Uczeniem języka angielskiego zajmuję się już ponad dwadzieścia lat, lecz wcale nie oznacza to, że jestem taki stary – po prostu wcześnie zacząłem uczyć. Jednym z tematów, który często przewija się w trakcie zajęć, są sposoby uczenia się angielskiego, a do najczęściej zadawanych pytań należy: "Jak mam się angielskiego uczyć, żeby się go nauczyć?" Oczywiście, istnieje masa sztuczek i trików, które można wykorzystać, aby szybciej i skuteczniej wbijać sobie do głowy język obcy. My jednak zajmiemy się omówieniem najbardziej oczywistej metody, jaką jest... uczenie angielskiego.
W obecnych czasach wbija się nam wielkim młotkiem do głowy, że do każdej rzeczy, do najdrobniejszej sprawy potrzebny jest ekspert, profesjonalista lub przynajmniej ktoś z uprawnieniami. Rozumiem motywy kierujące postępowaniem różnych grup zawodowych, które straszą nas na każdym kroku, że bez profesjonalisty ani rusz. Ich interes jest oczywisty – zablokować dostęp do swojej branży i zdzierać z klientów jak największe pieniądze za usługi, których jakość oczywiście w takich okolicznościach zacznie się błyskawicznie pogarszać. Proszę mi uwierzyć, że do wielu rzeczy NIE potrzeba fachowca, a jedną z nich jest nauka języka obcego. Swoje rozumowanie wyjaśniam poniżej.
Jedną z umiejętności, jaką każdy człowiek potrafi wykonywać ODRUCHOWO, to uczenie innych osób. Zwróćmy uwagę na czynności, które ustawicznie wykonujemy w życiu codziennym: wyjaśniamy innym, jak działają urządzenia; podajemy wskazówki, jak coś zrobić; dzielimy się wiedzą i doświadczeniem; razem "rozgryzamy" różne problemy. Oczywiście, są wśród nas osoby, które są urodzonymi nauczycielami i potrafią się wiedzą dzielić z wielką pasją i entuzjazmem. Jednak zasada ogólna jest prosta: uczyć potrafi KAŻDY z nas. Popatrzmy przecież na rodziców, którzy są w stanie nauczyć dziecko wielu umiejętności niezbędnych w życiu, a także potrafią podzielić się wiedzą podręcznikową. Popatrzmy na starszych pracowników, którzy szkolą młodszych i nawet nie zdają sobie sprawy z tego, co robią. Uczyć potrafi każdy i każdy to robi.
Oczywiście można protestować, że przecież nauczanie języka obcego to sprawa sporej odpowiedzialności, że ucząc źle można wyrządzić sporą krzywdę, że przecież trzeba umieć proces nauki zaplanować, że do tego potrzeba wiedzy i kwalifikacji. Odpowiem krótko: sraty-dupaty. W krajach cywilizowanych nauka jednej z najbardziej niebezpiecznych czynności życiowych, czyli prowadzenia samochodu, wygląda następująco: młoda osoba, która chce nauczyć się kierowania pojazdem mechanicznym, rejestruje się w urzędzie i zaczyna jeździć rodzinnym autem pod nadzorem członka rodziny, który prawo jazdy i doświadczenie już posiada. Młoda osoba jeździ tyle, ile chce, a do egzaminu przystępuje, kiedy uzna, że jest do niego gotowa. Jak widać, obowiązują tu proste i logiczne zasady: jeździmy z osobą, którą znamy i której ufamy; jeździmy dużo i ćwiczymy różne sytuacje (jak to się ma do wymogu wyjeżdżenia 30h obowiązującego w Polsce?); korzystamy z rodzinnego samochodu, a jak go porysujemy to nas właściciele samochodu (najczęściej są to rodzice) zabiją i zakopią w ogródku. I jakoś nikt nie wrzeszczy o konieczności szkolenia przez profesjonalistę, a system sprawdza się od wielu, wielu lat doskonale. Proszę mi uwierzyć, podobnie rzecz się ma z nauką języka obcego. Jeśli umiesz ten język choć trochę, potrafisz nauczyć inną osobę w sposób prosty, jasny i zrozumiały dla niej.
