazją do uczenia się angielskiego to... uczenie go :) Wiele różnych rzeczy się pisząc książki i wykonując tłumaczenia. Właściwie każdą okazję wykorzystuję, aby przyswoić coś nowego. Robię to po prostu odruchowo.

Eadgyth zadała też takie pytanie: Z jakich (sposobów)najczęściej Pan korzysta, nauczając? Odpowiedź zapewne rozczaruje wiele osób. W moim uczeniu nie ma nic tajemniczego. Nie ma fajerwerków metodycznych, nie ma sztuczek i trików. Jeśli ktoś z Was oglądał niesamowity film "Kung Fu Panda", to pewnie zapamiętał dobrze przesłanie filmu: "Nie ma tajemniczego składnika". I tak samo można podsumować moje nauczanie – nie ma tajemniczego składnika. Po prostu uczeń ma się uczyć, a moje uczenie ma być dopasowane go jego potrzeba.

Pewnie narażę się wielu osobom – w szczególności uczelnianym metodykom (ale to jeden w jednego banda idiotów, bez wyjątków) – lecz uważam, że sposób na naukę nauka angielskiego jest bardzo prosty. Angielski składa się ze słownictwa i gramatyki, więc tego staram się nauczyć w pierwszej kolejności. Stosuję tu jednak swoją regułę "5/90/5", czyli: pięć procent czasu przeznaczamy na wyjaśnienia (po polsku albo po angielsku, zależnie od poziomu ucznia), dziewięćdziesiąt procent przeznaczamy na ćwiczenia, a pięć procent na... pogaduchy :D

Gramatykę staram się wyjaśnić jak najprościej i przechodzę od razu do przykładów. Uważam, że znajomość regułek nie jest ważna – o wiele ważniejsze jest poprawne mówienie i pisanie. Uważam – znowu kłaniam się bujającym w niebie metodykom i metodyczkom – że dryle językowe są ważne. Najpierw musimy opanować sposoby tworzenia zdania twierdzącego i przeczącego, a także zadawanie pytań. Potem można przechodzić do stosowania struktur w rozmowach i tekstach. Bardzo lubię serię Murphy'ego oraz książki Macieja Mataska.

Słownictwa uczę korzystając z kilku książek: "Elementary Vocabulary", "Intermediate Vocabulary" oraz "Advanced Vocabulary and Idiom" na miejscu pierwszym, a ostatnio odkryłem, że całkiem niezłe jednostki poświęcone słownictwu są w książkach Vince'a. Za świetną książkę uważam "Business Vocabulary in Use". Oczywiście nie ograniczam się do "tłuczenia" tylko kilku książek. W czasie lekcji rozmawiamy, a wtedy staram się wykorzystać każdą okazję, by coś wytłumaczyć albo dokładniej objaśnić.

Staram się też swoim uczniom wpoić dobre odruchy: sprawdzanie znaczenia słówek w słownikach; uczenie się angielskiego z książek, gier i seriali; dbanie o poprawność wypowiedzi. Moje uczenie jest też oparte na prostej zasadzie: "Nie ma ściemy. Nie ma lipy". Jeśli podaję jakąś regułkę, jestem jej w 100% pewny. Jeśli podaję znaczenie jakiegoś słówka, jestem w 100% pewny, że mówię prawdę. Jeśli zaś nie jestem czegoś pewny, to nie kłamię, ani nie ściemniam. Po prostu sięgam po odpowiednią książkę na półkę (a mam ich setki) albo po słownik (a mam ich kilkadziesiąt). Uważam bowiem, że bycie solidnym i prawdomównym to mój obowiązek.

Dlaczego tak bardzo podkreślam to bycie "w 100% pewnym". Otóż, często rozmawiam z moimi uczniami o szkole i wiadomościach im przekazywanych. Najczęściej jestem wtedy zdegustowany postawą ich nauczycieli: ignorują pytania, olewają ćwiczenia, bardzo często mówią na lekcjach bzdury. Potem ja muszę sprzątać i odchwaszczać. Obraz, jaki wyłania się z tego, o czym opowiadają mi uczniowie, jest bardzo przykry: większość nauczycieli przychodzi do szkoły by odbębnić swoje pięć czy sześć godzin i skasować wypłatę. Stoi to w opozycji do mojego kodeksu: ja uczę z pasją.

