Pokazywanie postów oznaczonych etykietą realioznawstwo. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą realioznawstwo. Pokaż wszystkie posty

poniedziałek, 3 lutego 2014

Trochę więcej o Let’s Visit Ireland


Koniec roku okazał się być dla mnie wyjątkowo zjadliwy – dostałem zapalenia spojówek i przez to skończyłem pracę nad „Let’s Visit Ireland” dopiero po Nowym Roku. Książka już jest napisana i w całości poskładana, a teraz pracujemy nad nagraniami. Jako teaser zamieszczam spis treści. Za kilka(naście) dni wydawca udostępni do pobierania przykładową jednostkę wraz z nagraniami.


Pomysł na przygotowanie książki poświęconej Irlandii narodził się w mojej głowie już kilka lat temu. Niestety żadne z wydawnictw, z którymi współpracuję nie było zainteresowane taką publikacją, więc zdecydowałem się przygotować i wydać taką książkę samodzielnie. Nie chciałem przy tym powielać formuły z „United Kingdom at a Glance”, gdyż taka książka byłaby moim zdaniem zbyt obszerna. Często pojawiały się głosy, że w „United Kingdom…” powinno być więcej ćwiczeń, dlatego uznałem, że bardziej przyda się pozycja w stylu „photocopiable resource book” (podręcznik do kopiowania). I opracowałem taką książkę, z jakiej sam bym chciał korzystać.

Pierwsze założenie było identyczne, jak przy „United Kingdom at a Glance” oraz „United States at a Glance”: książka ma prezentować wiedzę faktograficzną, a nie być zbiorem oderwanych od siebie, anegdotycznych tekstów. Formuła, jaką przybrały podręczniki do języka angielskiego stała się już trochę męcząca. Dużo w nich tekstów o niczym, różnych triwiów i materiałów, które się bardzo szybko dezaktualizują. Ja stoję zaś na takim stanowisku, że jak już mamy uczyć się języka angielskiego, to uczmy się przy okazji czegoś konkretnego. To zadanie było trochę karkołomne, ponieważ miałem do dyspozycji jedynie piętnaście jednostek. Przyjąłem więc takie rozwiązanie, iż w każdej lekcji znajdują się dwa teksty: główny, który prezentuje temat wiodący, oraz tzw. „highlight”, czyli krótszy tekst skupiający się na jednym zagadnieniu związanym z tematem. Dzięki temu w książce zmieściło się trzydzieści tekstów (czyli 1/3 tego z w „United Kingdom…”!).

Drugie założenie, jakie przyjąłem to możliwość przeprowadzenia lekcji w klasie. Kilka osób zwróciło mi uwagę, że dostosowanie „United Kingdom at a Glance” do pracy z grupą wymaga sporego wysiłku, gdyż trzeba przygotować i wprowadzić słownictwo, a potem trzeba jakoś sprawdzić opanowanie materiału przez uczniów. Wytykano mi też brak nagranych tekstów. Wszystkie te sugestie uwzględniłem przy projektowaniu „Let’s Visit Ireland” i dlatego lekcja jest tak obszerna. Materiału wystarczy na 90 minut zajęć (!). Mamy więc czytanie, pracę ze słownictwem, pisanie, mówienie, a także możliwość ćwiczenia słuchania, gdyż wszystkie teksty są nagrane. Do tego na końcu każdej lekcji znajduje się tzw. „Fun Corner” z obrazkami, krzyżówkami i zabawami leksykalnymi, a także krótki quiz pozwalający sprawdzić przyswojenie materiału z lekcji.

Trzecie założenie dotyczyło – ujmijmy to tak – ergonomii książki. Do szału doprowadzają mnie podręczniki, w których ćwiczenia nie mieszczą się na stronie albo książki, które nie pozostawiają miejsca na wpisywanie odpowiedzi. Gimnastyka nad przygotowaniem odpowiedniego układu trwała dość długo, ale efektem jest książka przejrzysta i dopracowana. Dzięki temu nauczyciel ma możliwość dowolnego adaptowania materiału – można wybrać dowolną stronę w zależności od potrzeb uczniów czy ograniczeń czasowych.. Oszczędni mogą nawet skserować cztery strony na jednej kartce! Lekcja ma zawsze takim sam układ, aby podręcznik nie zawierał niespodzianek (niektórzy przerobią go od „deski do deski”, ale pewnie większość nauczycieli będzie wybierać tylko pewne jednostki).