Uczenie angielskiego ma same zalety. Kiedy zaczynamy pomagać komuś w nauce bezpłatnie, albo udzielamy korepetycji, stajemy się odpowiedzialni za nasze lekcje. Musimy nauczyć się zarządzać czasem, oraz pilnować terminów i godzin spotkań. Kolejne dwie cenne umiejętności, którą nabywamy, to nauka jak szybko i efektywnie przygotować się do zajęć, oraz jak radzić sobie w sytuacjach, kiedy nasz uczeń nagle wystrzeli nieprzewidzianym problemem i przyjdzie nam improwizować. Ucząc, powtarzamy materiał, który już wcześniej przyswoiliśmy, a także uczymy się rzeczy nowych, gdyż na pewno uczniowie zaskoczą nas niejednym pytaniem. Oczywiście większość naszych uczniów będzie osobami leniwymi i niestawiającymi pytań, ale zawsze znajdzie się ktoś, kto będzie miał milion najdzikszych pytań. Nie wolno wówczas reagować stwierdzeniami w rodzaju "to ci niepotrzebne", tylko trzeba cierpliwie wyjaśniać. A jeśli czegoś nie wiemy, brać słownik czy gramatykę angielską do ręki i sprawdzać. Solidna powtórka materiału z pogłębieniem znajomości nauczanego języka wszerz i wzdłuż jest gwarantowana.
Oczywiście to nie wszystkie zalety tej metody. Uczniowie będą mieli różne potrzeby, więc rozwiniemy różnorodne umiejętności: kogoś poduczymy pisania, kogoś poduczymy słownictwa, z kimś pogadamy, a to wszystko będzie budować naszą wiedzę. Niekiedy uczniowie dadzą nam porządnie popalić poprzez swoją niesolidność i brak pracowitości. Odwołane nagle zajęcia, nieodrobione zadanie domowe, czy olewacki stosunek do korepetytora to tylko fragment ich szerokiego repertuaru. Uczenie angielskiego oznacza też konieczność zapoznawania się z różnymi materiałami. Jeśli udzielamy korepetycji, siłą rzeczy będziemy musieli zaznajomić się z podręcznikami, które są wykorzystywane w szkole naszego ucznia. Nagle też odkryjemy, że szukamy różnych ćwiczeń, a posiadane przez nas materiały to za mało. Będziemy też musieli doradzać w kwestii zasobów internetowych czy słowników ("A jaki słownik jest naaajlepszy?"). Uczenie języka zmusi nas zresztą do przemyślenia tego, dlaczego uczymy z pewnych materiałów, a to nas później doprowadzi w sposób logiczny do zastanawiania się nad tym, dlaczego w ogóle uczymy i jak mamy to robić. Nie trzeba już nawet wspominać, że wymierną korzyścią z uczenia będą pieniądze, które spożytkujemy na własne potrzeby i przyjemności.
Warto zauważyć, że zostanie korepetytorem przyniesie nam jeszcze jedną korzyść. Pomagając uczniom, zobaczymy nagle wszystkie debilizmy polskiego systemu szkolnictwa w pełnej okazałości. Przyjedzie nam się zmagać z nauczycielami, którzy zadają czwartoklasistom teksty do tłumaczenia na poziomie ćwiczeń z translatoryki, albo każą przyswajać sto słówek w tydzień. Nagle zaczniemy się zastanawiać, dlaczego pierwszoklasistom każe się korzystać z książki, w której znajduje się słowo pisane (mówimy oczywiście o pierwszoklasistach ze szkoły podstawowej), a oni ledwo literki po polsku klecą. Będziemy nadganiać z licealistą materiał z dwóch lat w jeden miesiąc, bo kto by się przejmował dzieleniem uczniów na grupy pod kątem znajomości języka, albo odkryjemy, że nauczyciel-leniuszek omija wszystkie "listeningi" i "speakingi" w książce, a potem dziwi się kiepskim wynikom z matury próbnej. A to sprawi, że zagotuje się w nas krew i zaczniemy MYŚLEĆ. Wot, kolejna korzyść...
Pewnie wszyscy Czytelnicy uświadomili sobie, że ten wpis jest adresowany głównie do studentów filologii angielskiej i słuchaczy kolegiów nauczycielskich, lecz jestem przekonany, że na stosowaniu tej metody skorzysta każdy. Miłego uczenia (się).
