Pokazywanie postów oznaczonych etykietą nauka angielskiego. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą nauka angielskiego. Pokaż wszystkie posty

poniedziałek, 22 lipca 2013

Sposoby nauki języka angielskiego cz. 3 Connections


O ile w poprzednim wpisie skupiałem się na przedstawieniu zalet seriali, teraz chciałbym poświęcić więcej uwagi pewnej szczególnej produkcji brytyjskiej, mianowicie serialowi pod nazwą "Connections". Został on przygotowany i zrealizowany przez BBC, a swoją premierę miał pod koniec lat 70-tych ubiegłego wieku.Twórcą serialu i jego narratorem jest niewysoki, okrąglutki facet o nazwisku James Burke.

James Burke ukończył studia na Uniwersytecie Oksfordzkim, a następnie pracował jako prezenter i dziennikarz BBC zajmujący się sprawami naukowymi. Obsesją Burke'a jako historyka nauki stało się postrzeganie historii jako splotu skumulowanych wydarzeń. Ten sposób prezentacji odkryć naukowych i wynalazków technicznych stał się osią serialu "Connections".

Pierwsza seria "Connections" składa się z dziesięciu odcinków o łącznej długości ok. 500 minut. James Burke stara się w niej przedstawić rozwój naszej cywilizacji. Zabiera nas – dosłownie! – w podróże do róźnych miejsc i czasów. Burke pokazuje choćby, w jaki sposób uźywanie strzemion przez Normanów jest powiązane z... badaniami nad próźnią i rozwojem telekomunikacji. Burke podkreśla bezustannie, że musi nastąpić zakumulowanie wiedzy, aby nastąpiły pewne odkrycia i sporządzono na ich podstawie wynalazki. Zakumolowanie wiedzy nie odbywa się w sposób przewidywalny, ani tym bardziej liniowy. Większość tytułowych "połączeń" jest zaskakująca, a skala czasowa, w obrębie której porusza się Burke, zapiera dech w piersiach.

W Polsce serial był emitowany w latach 80-tych XX wieku. Pora emisji – niedziela przed południem – była dobrana specjalnie, by odciągać inteligencję od udziału w mszy w ramach walki państwa komunistycznego z Kościołem i religią. Stawałem wtedy na głowie, by oglądać kolejne odcinki "Connections", choć wtedy jeszcze nie zwracałem uwagi na moźliwość uczenia się angielskiego z tego serialu. Pochłaniałem po prostu opowiastki Burke fascynując się nimi jako zmyślnie opowiedzianym, fabularyzowanym dokumentem. Burke nie siedzi w fotelu, ale prezentuje inne filmy dokumentalne, relacje telewizyjne, zabiera nas do muzeów oraz pracowni badaczy. Dużą rolę odgrywają w tym serialu inscenizacje historyczne.

Dopiero po pewnym czasie dociera do nas przełomowość tego, co zrobił Burke. Odszedł on od prezentacji historii jako ciągu wojen – pokazał nam za to czym jest cywilizacja: ciągłością myśli ludzkiej. Serial do dzisiaj zdumiewa nietypowym ujęciem tematu i perspektywą spojrzenia. To jeden z nielicznych produktów telewizyjnych, które potrafią zrewolucjonizować nasze myślenie. Jako ciekawostkę można przytoczyć fakt, że serial był masowo wykorzystywany na amerykańskich uniwersytetach, gdzie w oparciu o niego prowadzono przedmioty (!) pokroju "Wstęp do nauki" albo "Wstęp do cywilizacji".

Komu poleciłbym "Connections"? Serial będzie przydatny raczej dla osób zaawansowanych, które przygotowują się do egzaminów CAE albo CPE, a takźe dla osób planujących studiować filologię angielską. Burke porusza się po wielu dziedzinach nauki, potrzebny więc nam będzie spory zasób słownictwa. Trzeba teź nauczyć się czytać między wierszami, gdyź narracja prowadzona jest przez niego z typowym brytyjskim humorem i złośliwością. Osoby na niższych poziomach zaawansowania będą miały też problemy ze zrozumieniem Burke'a, gdyż dziennikarz tempo gadania ma naprawdę bardzo, bardzo, bardzo szybkie. Rzecz jasna, moźna pobrać sobie z sieci napisy angielskie, a to już ułatwi sprawę.