Przygotowanie tego podręcznika zajęło mi sporo czasu, a w trakcie pracy uświadamiałem sobie coraz dobitniej jak bardzo moja wiedza na temat Irlandii była powierzchowna. Niestety zajęcia z zakresu realioznawstwa, jakie miałem w czasie studiów koncentrowały się prawie wyłącznie na historii i literaturze Wielkiej Brytanii oraz USA. Bardzo żałuję, że nikt nie wpadł na pomysł zrobienia choćby trwającego semestr wykładu poświęconego „English-speaking countries”.  Z drugiej jednak strony, wyprawa do Irlandii, którą zorganizowałem sobie na własną rękę, okazała się pasjonującą przygodą. Niedosyt wiedzy jest potężnym czynnikiem motywującym.

Jak zawsze po skończeniu pisania książki przychodzi okres wielkiej… ulgi: że już, że udało się skończyć, że wreszcie. Za kilka tygodni książka będzie już dostępna w sprzedaży, a ja zacząłem się przymierzać do kolejnej (nie, nie ujawnię na razie co to będzie). Mogę jednak już napisać, że seria „Let’s Visit…” będzie kontynuowana – autor tworzy już kolejny podręcznik, który będzie dostępny z początkiem roku szkolnego (wrzesień 2014).

Zapowiedź „Let's Visit Ireland” można obejrzeć na stronie wydawnictwa Polonsky.


piątek, 1 marca 2013

Piętnasty element


Mogę sobie wyobrazić, jak wyglądały prace nad skonstruowaniem standardów wymagań egzaminacyjnych do tzw. Matury 2000 (dzisiaj nazywanej Nową Maturą, czy też po prostu maturą). Zaglądając tu i ówdzie, szukając pomocy i ratunku, ustalono czternaście bloków tematycznych, które każdy nauczyciel szkoły ponadgimnazjalnej zna już doskonale: człowiek, dom, szkoła, praca, życie rodzinne i towarzyskie... Jednak ktoś – wzorem spółdzielcy z serialu "Alternatywy 4" – wyrwał się jak Filip z konopii i rzucił "Przecież musi być jakaś alternatywa". Tfu, przepraszam. "Przecież musi być coś z realioznawstwa!" I tak narodził się piętnasty element, czyli blok tematyczny spod literki "o)": "elementy wiedzy o krajach obszaru językowego, którego język jest  zdawany".

Niestety powszechną przypadłością w naszym nadwiślańskim kraju jest podejmowanie decyzji "na chybcika", bez przewidywania ich konsekwencji. Idę o każdy zakład, że mentalność osoby, która podrzuciła to kukułcze jajo do standardów wymagań egzaminacyjnych, została ukształtowana przez podręcznik Smólskiej-Zawadzkiej. W dawnych czasach do każdego języka obcego istniał bowiem tylko jeden oficjalny podręcznik  (jeden do angielskiego, jeden do niemieckiego, jeden do rosyjskiego... itd.), a w nim znajdowała się pewna – dość skromna – porcja wiedzy z zakresu realioznawstwa. Ot, autorzy podawali elementarne dane na temat Dojcze Demokratisze Republik czy Sowieckiego Sajuza. Próbowali też przygotować ucznia na zetknięcie się z niektórymi sytuacjami życiowymi pokroju wizyty u lekarza czy zakupów w sklepie. Przypuszczam, że osoba dopisująca "elementy wiedzy" do standardów w sposób mniej lub bardziej świadomy spodziewała się właśnie takiej interpretacji tego zapisu. Zabrakło jednak starannego rozważenia wszystkich za i przeciw wprowadzeniu takie punktu. Zabrakło też umiejętności przewidywania konsekwencji takich decyzji.