Kiedy ktoś pyta się mnie, jak uczyć się języka angielskiego, doradzam następujące rzeczy. Po pierwsze, ucz się systematycznie. Warto "podłubać"  w angielskim codziennie, co dwa dni, lub przynajmniej co tydzień. W nauce języka obcego ważna jest "masa", czyli przerobienie jak największej ilości ćwiczeń. Po drugie, ucz się tego, co jest ci potrzebne. Warto znać jak najwięcej słówek, ponieważ wtedy możemy się dogadać. Po trzecie, jeśli uczysz się angielskiego, sięgaj po AUTENTYCZNE źródła angielskiego: ucz się ze stron internetowych, czytaj książki, graj w gry, oglądaj seriale. Po czwarte, kup sobie dobry słownik – najlepiej sprawdza się "Longman. Podręczny słownik polso-angielski i angielsko-polski". Po piąte, ucz się PRZYKŁADÓW z dobrego słownika. Wbite do głowy przykłady "wyskoczą" same z głowy w odpowiednim czasie i miejscu.

Moje uczenie często przybiera postać tzw. "prucia sweterka". Zaczyna się lekcja, uczeń zadaje pytania lub ja o coś pytam, pojawia się problem i zaczynamy coś wyjaśniać, a potem... trzeba poćwiczyć. Niekiedy po prostu przegadujemy lekcję – po angielsku! – i wtedy też jest dobrze. Plan jest ważny, ale trzeba też być gotowym anulować najlepszy plan, kiedy pojawiają się pilniejsze potrzeby. Chwytamy wtedy za niteczkę i prujemy... prujemy... prujemy...

Czego NIE lubię wykorzystywać w nauce angielskiego: nie lubię... podręczników. Obecnie wykorzystuję dwie serie: "Language to Go" oraz "Objective...". Podręcznik przydaje się, jeśli chodzi o utrzymanie pewnego tempa. Niekiedy widać, że uczeń (najczęściej dorosły) ma potrzebę wiedzieć postępów – najłatwiej to spełnić przerabiając podręcznik. Niestety większość podręczników nadaje się jedynie do uczenia grup, a ja nauczam wyłącznie indywidualnie. Jedynym podręcznikiem, jaki nadaje się do uczenia 1-2-1 (one-to-one, jeden na jeden) to wspomniany "Language to go". Natomiast kiedy zachodzi potrzeba przygotowania ucznia do egzaminu, warto sięgnąć po serię "Objective...". Znakomicie się sprawdza przy egzaminach FCE, CAE i CPE. Wszelkie typowe repetytoria gimnazjalne czy maturalne, a także podręczniki szkolne uważam za nieprzydatne w uczeniu 1-2-1.

Kiedy zaś NAUCZYSZ się angielskiego? Uczciwy nauczyciel odpowie Ci...: nigdy. Po prostu w czasach obecnych angielskiego trzeba douczać się stale. Pierwsi przekonali się o tym lekarze, a następnie kadra zarządzająca. Posługując się prostą analogią: nauka angielskiego to jak mieszanie betonu w betoniarce. Jeśli przestaniesz choć na chwilę, pozamiatane. Miłego mieszania!

TL;DR
Najlepsza metoda w nauce angielskiego to "W2YB": Whatever Works for You, Baby. Jeśli lubisz czytać książki, czytaj książki. Lubisz gadać – gadaj. Lubisz rysować i notować – rysuj i notuj. Nikt poza Tobą nie wie, jak się uczysz :)

poniedziałek, 29 lipca 2013

Cztery pokolenia i co dalej?


Rodzina królewska w Wielkiej Brytanii (a szerzej rzecz ujmując – Zjednoczonym Królestwie) liczy sobie cztery pokolenia. Wiemy już, że "Royal Baby" zyskało imiona George Alexander Louis, i jest obecnie na miejscu trzecim w kolejce do tronu. Czy aby jednak na pewno? Zastanówmy się, jak będzie wyglądała sprawa sukcesji.

Królowa Elżbieta II ma już 87 lat, a na tronie zasiada od 1952 roku. Niedawno świętowała tzw. Diamentowy Jubileusz, czyli 60. rocznicę swojego panowania. Jej dzieci to – w kolejności urodzeń – Karol, Anna, Andrzej i Edward. Spadkobierca tronu, książę Karol, zasłynął za sprawą skandali związanych z jego małżeństwem z Dianą Spencer oraz posiadaniem kochanki, Camilli Shand. Książęce małżeństwo zakończyło się rozwodem w 1996 roku, a Karol został odsunięty na tor boczny. Przez wiele lat opinia publiczna odnosiła się do niego wrogo, dopiero niedawno Karol zyskał na popularności. W 2005 roku książę poślubił swoją dawną kochankę, co samo w sobie świadczy o rewolucji, jaka dokonała się na dworze królewskim.