(Aby zyskać pojęcie o tym, jak szybko mówi Burke oraz ile informacji jest upchnięte w jednym odcinku, dokonałem prostego szacowania na podstawie napisów. W jednym odcinku Burke wypowiada ok. 6500 wyrazów, co daje 33.000 znaków, a to oznacza ok. 20 stron maszynopisu. Jest co przyswajać!)

Serial ukazał się na DVD, można go zakupić na amerykańskim Amazonie: zestaw DVD (Region 1)

W oparciu o serial powstała również książka (1995) pod tytułem... a jakże, "Connections": Kindle Edition

Tutaj znajduje się streszczenie wszystkich odcinków: Episode Guide

A tutaj początek pierwszego odcinka pt. "The Trigger Effect" na YouTube :) Miłego oglądania!


niedziela, 18 września 2011

Sposoby nauki języka angielskiego cz. 2 Serial historyczny The Tudors




W latach 2007-2010 amerykańska sieć telewizyjna Showtime emitowała serial historyczny "The Tudors". Kompletny serial składa się z 38 odcinków zgrupowanych cztery sezony, a poświęcony jest postaci słynnego angielskiego króla, Henryka VIII.

Król Henryk VIII był drugim władcą z dynastii Tudorów, następcą swego ojca Henryka VII. Panował w latach 1509-1547, a za jego rządów Anglia uległa radyklanej przemianie. Musimy pamiętać, że na początku XVI wieku Anglia była niewielkim krajem leżącym gdzieś na politycznych peryferiach Europy; nie posiadała silnej floty, nie liczyła się militarnie, a władza angielskiego króla obejmowała zaledwie część Wysp Brytyjskich. Henryk VIII radykalnie odmienił tę sytuację.

Kiedy w 1509 roku został koronowany jako niespełna osiemnastolatek, sytuacja finansowa królestwa była dobra, gdyż jego ojciec, Henryk VII, był władcą oszczędnym. Henryk VIII nie liczył się z pieniędzmi – chciał wzrostu i rozkwitu Anglii za wszelką cenę. Pamiętajmy, że 500 lat temu dobro kraju należyło rozumieć jako wzrost bogactwa i pozycji samego króla. Ponieważ Henryk VIII był też mężczyzną o sporych apetytach seksualnych doszło tutaj do niezwykłej sekwencji wydarzeń. Henryk VIII bardzo pragnął męskiego potomka, gdyż w nim upatrywał jedynej szansy na przetrwanie dynastii Tudorów. To pragnienie doprowadziło do serii rozwodów i małżeństw. Kolejne żony Henryka VIII to: Katarzyna Aragońska, Anna Boleyn, Jane Seymour, Anna Kliwijska, Katarzyna Howard oraz Katarzyna Parr.

Ze względu na ogromne wpływy Kościoła, nawet dla króla rozwód nie był sprawą prostą. Henryk VIII starał się unieważnić małżeństwa (Katarzyna Aragońska, Anna Kliwijska), ścinał żony za niewierność (Anna Boleyn, Katarzyna Howard), lecz zdecydował się też na krok bardzo odważny. Na fali religijnych przemian mających miejsce w Europie Henryk VIII – początkowo przeciwnik reformacji – zdecydował się na zerwanie z Rzymem i ustanowienie w Akcie Supremacyjnym tzw. Kościoła Anglii, którego głową miał być sam król. Za ten uczynek Henryk VIII został ekskomunikowany przez papieża Klemensa VII, lecz udało mu się uzyskać swobodę działania w kwestiach religinych i małżeńskich.