Jak wszystkie pozostałe punkty w standardach wymagań, również piętnasty zapis jest szalenie enigmatyczny – zaledwie dziesięć wyrazów, które stanowią worek bez dna. O ile autorzy dokonywali jeszcze pewnego różnicowania materiału dla poziomu podstawowego i rozszerzonego (zdający na poziomie podstawowym nie musi nic wiedzieć choćby o problemach etycznych, czy kupnie i sprzedaży mieszkania), o tyle zapis o "elementach wiedzy" jest identyczny dla obydwu poziomów. Zastanówmy się, co on tak naprawdę oznacza.

Autorzy wyraźnie piszą o "krajach", więc możemy zakładać, iż mają na myśli wszystkie kraje, w których dany język jest albo językiem urzędowym, albo językiem nie posiadającym co prawda statusu oficjalnego, lecz używanym powszechnie. Dlaczego musimy takiego założenia dokonać? Jeśli jako kryterium przyjęlibyśmy jedynie fakt oficjalnego uznania języka, zdający nie musiałby wykazywać się wiedzą choćby o USA czy Wielkiej Brytanii, gdyż w tych krajach język angielski nie posiada statusu języka urzędowego. Chyba nie o taką interpretację chodziło autorom "Informatora o egzaminie maturalnym"? Przyjmijmy więc, że będziemy też kierować się kryterium powszechności i do grupy krajów, gdzie język angielski jest używany, zaliczymy jednak Zjednoczone Królestwo i USA. Zaraz, zaraz... Czy to naprawdę wszystko?

Skoro autorzy "Informatora..." piszą o "krajach" bez zastrzeżenia, iż chodzi o wybrane państwa, należy uznać, że mają na myśli wszystkie. Przyjmuje się, że do podstawowej grupy krajów anglojęzycznych zaliczamy oprócz UK i USA również: Irlandię (angielski jest językiem oficjalnym), Kanadę (angielski jest jednym z dwóch oficjalnych języków), Australię (angielski jest używany powszechnie, lecz nie jest językiem urzędowym) i Nową Zelandię (angielski jest jednym z trzech oficjalnych języków). Widać już, że "elementy wiedzy" nagle zaczynają niebezpiecznie puchnąć. Lecz na tym nie koniec...

Istnieją przecież takie państwa jak Antigua and Barbuda, czy Zambia, gdzie angielski jest językiem urzędowym. Czyżby autorzy "Informatora..." zapomnieli o istnieniu Wspólnoty Narodów (Commonwealth of Nations)? Na chwilę obecną ta organizacja zrzesza 54 kraje i... tak! język angielski jest w nich powszechnie używany, a w wielu jest językiem urzędowym. Stąd moje zapytanie do CKE: czy zdający maturę z języka angielskiego zobowiązany jest posiadać "elementy wiedzy" na temat 54 krajów Wspólnoty Narodów? Jeśli tak, jakie miałby być zakres tejże wiedzy? Jeśli nie, na jakiej podstawie miałyby te kraje zostać wyłączone i dlaczego nie jest to uwzględnione w standardach egzaminacyjnych?

Przejdźmy do kolejnego problemu: czym u diabła są "elementy" wiedzy? Jak podaje internetowy "Słownik języka polskiego" (PWN), "elementy" to «podstawowe wiadomości z jakiejś dziedziny». Możemy więc przyjąć, iż autorom standardów egzaminacyjnych chodziło o podstawowe wiadomości o krajach obszaru anglojęzycznego. Diabeł w tej chwili już nie chichocze, lecz tarza się po ziemi i wyje ze śmiechu. Swego czasu podjąłem się próby uporządkowania podstawowych wiadomości o Zjednoczonym Królestwie i wyszła z tego książka licząca ponad 250 stron. Podobna publikacja poświęcona USA będzie już liczyła o 100 stron więcej. Stąd moje kolejne zapytanie do CKE: jak należy rozumieć sformułowanie "elementy wiedzy"? Czy autorzy "Informatora..." mieli na myśli podstawowe fakty geograficzne? Czy to sformułowanie obejmuje też podstawowe wydarzenia i pojęcia z zakresu historii? A co z kulturą i sportem? Kultura wysoka czy masowa? 