Drugą osobą w oficjalnej kolejce do tronu jest syn Karola, książę William. Urodził się w 1982 roku, ukończył Eton, a następnie studiował na St. Andrews, najstarszym uniwersytecie szkockim. Książę ukończył również akademię wojskową w Sandhurst i brał udział w operacjach militarnych w różnych rodzajach sił zbrojnych. Książę William został następnie oficerem RAF (siły lotnicze) i został przeszkolony jako pilot helikoptera. W 2012 roku stacjonował na Falklandach przez sześć tygodni, a jego służba dziwnym trafem zbiegła się z 30. rocznicą wybuchu konfliktu argentyńsko-brytyjskiego (jak wiemy dobrze, brytyjskie siły zbrojne złoiły tyłki Argentyńczykom i odzyskały wyspy). W 2011 roku książę William poślubił Catherine Middleton, a dwa lata póżniej doczekał się wspomnianego wcześniej syna.

Obecnie cała uwaga mieszkańców Zjednoczonego Królestwa, Wspólnoty Narodów, oraz chyba całego świata skupiona jest na malutkim Jerzyku oraz jego rodzicach. Są ku temu powody... Premier brytyjski, David Cameron, na początku tego roku zapowiedział, że obywatele brytyjscy będą mogli wypowiedzieć w sprawie dalszej przynależności Zjednoczonego Królestwa do Unii Europejskiej w referendum, a samo głosowanie zapowiedział na "nie później niż koniec 2017". Nie trzeba być geniuszem, aby powiązać ze sobą fakty. Wnuk Elżbiety II uzyskał wykształcenie, zdobył doświadczenie militarne oraz przekroczył 30. rok życia. Trudno nazwać do młodokosem czy nieopierzonym szczeniakiem. Jest obecnie żonatym człowiekiem, ojcem prawnuka królowej. Sam książę, jego rodzina i cały dwór królewski od kilku lat bardzo systematycznie pracowali nad wizerunkiem "Drugiego w Kolejce". Powód takie postępowania jest jasny – drugi ma się stać pierwszym.

Książę Karol jest zbyt stary, a jego osoba jest nadal niezbyt dobrze postrzegana, aby został kolejnym królem. Brytyjczycy najprawdopodobniej zagłosują za wyjściem z UE, która jest wstrząsana kolejnymi kryzysami. Skoro referendum zostało przewidziane na 2017 rok, można przypuszczać, iż Elżbieta II abdykuje w przeciągu najbliższych 24 miesięcy. Prawdopodobnie przywołane zostaną względy zdrowotne (problemy z podróżowaniem itp.), a w tym wieku człowiek naprawdę traci siły i sprawność. Któż lepszy jako następca niż młody książę William? Kiedy obejmie on tron, będzie miał do dyspozycji kilkanaście miesięcy, by wykonać wszystkie rundy honorowe po dworach królewskich i pałacach prezydenckich na świecie. Młody król będzie czynnikiem jednoczącym społeczeństwo w było nie było kryzysowej sytuacji, a zarazem gwarantem pokojowego i stopniowego "wypisania" się UK ze struktur unijnych. Książę Karol będzie natomiast wspierał dyskretnie swojego syna i służył mu radą i opieką.

Brytyjczycy wstępujący do UE zachowali wiele rezerwy. Wywalczyli sporo koncesji dla swojego kraju, a prawdziwie mistrzowskim posunięciem było zachowanie własnej waluty. Jest rok 2013 i zdaje się, że Brytyjczycy "wyssali" już odpowiednio dużo z Unii Europejskiej i nie widzą cienia szansy na jakiekolwiek dalsze profity. Nie miejmy bowiem złudzeń – mieszkańcy Wysp Brytyjskich są pierwsi w robieniu interesów, kiedy przynoszą im korzyści. I są również pierwsi, którzy porzucają tonący okręt. Taka bezwględność i brutalność w uprawianiu polityki i prowadzeniu interesów zapewnia im bogactwo i niezależność.

Opuszczenie UE przez Wielką Brytanię będzie ogromnym ciosem dla tego tworu, gdyż – jest to chyba jasne dla wszystkich – kraj ten pełni rolę zwornika spajającego całą konstrukcję. Łatwo sobie wyobrazić, co stanie się, kiedy zabraknie w UE Anglików: Niemcy i Francuzi rzucą się sobie do gardła, a sytuacja temu sprzyja, ponieważ za Francją – w sensie fizycznym – znajdują się pogrążone w kryzysie i niezdolna do zorganizowanego działania Portugalia i Hiszpania, a Niemcy nie muszą obawiać się praktycznie bezbronnej Polski. I tak oto narodziny "pierwszego prawnuka" najprawdopodobniej doprowadzą do ogólnoeuropejskiego konfliktu. Oby tylko był on konfliktem politycznym, a nie militarnym.