I tutaj wracamy do przemiany ekonomicznej Anglii, jaka miała miejsce w XVI wieku. Anglia czasów Elżbiety I, córki Henryka VIII, to już potęga militarna i ekonomiczna, która skutecznie obroniła Wyspy przed inwazją hiszpańską. Skąd taki gwałtowny wzrost? Otóż król Henryk VIII, władca ambitny i rozrzutny, po zerwaniu z Rzymem dokonał konfiskaty mienia kościelnego poprzez tzw. zniesienie zakonów, znaną też jako kasata klasztorów. Krótko mówiąc, gwałtowne wzbogacenie kasy królewskiej nastąpiło w drodze zwykłego złodziejstwa. Ponieważ zakony gromadziły dobra od setek lat, możemy domyślać się, że było ich sporo. Dzięki tej bezczelnej grabieży Henryk VIII zyskał chociażby możliwość 10-krotnego (!) zwiększania stanu floty królewskiej oraz budowania nowych zamków. Mówiąc współczesnym językiem, Henryk VIII odblokował pieniądze, które zamknięte były w kościelnych kufrach i posiadłościach, a jego zakupy i inwestycje przełożyły się na boom gospodarczy. Inną konsekwencją działań królewskich jest to, że możemy obecnie podziwiać wiele malowniczych ruin kościelnych i klasztornych rozsianych w południowej części największej brytyjskiej wyspy.

Serial "The Tudors" przedstawia te wszystkie wydarzenia śledząc panowanie Henryka VIII od przyjęcia korony do jego śmierci. Produkcja jest zrealizowana niezmiernie sprawnie, a sam scenariusz jest bardzo interesujący. Zobaczymy tu wszystko: intrygi i wojnę, miłość i zdradę, krew i seks. Wiele scen jest brutalnych lub dość śmiałych obyczajowo, lecz to przydaje tylko serialowi uroku i drapieżności. Jeśli chodzi o warstwę wizualną, niestety nie dorównuje on największym hollywoodzkim produkcjom (niekiedy zgrzebność efektów specjalnych aż skrzeczy), lecz musimy pamiętać, że jest to dzieło przeznaczone na rynek telewizyjny i DVD. Atrakcyjność takich seriali polega raczej na prezentowaniu wielowątkowej opowieści, pełnej różnych smaczków i twistów, a pod tym względem "The Tudors" można śmiało lokować w pierwszej lidze.

Na osobne potraktowanie zasługuje kwestia doboru aktorów. O ile początkowo Jonathan Rhys Meyers wcielający się w rolę Henryka VIII wzbudzał u mnie parsknięcia śmiechu, już po kilku odcinkach zaskarbił sobie moją sympatię i szacunek. W kolejnych sezonach jesteśmy świadkami starzenie się króla Henryka VIII, a Rhys Meyers nie dał plamy i udźwignął ten aspekt roli. Jedna z większych ról kobiecych przypadła Natalie Dormer grająca piekielną Annę Boleyn, jednak pozostale żony Henryka VIII oraz księżniczka Mary (Sarah Bolger) również zasługują na uznanie. Panowie na pewno będą się szeroko oblizywać, a żeńska część widowni będzie usatysfakjonowana całą menażerią różnorakich księciuniów, djuków i dworzan.

Dla osób uczących się języka angielskiego serial będzie stanowił sporą przyjemność, gdyż bohaterowie nieustannie ze sobą rozmawiają (no dobrze, w łóżku robią coś innego). Można przyswoić wiele słownictwa związanego z relacjami społecznymi, polityką, religią czy uzbrojeniem. Język jest stylizowany, więc ustawicznie będziemy słyszeć wyrażenia w rodzaju "to know the queen carnally" czy "beseech". Jednak wszelkie zabiegy stylizacyjne nie są nachalne, a sama realizacja dźwięku jest zrobiona bardzo dobrze – kwestie wypowiadane są przez aktorów czysto i wyraźnie. Musimy jednak uczynić pewne zastrzeżenie: nie należy traktować "The Tudors" jako źródła wiedzy historycznej, gdyż nie taka jest jego rola. Lecz jeśli ktoś zainteresuje się po obejrzeniu tego serialu historią rodu Tudorów, warto sięgnąc po pozycje w rodzaju "The Isles" Normana Daviesa.

Oficjalna strona "The Tudors" tutaj

"The Tudors" na YouTube tutaj




niedziela, 27 czerwca 2010

Słupki cz. 2

Najprostsze wyjaśnienie, dlaczego wyniki z Reading spadają, mogłoby brzmieć tak: bo dzieci i młodzież już nie czytają. Takie wyjaśnienie wydaje się jednak zbyt uproszczone czy nawet prostackie, zwłaszcza jeśli skonfrontujemy je z systematycznie zwiększającą się sprzedażą książek na polskim rynku. Pamiętajmy też o jeszcze jednym zjawisku: o ile dziesięć czy piętnaście lat temu naszym życiem rządziły trzy media (książka i prasa, telewizja i kino, oraz radio), obecnie coraz większy udział zyskuje Internet. Jak łatwo zauważyć, zawartość Internetu to w sporej części teksty, czyli tekst pisany... Próba wyjaśnienia, dlaczego zdający mają takie problemy z rozumieniem tekstów, powinna więc iść w innym kierunku.