Sam spędziłem kilka lat  analizując powyższe pytanie, a rezultat moich poszukiwań – dwa podręczniki z zakresu realioznawstwa – to tylko jedna z możliwych odpowiedzi. A przecież za "elementy wiedzy" można uznać umiejętność posługiwania się różnymi odmianami języka angielskiego: British English różni się przecież od American English. Czy zdający egzamin ma dysponować wiedzą o różnicach w słownictwie? A co z akcentem i rozbieżnościami gramatycznymi? Listę można by ciągnąć długo...

Jak widać, ogólnikowy zapis w standardach egzaminacyjnych to puszka Pandory. I sporą bezczelnością jest twierdzenie, jakoby:
Standardy, będące podstawą egzaminu maturalnego z języków obcych nowożytnych, są tak sformułowane, że zawierają szczegółowe opisy wymagań zakresu wiedzy i umiejętności, stanowią więc właściwą wskazówkę dla konstruktorów arkuszy egzaminacyjnych oraz dla osób przygotowujących się do egzaminu maturalnego, dlatego też nie wymagają dodatkowych objaśnień (sic!). ("Informator o egzaminie maturalnym od 2008  roku. Język angielski", str. 38)
Ośmielam się w tej kwestii nie zgodzić z autorami "Informatora...". Standardy wymagają doprecyzowania, lub usunięcia z nich zbyt pojemnych zapisów.

Problem, który tu omawiam, ma również pewne konsekwencje dla autorów podręczników szkolnych. O ile można w ten czy inny sposób poprawnie zinterpretować standardy w takich dziedzinach jak "państwo i społeczeństwo" bądź "zakupy i usługi", nikt z wydawców nie ma pomysłu na to jak uporać się z "elementami wiedzy". Potraktowanie "piętnastego elementu" w systematyczny sposób wymagałoby zapoznania ucznia z szeregiem zagadnień, a to oznaczałoby albo pisanie podręczników od nowa, lub przynajmniej solidną adaptację. Również autorzy podręczników i/lub repetytoriów maturalnych mają spory zgryz: z jednej strony choćby pobieżna powtórka "elementów wiedzy" spowodowałaby spuchnięcie podręcznika do niebotycznych rozmiarów, a z drugiej – nie można pominąć tego standardu w podręczniku, gdyż nie zostanie on wtedy dopuszczony do użytku szkolnego przez ministra.

Co robią wydawcy? Z jednej strony zdają sobie oni doskonale sprawę z ogromu tematu i niemożności potraktowania go w jakikolwiek systematyczny sposób, a z drugiej nie mogą "olać" go, gdyż wystawią się na odstrzał rzeczoznawcom ministerialnym. Jesteśmy więc świadkami narodzenia się kolejnego pustego rytuału, czyli "składania ofiary złemu mzimu" – w podręczniku musi się znaleźć COŚ z zakresu wiedzy o krajach anglojęzycznych, więc wydawcy zamieszczają różne sekcje kulturowe, czy kąciki z notkami poświęconymi krajom anglojęzycznym. Przypomina to rozwiązania stosowane przy jednej z krótkich form użytkowych, tj. "ankiecie". Nikt nie miał bladego pojęcia, o co chodziło autorom tego zapisu. Wydawcy bawili się więc w zgaduj-zgadulę i tworzyli różne interpretacje tego zapisu. W tajemniczych okolicznościach zapis o "ankiecie" wyparował z "Informatora o egzaminie maturalnym" i w edycji z roku 2010 nie znajdziemy już ani słowa na jego temat. Ciekawe jest, jak potoczą się losy "elementów wiedzy".

Możliwości są trzy. Być może swoim zwyczajem Ministerstwo Edukacji Narodowej będzie nadal ignorować problem. Formuła egzaminu pisemnego i ustnego nie przewiduje żadnych zadań testujących w sposób bezpośredni znajomość "elementów wiedzy", więc nie ma wielkiej presji ze strony uczniów, aby te standardy zmienić. Byłoby to zresztą kłopotliwe, ponieważ oznaczałoby zmianę rozporządzenia ministra w sprawie standardów wymagań będących podstawą przeprowadzania sprawdzianów i egzaminów. A to już byłaby prawdziwa rewolucja i powód do protestów (usuwanie realioznawstwa byłoby działaniem kontrowersyjnym). Utrzymanie jednak standardu w obecnym brzmieniu skutkować będzie "zamrożeniem" obecnych praktyk:  uczniowie nadal będą otrzymywać wiadomości najczęściej anegdotyczne serwowane w chaotyczny sposób.