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą nauczyciel. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą nauczyciel. Pokaż wszystkie posty
piątek, 5 marca 2010
niedziela, 8 listopada 2009
Co dalej po anglistyce? Cz. 1 – Nauczycielem być.
Przeglądając ostatnio jedno z forów internetowych poświęconych językowi angielskiegmu natknąłem się na wątek, w którym forumowicze starali się udzielić odpowiedzi na tytułowe pytanie. Odpowiedzi padały bardzo chaotyczne i różnorodne, więc postanowiłem temat trochę uporządkować. Pierwszy wpis poświęcam szeroko rozumianej pracy nauczycielskiej z wyłączeniem anglistyk (z jednej strony to sprawa bardzo niszowa, z drugiej zaś zasługuje na osobny wpis).
Odpowiadając więc na tytułowe pytanie można by rzec: Po anglistyce można uczyć i to na wiele różnych sposobów. Możemy zostać nauczycielem w szkole państwowej, lecz w tym celu potrzebujemy wpierw zdobyć tzw. uprawnienia pedagogiczne. Jeśli decydujemy się na specjalizację metodyczną w czasie studiów licencjackich, oznacza to, że będziemy musieli równocześnie zdobywać uprawniania do nauczania drugiego przedmiotu. Jeśli na specjalizację nauczycielską zdecydujemy się dopiero na drugim etapie studiów, tj. podejmując studia magisterskie, wówczas nie musimy zdobywać uprawnień do nauczania drugiego przedmiotu. Sami musimy zdecydować, co jest dla nas lepsze: ciężki licencjat z uprawnieniami do nauczania dwóch przedmiotów, czy lżejsze studia licencjackie i magisterskie okupione brakiem uprawnień do nauczania dodatkowego przedmiotu. Czy warto zostać nauczycielem w szkole państwowej. Jeśli spojrzymy od strony zabezpieczeń socjalnych, wówczas skusić nas może stała pensja oraz spora liczba wszelakich przerw wakacyjnych i świątecznych. Niestety, Ciemna Strona Mocy prezentuje się dużo groźniej: coraz większe kłopoty ze znalezieniem zatrudnienia (powodem jest niż demograficzny!!!), coraz większa ilość papierów, papiereczków i sprawozdań, coraz większe kłopoty z uczniami (mówiąc wprost – uczniowie nas coraz mniej słuchają) oraz największy kłopot – konieczność przebrnięcia przez staż i "kontraktowego", zanim dochrapiemy się upragnionego statusu nauczyciela mianowanego.
Oczywiście możliwość uczenia daje nam nie tylko szkoła państwowa. Absolwent z dyplomem ukończenia studiów magisterskich ma przewagę nad licencjatem – może pracować jako lektor w szkolnictwie wyższym. Tutaj wyraźnie musimy rozgraniczyć uczelnie państwowe od prywatnych. Na uczelni państwowej pensum lektora wynosi obecnie 540 godzin dydaktycznych w roku akademickim. Przekłada się to na obowiązek uczenia po 18h przez 30 tygodni. Pensja nie jest co prawda zbyt wysoka, ale odpadają nam wszelkie obciążenia występujące w szkole, czyli wychowawstwo, spotkania z rodzicami, wycieczki, biurokracja oraz inne pierdoły. Po kilku latach pracy możemy zostać wykładowcą. To oznacza, że co prawda nasza pensja nie rośnie, ale pensum spada do 360 godzin dydaktycznych (12h uczenia tygodniowo). To umożliwia nam bezproblemowe dorabianie, pisanie książek, wykonywanie tłumaczeń etc. Sytuacja wygląda o wiele gorzej, jeśli chodzi o uczelnie prywatne. Przede wszystkim, nie chcą one zatrudniać lektorów na etatach, lecz oferują one umowę-zlecenie albo umowę o dzieło. Oznacza to, że w najkorzystniejszym dla nas wariancie mamy zagwarantowaną pracę na jeden semestr. Uczelnia może też nas wywalić w każdym momencie, gdyż wystarczą niekorzystne ankiety i już jest "po zawodach" (jest to sytuacja rzadka, ale sam byłem świadkiem wyrzucenia lektorki natychmiast po hospitacji). Jeśli już uczelnia prywatna zaoferuje nam etat, wówczas będziemy na nasze wynagrodzenie bardzo ciężko pracować. Powtórzę jeszcze raz: bardzo, bardzo, bardzo ciężko. Na uczelni prywatnej nie istnieje coś takiego jak "goły etat", tzn. sama dydaktyka. Natychmiast zostaniemy obdarzeni tzw. "funkcją", np. będziemy odpowiadać za układanie egzaminów, czy pisanie wniosków o dotacje unijne. Władze uczelni będą również oczekiwać od nas podjęcia studiów doktoranckich lub przynajmniej publikowania w periodykach naukowych. Pamiętać też trzeba o jeszcze jednej nieprzyjemnej stronie pracy na uczelniach państwowych i prywatnych – lektoraty odbywają się również w soboty i niedziele, gdyż wtedy zjawiają się spragnieni wiedzy studenci zaoczni!