Jak już wspomniałem wyżej, nie jestem pewny, czy czyta się MNIEJ. Jestem jednak przekonany, że zwiększyło się zróżnicowanie tekstów, z którymi mamy do czynienia w naszym życiu. Czytamy więcej komiksów, więcej krótkich artykułów w Internecie, a tak naprawdę najczęściej czytamy wpisy na różnych forach, czy komentarze na NK albo pod Demotywatorami. Nasza bezpośrednia pisemna komunikacja przybrała formę skrótowych maili, smsów oraz wiadomości wysyłanych przez GG czy Skajpa. Wzrósł też stopień nieformalności tekstów, z którymi mamy do czynienia. Jeśli miałbym wybrać trzy wyrazy, przy pomocy których scharakteryzowałbym to, co czytamy, wybrałbym: "krótki", "nieformalny" oraz "rozmowa".

Natomiast teksty wykorzystywane na egzaminach językowych – nie tylko tych uniwersyteckich, ale również egzaminach pokroju Nowej Matury, FCE czy IELTS – są dokładnym przeciwieństwem tych cech. Są to teksty dłuższe, napisane językiem neutralnym lub formalnym, które zawierają co najwyżej jedno- czy dwuzdaniowe wypowiedzi potoczne zamieszczone w charakterze cytatu. (Co ciekawsze, nie spotkałem się jeszcze z ćwiczeniem wykorzystującym zapis rozmowy między dwoma lub trzema osobami. Twórcy egzaminów zdają się tu ignorować fakt istnienia choćby dialogów książkowych.) No i jak tu się dziwić, że osoby mające na co dzień do czynienia z odmiennego typu materiałem radzą sobie coraz gorzej z tym komponentem egzaminu?

Kolejnym problem jest umiejętność koncentracji. Łatwo podnieść wrzask, że dzisiejsza młodzież nie potrafi się nad niczym skoncentrować i dlatego wyniki z rozumienia tekstu pisanego są tak marne. Takie wyjaśnienie byłoby jednak kompletną bzdurą, gdyż umiejętność koncentracji jest rozwinięta u współczesnej młodzieży dość dobrze. Znam osoby, które nie potrafi skoncentrować się nad jednostronicowym tekstem, ale potrafią poświęcić kilka lub kilkanaście godzin bez przerwy na rozgrywkę w sieci. No to jak to jest? Potrafi się taki człowiek skoncentrować czy nie? Odpowiedź jest prosta: tak, jeśli to, nad czym się koncentruje, jest dla niego ciekawe i motywujące. Teksty ciekawe i motywujące nie są, ponieważ są bodźcami INNEGO RODZAJU, a ludzie mają przeważnie problem z czerpaniem przyjemności z rzeczy, których nie znają, albo znają słabo.

Coraz gorsze wyniki z rozumienia tekstu pisanego zawdzięczamy więc temu, że młodzież czyta innego rodzaju teksty niż prezentowane na egzaminach. Zdający mają również problem z pewnym rodzajem koncentracji, gdzie trzeba uwagę utrzymywać na bodźcu statycznym, który nie zapewnia natychmiastowej nagrody. Dziwię się tutaj wykładowcom, którzy są zaskoczeni słabymi wynikami z "readingu". Przecież wystarczy posłuchać czy poczytać wypowiedzi samych studentów: "Czytanie jest trudne", "Czytanie jest nudne", "Nie lubię czytać". Studenci informują nas wprost o swoim problemie z czytaniem, a my nie robimy nic, aby odpowiednio wcześnie wcześnie im pomóc. Pamiętać też należy, że obecnie wielu studentów filologii angielskiej wywodzi się z domów bez tradycji akademickich, a posługiwanie się angielskim traktują oni użytkowo.