Istnieje jednak możliwość, że MEN doprecyzuje zapisy w standardach wymagań egzaminacyjnych. "Informator..." zawiera przecież bardzo szczegółowy wykaz struktur gramatycznych i nic nie stoi na przeszkodzie, aby sporządzić podobny wykaz dla "elementów wiedzy". Wówczas jasno byłoby określone, co zdający musi o krajach anglojęzycznych wiedzieć. Osobną i niezwykle istotną kwestią byłoby ewentualne sprawdzanie tych wiadomości na egzaminie maturalnym. Jeśli MEN nie wprowadziłoby zadań sprawdzających wiedzę z zakresu realioznawstwa, wówczas sytuacja pozostałaby niezmieniona: wydawcy zmodyfikowaliby podręczniki, uczniowie musieliby przyswoić trochę konkretnej wiedzy, a nauczyciele wiedzieliby, czego wymagać. Lecz byłaby to jedynie wiedza potrzebna do ukończenia szkoły ponadgimnazjalnej, a nie – wbrew temu, co twierdzi MEN – wiedza potrzebna na egzaminie maturalnym. Rozwiązanie to jest trochę lepsze od poprzedniego, ponieważ do standardów zostałaby wprowadzona odrobina przejrzystości i systematyczności, co przełożyłoby się na lepszą jakość podręczników.

Można jednak zadać pytanie, po co w ogóle tę żabę jeść? Moźe po prostu usunąć standard nakazujący zapoznanie się z "elementami wiedzy o krajach obszaru językowego, którego język jest  zdawany"? Tak, proszę nie przecierać oczu ze zdumienia. Osobiście stoję na stanowisku, że "literkę o)" należy wyrzucić ze standardów egzaminacyjnych, gdyż nie jest możliwe zapoznanie przeciętnego ucznia w sensowny sposób z podstawami wiedzy o sześciu podstawowych krajach anglojęzycznych, nie mówiąc już o wszystkich pozostałych, gdzie angielski jest językiem urzędowym lub powszechnie stosowanym. Należy też zwrócić uwagę na wyodrębnianie się tzw. Global English, czyli języka angielskiego służącego komunikacji między osobami nie będącymi rodzimymi użytkownikami tego języka. O ile język angielski jest wytworem cywilizacji brytyjskiej (w dużym uproszczeniu), następuje obecnie jego faktyczne oderwanie się od konkretnych państw. Angielski staje się własnością wspólną i jest kształtowany przez nierodzimych użytkowników.

Takie rozwiązanie przyniosłoby natychmiastowy skutek: wydawcy mogliby odetchnąć z ulgą i przestać bawić się w zgadywankę "co poeta miał na myśli" pisząc o "elementach wiedzy". Być może część autorów zdecydowałaby się na odchudzenie podręczników i repetytoriów, lecz przecież brak konieczności prezentowania materiałów z zakresu realioznawstwa nie oznacza zakaz takiego działania. Równie dobrze istniejące teksty mogłyby zostać w książkach, zmieniłaby się jedynie ich rola z quasi-obowiązkowej na jednoznacznie pomocniczą. Uczniom chcącym przyswajać wiedzę o USA, Kanadzie czy Malawi nikt by tego przecież nie zabraniał.

Prześledzenie jednego aspektu wymagań stawianych uczniom szkół gimnazjalnych pokazuje, jak niejasne i niekonsekwentne są działania podejmowane przez MEN i CKE. Wystarczy jedno nieprzemyślane i nieprecyzyjne sformułowanie zawarte w rozporządzeniu, a potem mamy efekt domina. W informatyce istnieje pojęcie GIGO, co rozwija się "Garbage In, Garbage Out" (nie można oczekiwać, że po przyjęciu błędnych założeń, otrzymamy prawidłowy wynik). Jak widać, spełnia się też ono w edukacji.


piątek, 21 grudnia 2012

United States at a Glance




Śpieszę donieść wszelkim zainteresowanym osobom, iż skończyłem pisać United States at a Glance. Nie wiem jeszcze, kiedy dokładnie się ukaże, gdyź o tym decyduje wydawnictwo, a przecieź prace redakcyjne jeszcze trochę potrwają. Książka siłą rzeczy będzie obszerniejsza niż United Kingdom at a Glance. Jak łatwo się domyśleć, kraj jest większy niż Wielka Brytania, więc i tematów do opracowania znalazło się więcej. Jak książka będzie wyglądać?