Kolejna możliwość zatrudnienia to praca dla szkoły językowej. Zajmijmy się najpierw wadami. Po pierwsze, nie jesteśmy jedynym lektorem szukającym pracy. W każdej szkole językowej leży opasły segragator, a w nim dziesiątki CV anglistów, więc pracę dostaniemy w trzech przypadkach: (1) gdy znamy właściciela szkoły, (2) gdy zostaniemy zarekomendowani przez lektora, któremu właściciel ufa, (3) gdy szkoła jest "pod ścianą", ponieważ baaaaardzo potrzebuje lektora, a my jesteśmy pierwszą osobą, do której zadzwoniono. O wejściu z ulicy i natychmiastowym otrzymaniu pracy możemy zapomnieć. Kolejną rzeczą, o której lepiej nie myśleć to praca na etacie. Etat w szkole językowej ma właściciel i jeszcze niekiedy sekretarka. Szkoła językowa najczęściej zaproponuje nam umowę-zlecenie lub umowę o dzieło, a najprzychylniej będzie patrzeć na lektorów wystawiających rachunki (czyli lektorów, którzy prowadzą własną działalność gospodarczą). Pora na zajęcie się pozytywami. Praca dla szkoły językowej to przede wszystkim praca z niewielką grupą lub prowadzenie zajęć indywidualnych bez obowiązku prowadzenia horrendalnej biurokracji znanej nam już ze szkolnictwa państwowego. Klienci to przeważnie ciekawe osoby, więc możemy nawiązać pożyteczne kontakty. Szkoły językowe działają również jako swoiste "giełdy towarzyskie" dla lektorów: tutaj w trakcie ploteczek dowiemy się, jakie są stawki u konkurencji, gdzie aktualnie poszukują lektorów, której szkoły należy się wystrzegać, jakie wymagania ma właścieiel itp. Szkoły językowe często mają w swojej ofercie tłumaczenia, więc możemy otrzymywać również takie zlecenia. Pamiętajmy koniecznie o trzech rzeczach: (1) zajęcia odbywają się w najróżniejszych porach, więc zarówno ranne ptaszki, jak i "night owls" znajdują coś dla siebie, (2) musimy być wszechstronni i utalentowani, ponieważ jednego dnia będziemy prowadzić zajęcia dla początkujących bezrobotnych, a drugiego – kurs do CAE, (3) jeśli podpadniemy sekretarce, to mamy przechlapane!
Na koniec zostały nam przysłowiowe "korki", przez które rozumiem udzielanie lekcji we własnym domu. Ogromną zaletą takiej formy pracy jest to, że całe wynagrodzenie chowamy do własnej kieszeni. Oczywiście, jeśli chcemy się szeroko reklamować i to jeszcze podając własne imię i nazwisko, lepiej pomyśleć o zarejestrowaniu działalności gospodarczej. Jeśli udzielamy korepetycji na niewielką skalę, szansa, że ktoś nas podkabluje do Urzędu Skarbowego jest naprawdę niewielka. Niestety, tak jak w przypadku pracy w szkole językowej, korepetycje są biznesem sezonowym, więc nie utrzymamy się z tej formy zatrudnienia w wakacje.
Oczywiście nic nie stoi na przeszkodzie, by łączyć ze sobą poszczególne formy zatrudnienia. Bardzo często nauczyciele dają lekcje prywatne, a lektorzy uniwersyteccy pracują dla szkół językowych. "Dziwnym nie jest", jak to mawia jeden z Wilqowych bohaterów, ponieważ każdy chce zarobić godnie.