Po tym długim wywodzie na temat rozumienia tekstu pisanego łatwiej nam będzie wyjaśnić, dlaczego dla odmiany Listening przestał być problemem dla zdających. Słuchanie nagrań i oglądanie filmów w języku obcym przestało być czynnością wykonywaną sporadycznie. Na rynku księgarskim jest obecnie o wiele więcej materiałów dedykowanych dla samej sprawności słuchania: osobne książki z płytami, czy choćby Past Papers do egzaminów Cambridge. Zaopatrzenie się w tego typu materiału nie stanowi najmniejszego problemu. Co do filmów zaś... hmmm... Proszę podnieść paluszek w górę kto NIE ściąga spiraconych filmów kinowych i seriali. Nasz kontakt z językiem mówionym po prostu wzrósł drastycznie, a przy tym spowszedniał. Magnetofon na lekcji angielskiego to normalka. Wakacyjny wyjazd do Anglii to codziennośc. Oglądanie filmu bez zagłuszacza w postaci lektora to oczywistość. Więc jak tu się dziwić, że słupek z "listeningu" idzie w górę?

A co z umiejętnością koncentracji nad tekstem mówionym? Zwróćmy uwagę na to, że jeden (!) odcinek serialu filmowego to 30-40 minut gadania. Oglądamy taki odcinek bez dzielenia go na części, gdyż chcemy po prostu dowiedzieć się jak najszybciej, co się w odcinku wydarzyło. Oglądając film w ten sposób niejako ćwiczymy "z zapasem", gdyż na egzaminie jedno nagranie audio potrwa najwyżej od kilku do kilkunastu minut. (Tutaj podobna uwaga jak przy tekście pisanym: dlaczego na egzaminach nie prezentuje się zdającym nagrań video? Przecież w życiu codziennym musimy najcześciej radzić sobie z sytuacjami, gdzie informacja wizualna jest OBECNA. Oczywiście wiem, że na egzaminach jest też część ustna, niemniej chyba nadeszła już pora, aby przygotowujący egzaminy zastanowili się nad tym, czy ich formuła nie staje się już archaiczna...)

piątek, 25 czerwca 2010

Słupki cz. 1

Kiedy studiujemy język angielski, naszym najważniejszym przedmiotem – i największą zmorą – jest najczęściej Praktyczna Nauka Języka Angielskiego (tzw. Practical English). W zależności od uczelni i jej specyfiki w obrębie PNJA wyróżnia się pewną liczbę tzw. skillów, czyli mówiąc po ludzku przedmiotów, z których każdy skupiają się na konkretnej sprawności językowej. Zazwyczaj są to: Reading (rozumienie tekstu), Listening (słuchanie), Practical Grammar (gramatyka praktyczna), Writing (pisanie), Speaking (mówienie). Niekiedy w PNJA wchodzą też Translation (tłumaczenie) oraz Phonetics and Phonology (fonetyka z fonologią), ale ta ostatnia nie jest osobnym komponentem na egzaminie.

W każdym semestrze nauka przedmiotów składających się na PNJA kończy się zaliczeniem z oceną. Student, który nie uzyska takiego zaliczenia w semestrze letnim, nie może przystąpić do egzaminu praktycznego z PNJA. Każda uczelnia decyduje samodzielnie, które z przedmiotów wchodzą w skład tego egzaminu, lecz przeważnie są to Reading, Listening, Writing, Use of English (gramatyka ze słownictwem) oraz Speaking, lub też dowolna ich kombinacja. Za egzamin otrzymuje się jedną ocenę łączną, natomiast praktyki egzaminacyjne są oczywiście dowolne i zależą od tradycji uczelnianej oraz preferencji wykładowców. Decydują oni, jakie typy zadań są serwowane na egzaminie z PNJA, i w jakim stopniu testują one to, czego studenci uczyli się przez cały rok. Egzamin z PNJA jest wielkości słonia – trwa kilka godzin, a część pisemna i ustna odbywają się w różne dni. Dopuszczenie do części ustnej warunkowane jest najczęściej zdaniem części pisemnej.