United States at a Glance zachowuje strukturę poprzedniej pozycji, United Kingdom at a Glance. Materiał również podzielony jest na osiem działów: (1) Geography, (2) Land, people and language, (3) Politics and government, (4) History, (5) Culture and sport, (6) Famous writers, (7) Famous places, landmarks and institutions oraz (8) Daily life. Teksty są trochę dłuższe niż w książce o Wielkiej Brytanii, lecz nadal rzecz jasna mieszczą się na dwóch stronach. W książce będą oczywiście paski z ćwiczeniami leksykalnymi oraz wymowa nazw własnych. O ile w United Kingdom at a Glance było 100 jednostek, w nowej książce będzie ich aż 130. Dlaczego tak duża różnica?

Samo omówienie geografii USA zajmuje 18 jednostek. Padł co prawda pomysł, aby przyjąć zasadę "jeden stan, jeden tekst", lecz redaktor prowadzący wykazał się sporym poczuciem humoru i zrozumiał, że to tylko żart. Pół książki poświęcić na geografię? A co z resztą materiału? Stanęło na tym, że skupię się na regionach geograficznych, dzięki czemu można omawiać po kilka stanów w jednym tekście. Upadł pomysł omawiania miast – w tej sekcji znalazłysię jedynie tekst poświęcony Waszyngtonowi (w końcu to stolica). W sekcji "Geography" uwzględniłem też terytoria zamorskie.

W kolejnej – dość krótkiej – sekcji znajdują się informację o języku angielskim, symbolach narodowych, mniejszościach etnicznych, oraz typowych zwierzętach i roślinach. Umieściłem też w niej tekst o Noahu Websterze oraz słynnych Polakach związanych w USA. Bardzo żałuję, że w United Kingdom at a Glance nie znalazł się tekst o Polakach związanych z tym krajem. Przy okazji jednego z kolejnych wydań chciałbym to niedopatrzenie nadrobić (szykuję więcej uzupełnień i zmian, ale o tym może w osobnym wpisie).

Sekcja 3 zawiera omówienie najważniejszych instytucji publicznych USA, natomiast w sekcji 4 starałem się przybliżyć genezę i historię tego kraju. Spotkałem się z opiniami, że "o czym tu pisać", przecież to Wielka Brytania ma długą i bogatą historię, zaś USA to kraj młody i bez historii (sic!). Uwierzcie mi... jest o czym pisać. Ponownie mam poczucie, że jedynie zasygnalizowałem co ważniejsze zagadnienia historyczne, lecz wynika to z formuły książki: teksty mają być zwięzłe i "to the point".

Powiększeniu uległ dział "Culture and sport". Znalazły się tu wszelkie dziedziny kultury i życia publicznego. Wspomnieć należało o musicalu, gatunku typowo amerykańskim. Na osobne potraktowanie zasłużyły też cztery gatunki muzyczne, tj. jazz, blues, country, a także rock and roll. W tej sekcji znajdziemy też cztery teksty omawiające typowo amerykańskie sporty: koszykówkę (NBA), futbol amerykański, wyścigi samochodowe (NASCAR) oraz, rzecz jasna, baseball. Sekcję tę opracował z ogromnym wigorem i polotem Bartek Paszylk.

Decydowanie o tym, kto znajdzie się w dziale "Famous writers" przyprawia mnie zawsze o ból głowy. Na jaki klucz się zdecydować? Nobliści? A co z autorami epok wcześniejszych? Uwzględniać najnowsze trendy literaturoznawcze, czyli przeorientowanie według klucza feministycznego? Przewertowałem kilka antologii akademickich, skonsultowałem się z zaprzyjaźnionymi anglistami, zajrzałem do testów z Olimpiady Języka Angielskiego, przegadałem zagadnienie z redaktorem i podjąłem decyzję o zastosowaniu dość tradycyjnego, by nie rzec – zachowawczego – klucza. Na listę trafiło 19 nazwisk, a przegląd autorów zaczyna się od Anne Bradstreet. Dwa ukłony w stronę literatury popularnej to omówienie w tej sekcji twórczości Raymonda Chandlera oraz Stephena Kinga. Czytelnicy zdecydują, czy był to dobór słuszny.