PS. 1 Jeśli ktoś z Czytelników chciałby rozwinięcia tematu, proszę sygnalizować to w komentarzach.
PS. 2 Odkopałem archiwalne materiały z pisemnego egzaminu dojrzałości, więc w najbliższym czasie zajmę się obiecaną analizą matury.
Odpowiadając więc na tytułowe pytanie można by rzec: Po anglistyce można uczyć i to na wiele różnych sposobów. Możemy zostać nauczycielem w szkole państwowej, lecz w tym celu potrzebujemy wpierw zdobyć tzw. uprawnienia pedagogiczne. Jeśli decydujemy się na specjalizację metodyczną w czasie studiów licencjackich, oznacza to, że będziemy musieli równocześnie zdobywać uprawniania do nauczania drugiego przedmiotu. Jeśli na specjalizację nauczycielską zdecydujemy się dopiero na drugim etapie studiów, tj. podejmując studia magisterskie, wówczas nie musimy zdobywać uprawnień do nauczania drugiego przedmiotu. Sami musimy zdecydować, co jest dla nas lepsze: ciężki licencjat z uprawnieniami do nauczania dwóch przedmiotów, czy lżejsze studia licencjackie i magisterskie okupione brakiem uprawnień do nauczania dodatkowego przedmiotu. Czy warto zostać nauczycielem w szkole państwowej. Jeśli spojrzymy od strony zabezpieczeń socjalnych, wówczas skusić nas może stała pensja oraz spora liczba wszelakich przerw wakacyjnych i świątecznych. Niestety, Ciemna Strona Mocy prezentuje się dużo groźniej: coraz większe kłopoty ze znalezieniem zatrudnienia (powodem jest niż demograficzny!!!), coraz większa ilość papierów, papiereczków i sprawozdań, coraz większe kłopoty z uczniami (mówiąc wprost – uczniowie nas coraz mniej słuchają) oraz największy kłopot – konieczność przebrnięcia przez staż i "kontraktowego", zanim dochrapiemy się upragnionego statusu nauczyciela mianowanego.
Oczywiście możliwość uczenia daje nam nie tylko szkoła państwowa. Absolwent z dyplomem ukończenia studiów magisterskich ma przewagę nad licencjatem – może pracować jako lektor w szkolnictwie wyższym. Tutaj wyraźnie musimy rozgraniczyć uczelnie państwowe od prywatnych. Na uczelni państwowej pensum lektora wynosi obecnie 540 godzin dydaktycznych w roku akademickim. Przekłada się to na obowiązek uczenia po 18h przez 30 tygodni. Pensja nie jest co prawda zbyt wysoka, ale odpadają nam wszelkie obciążenia występujące w szkole, czyli wychowawstwo, spotkania z rodzicami, wycieczki, biurokracja oraz inne pierdoły. Po kilku latach pracy możemy zostać wykładowcą. To oznacza, że co prawda nasza pensja nie rośnie, ale pensum spada do 360 godzin dydaktycznych (12h uczenia tygodniowo). To umożliwia nam bezproblemowe dorabianie, pisanie książek, wykonywanie tłumaczeń etc. Sytuacja wygląda o wiele gorzej, jeśli chodzi o uczelnie prywatne. Przede wszystkim, nie chcą one zatrudniać lektorów na etatach, lecz oferują one umowę-zlecenie albo umowę o dzieło. Oznacza to, że w najkorzystniejszym dla nas wariancie mamy zagwarantowaną pracę na jeden semestr. Uczelnia może też nas wywalić w każdym momencie, gdyż wystarczą niekorzystne ankiety i już jest "po zawodach" (jest to sytuacja rzadka, ale sam byłem świadkiem wyrzucenia lektorki natychmiast po hospitacji). Jeśli już uczelnia prywatna zaoferuje nam etat, wówczas będziemy na nasze wynagrodzenie bardzo ciężko pracować. Powtórzę jeszcze raz: bardzo, bardzo, bardzo ciężko. Na uczelni prywatnej nie istnieje coś takiego jak "goły etat", tzn. sama dydaktyka. Natychmiast zostaniemy obdarzeni tzw. "funkcją", np. będziemy odpowiadać za układanie egzaminów, czy pisanie wniosków o dotacje unijne. Władze uczelni będą również oczekiwać od nas podjęcia studiów doktoranckich lub przynajmniej publikowania w periodykach naukowych. Pamiętać też trzeba o jeszcze jednej nieprzyjemnej stronie pracy na uczelniach państwowych i prywatnych – lektoraty odbywają się również w soboty i niedziele, gdyż wtedy zjawiają się spragnieni wiedzy studenci zaoczni!