Jeśli przyjrzymy się wynikom z poszczególnych części pisemnej egzaminu, można zauważyć, że na początku lat 90-tych ubiegłego wieku największym horrorem dla studentów był Listening. I nie ma w tym nic dziwnego. Kontakt z mówionym językiem angielskim był przecież niewielki: trochę słuchania piosenek, trochę oglądania telewizji satelitarnej, godzinka lub dwie tygodniowo konwersacji z nejtiw spikerem na uczelni (jeśli uczelnia miała szczęście posiadać takowego) i to praktycznie byłoby wszystko. Filmy w telewizji lub na kasetach wideo były niezawodnie okraszone głosem polskiego lektora, a audiobooki były rzeczą praktycznie nieznaną.

Use of English również był powszechnie znienawidzony, lecz powodem tak silnych emocji był po prostu ogromny zakres słownictwa, z którym student najczęściej stykał się po raz pierwszy dopiero na uczelni. W sumie należało jedynie jak najszybciej opanować umiejętność wbijania sobie do głowy po kilkaset słówek i wyrażeń tygodniowo. Gramatyka była już prawie przyjemnością, ponieważ tutaj wreszcie obowiązywały jakieś zasady, a materiałów do ćwiczeń nigdy nie brakowało. Gorzej bywało z czasem, który można by gramatyce poświęcać... Wyniki z Use of English bywały przeważnie lepsze od wyników z Listening.

Bardzo mocno studenci czuli się w komponencie Reading. I znów nie ma w tym nic dziwnego – a któż niby chciał studiować filologię angielską? Najczęściej były to mróweczki, które nie wyobrażały sobie życia bez książek. Oczytanie ogólne w języku polskim pomagało w rozumieniu tekstów w języku angielskim. Tekst pisany miał również tę przewagę nad słuchanym, że nie ulatniał się nagle z kartki – można było czytać trudniejszy fragment dowolną ilość razy. I należy tu pamiętać, że testy wielokrotnego wyboru i inne zadania zamknięte nie zasługiwały w opinii wykładowców nawet na splunięcie. Pomimo jednak tego, że należało samodzielnie wymyśleć i zapisać odpowiedzi na pytania do tekstu, Reading był uważany za "piece of cake", a wyniki były wysokie.

Writing również nie stanowił większego problemu. Jeśli student posiadał jaki-taki zasób wyszukanego słownictwa, nie popełniał zbyt wielu błędów gramatycznych i trzymał się tematu, oblanie "rajtingu" zaliczało się do kategorii raczej niezłych wyczynów. Nie wiadomo też, do jakiego stopnia oceny z esejów były subiektywne, gdyż były one przecież oceniane przez osoby, które tego przedmiotu uczyły. Z tej przyczyny, komponentu Writing nie będziemy uwzględniać w naszych rozważaniach.

Wyniki z trzech komponentów na początku lat 90-tych układały się więc następująco: najtrudniejszy był Listening, na następnym miejscu plasował się Use of English, najłatwiejszy był Reading. Jak jest zatem obecnie? Ano, Listening i Reading są na dobrej drodze do zamienienia się miejscami. O ile zdawanie tekstu słuchanego nie jest już traktowane jako dopust boży i wysiłek na miarę zwijania gołymi rękami stalowych patelni, o tyle wyniki z komponentu Reading systematycznie się pogarszają. Zadać więc należy pytanie: dlaczego tak się dzieje? Dlaczego coraz lepiej ze słuchania, a coraz gorzej z czytania? O tym w drugiej części wpisu.

piątek, 5 marca 2010

Uczyć, uczyć, uczyć (się)

Uczeniem języka angielskiego zajmuję się już ponad dwadzieścia lat, lecz wcale nie oznacza to, że jestem taki stary – po prostu wcześnie zacząłem uczyć. Jednym z tematów, który często przewija się w trakcie zajęć, są sposoby uczenia się angielskiego, a do najczęściej zadawanych pytań należy: "Jak mam się angielskiego uczyć, żeby się go nauczyć?" Oczywiście, istnieje masa sztuczek i trików, które można wykorzystać, aby szybciej i skuteczniej wbijać sobie do głowy język obcy. My jednak zajmiemy się omówieniem najbardziej oczywistej metody, jaką jest... uczenie angielskiego.