W przedostatniej sekcji, "Famous places, landmarks and institutions", znalazło się miejsce dla takich zagadnień jak Nowy Jork (bo duży, bo "naj" pod każdym względem), wodospad Niagara, parki krajoznawcze, czy... Disney World. Uznałem też, że należy przestawić specyficznie amerykańskie instytucje w postaci  NASA, CIA, FBI i Peace Corps.

Sekcja ósma, "Daily Life", jest z założenia sekcją lżejszą. Tematykę dobrałem niejako pod dyktando moich studentów, którzy zażyczyli sobie tekstów o komiksach, wynalazkach, globalnych amerykańskich firmach oraz drapaczach chmur. Pisałem też o samolotach i samochodach – w USA lotnictwo i samochodziarstwo nabierają zupełnie nowej jakości. W tej sekcji można również poczytać o rozwoju Internetu, a także o... UFO.

Dodatki będą tylko trzy. Na pewno przyda się wykaz stanów (kto z Czytelników wymieni tak z marszu je wszystkie?) oraz spis prezydentów. Zdecydowałem się też na włączenie zestawienia par wyrazów brytyjskich i ich amerykańskich odpowiedników. Takie zestawienia znajdują się w różnych słownikach i książkach, lecz są niewielkie i zawsze zawierają "nie te słowa" . Skompilowałem więc własną listę.

Skąd w ogóle pomysł na takie książki? Kiedy padły bariery i granice, a język angielski wdarł się w nasze życie z siłą tsunami, zapanowała moda na uczenie angielskiego "bezkontekstowo". Brytyjskie podręczniki zostały wyczyszczone z wszelkich elementów kulturowych zgodnie z zasadą "język – tak, realioznawstwo – nie". Powstało nawet kilka książek metodycznych w tym temacie, bredzono o imperialiźmie językowym i dążeniu do przerabiania obcokrajowców na modłę brytyjską (jakby tysiące piosenek i setki filmów nie ryły nam w głowach nowych bruzd...). Troska o naszą tożsamość była niemalże wzruszająca, lecz podręczniki lansowały błędne przekonanie, jakoby język angielski funkcjonował w próżni. Denerwowały mnie te podręczniki okropnie. I to był powód pierwszy napisania United Kingdom at a Glance oraz United States at a Glance.

Drugim powodem był niedosyt zajęć z zakresu realioznawstwa brytyjskiego i amerykańskiego na studiach. Szczególnie nie miałem jakoś szczęścia do wykładowców "od USA". W mojej wiedzy były dziury i luki, więc zdecydowałem się dokształcić na własną rękę. Oczywiście materiałów i lektur jest od groma i trochę, lecz w mojej głowie pojawiła się myśl: zaraz, zaraz... a dlaczego nie ma książki, w której znalazłoby się "wszystko" o UK? Znajomi angliści skarżyli się też na brak fajnych materiałów, z których mogliby przygotowywać uczniów do olimpiad i konkursów. Resztę już znacie. Zaskakujące jest dla mnie to, że kołatanie do wydawnictw i przekonywanie ich do tego typu publikacji trwało wiele, wiele miesięcy. Jeśli zdaje się wam, że polscy wydawcy mają jakiekolwiek pojęcie o tym, co jest potrzebne na rynku materiałów do nauczania języka angielskiego, to... to właśnie się wam jedynie zdaje. Ale to temat na osobny wpis.

Dla miłośników statystyk podam jeszcze następujące dane dotyczące manuskryptu United States at a Glance (uwzględniają one wstęp, teksty, ćwiczenia z kluczami, testy z kluczami oraz dodatki):
a) liczba wyrazów – ponad 147 tys.
b) liczba znaków ze spacjami – ponad 900 tys.
c) liczba stron standardowych – ponad 500
d) wydruk (Times New Roman, czcionka 12, pojedynczy odstęp) – 422 strony.