Kolejna możliwość zatrudnienia to praca dla szkoły językowej. Zajmijmy się najpierw wadami. Po pierwsze, nie jesteśmy jedynym lektorem szukającym pracy. W każdej szkole językowej leży opasły segragator, a w nim dziesiątki CV anglistów, więc pracę dostaniemy w trzech przypadkach: (1) gdy znamy właściciela szkoły, (2) gdy zostaniemy zarekomendowani przez lektora, któremu właściciel ufa, (3) gdy szkoła jest "pod ścianą", ponieważ baaaaardzo potrzebuje lektora, a my jesteśmy pierwszą osobą, do której zadzwoniono. O wejściu z ulicy i natychmiastowym otrzymaniu pracy możemy zapomnieć. Kolejną rzeczą, o której lepiej nie myśleć to praca na etacie. Etat w szkole językowej ma właściciel i jeszcze niekiedy sekretarka. Szkoła językowa najczęściej zaproponuje nam umowę-zlecenie lub umowę o dzieło, a najprzychylniej będzie patrzeć na lektorów wystawiających rachunki (czyli lektorów, którzy prowadzą własną działalność gospodarczą). Pora na zajęcie się pozytywami. Praca dla szkoły językowej to przede wszystkim praca z niewielką grupą lub prowadzenie zajęć indywidualnych bez obowiązku prowadzenia horrendalnej biurokracji znanej nam już ze szkolnictwa państwowego. Klienci to przeważnie ciekawe osoby, więc możemy nawiązać pożyteczne kontakty. Szkoły językowe działają również jako swoiste "giełdy towarzyskie" dla lektorów: tutaj w trakcie ploteczek dowiemy się, jakie są stawki u konkurencji, gdzie aktualnie poszukują lektorów, której szkoły należy się wystrzegać, jakie wymagania ma właścieiel itp. Szkoły językowe często mają w swojej ofercie tłumaczenia, więc możemy otrzymywać również takie zlecenia. Pamiętajmy koniecznie o trzech rzeczach: (1) zajęcia odbywają się w najróżniejszych porach, więc zarówno ranne ptaszki, jak i "night owls" znajdują coś dla siebie, (2) musimy być wszechstronni i utalentowani, ponieważ jednego dnia będziemy prowadzić zajęcia dla początkujących bezrobotnych, a drugiego – kurs do CAE, (3) jeśli podpadniemy sekretarce, to mamy przechlapane!
Na koniec zostały nam przysłowiowe "korki", przez które rozumiem udzielanie lekcji we własnym domu. Ogromną zaletą takiej formy pracy jest to, że całe wynagrodzenie chowamy do własnej kieszeni. Oczywiście, jeśli chcemy się szeroko reklamować i to jeszcze podając własne imię i nazwisko, lepiej pomyśleć o zarejestrowaniu działalności gospodarczej. Jeśli udzielamy korepetycji na niewielką skalę, szansa, że ktoś nas podkabluje do Urzędu Skarbowego jest naprawdę niewielka. Niestety, tak jak w przypadku pracy w szkole językowej, korepetycje są biznesem sezonowym, więc nie utrzymamy się z tej formy zatrudnienia w wakacje.
Oczywiście nic nie stoi na przeszkodzie, by łączyć ze sobą poszczególne formy zatrudnienia. Bardzo często nauczyciele dają lekcje prywatne, a lektorzy uniwersyteccy pracują dla szkół językowych. "Dziwnym nie jest", jak to mawia jeden z Wilqowych bohaterów, ponieważ każdy chce zarobić godnie.
PS. 1 Jeśli ktoś z Czytelników chciałby rozwinięcia tematu, proszę sygnalizować to w komentarzach.
PS. 2 Odkopałem archiwalne materiały z pisemnego egzaminu dojrzałości, więc w najbliższym czasie zajmę się obiecaną analizą matury.
Subskrybuj:
Posty (Atom)