W obecnych czasach wbija się nam wielkim młotkiem do głowy, że do każdej rzeczy, do najdrobniejszej sprawy potrzebny jest ekspert, profesjonalista lub przynajmniej ktoś z uprawnieniami. Rozumiem motywy kierujące postępowaniem różnych grup zawodowych, które straszą nas na każdym kroku, że bez profesjonalisty ani rusz. Ich interes jest oczywisty – zablokować dostęp do swojej branży i zdzierać z klientów jak największe pieniądze za usługi, których jakość oczywiście w takich okolicznościach zacznie się błyskawicznie pogarszać. Proszę mi uwierzyć, że do wielu rzeczy NIE potrzeba fachowca, a jedną z nich jest nauka języka obcego. Swoje rozumowanie wyjaśniam poniżej.

Jedną z umiejętności, jaką każdy człowiek potrafi wykonywać ODRUCHOWO, to uczenie innych osób. Zwróćmy uwagę na czynności, które ustawicznie wykonujemy w życiu codziennym: wyjaśniamy innym, jak działają urządzenia; podajemy wskazówki, jak coś zrobić; dzielimy się wiedzą i doświadczeniem; razem "rozgryzamy" różne problemy. Oczywiście, są wśród nas osoby, które są urodzonymi nauczycielami i potrafią się wiedzą dzielić z wielką pasją i entuzjazmem. Jednak zasada ogólna jest prosta: uczyć potrafi KAŻDY z nas. Popatrzmy przecież na rodziców, którzy są w stanie nauczyć dziecko wielu umiejętności niezbędnych w życiu, a także potrafią podzielić się wiedzą podręcznikową. Popatrzmy na starszych pracowników, którzy szkolą młodszych i nawet nie zdają sobie sprawy z tego, co robią. Uczyć potrafi każdy i każdy to robi.

Oczywiście można protestować, że przecież nauczanie języka obcego to sprawa sporej odpowiedzialności, że ucząc źle można wyrządzić sporą krzywdę, że przecież trzeba umieć proces nauki zaplanować, że do tego potrzeba wiedzy i kwalifikacji. Odpowiem krótko: sraty-dupaty. W krajach cywilizowanych nauka jednej z najbardziej niebezpiecznych czynności życiowych, czyli prowadzenia samochodu, wygląda następująco: młoda osoba, która chce nauczyć się kierowania pojazdem mechanicznym, rejestruje się w urzędzie i zaczyna jeździć rodzinnym autem pod nadzorem członka rodziny, który prawo jazdy i doświadczenie już posiada. Młoda osoba jeździ tyle, ile chce, a do egzaminu przystępuje, kiedy uzna, że jest do niego gotowa. Jak widać, obowiązują tu proste i logiczne zasady: jeździmy z osobą, którą znamy i której ufamy; jeździmy dużo i ćwiczymy różne sytuacje (jak to się ma do wymogu wyjeżdżenia 30h obowiązującego w Polsce?); korzystamy z rodzinnego samochodu, a jak go porysujemy to nas właściciele samochodu (najczęściej są to rodzice) zabiją i zakopią w ogródku. I jakoś nikt nie wrzeszczy o konieczności szkolenia przez profesjonalistę, a system sprawdza się od wielu, wielu lat doskonale. Proszę mi uwierzyć, podobnie rzecz się ma z nauką języka obcego. Jeśli umiesz ten język choć trochę, potrafisz nauczyć inną osobę w sposób prosty, jasny i zrozumiały dla niej.

Uczenie angielskiego ma same zalety. Kiedy zaczynamy pomagać komuś w nauce bezpłatnie, albo udzielamy korepetycji, stajemy się odpowiedzialni za nasze lekcje. Musimy nauczyć się zarządzać czasem, oraz pilnować terminów i godzin spotkań. Kolejne dwie cenne umiejętności, którą nabywamy, to nauka jak szybko i efektywnie przygotować się do zajęć, oraz jak radzić sobie w sytuacjach, kiedy nasz uczeń nagle wystrzeli nieprzewidzianym problemem i przyjdzie nam improwizować. Ucząc, powtarzamy materiał, który już wcześniej przyswoiliśmy, a także uczymy się rzeczy nowych, gdyż na pewno uczniowie zaskoczą nas niejednym pytaniem. Oczywiście większość naszych uczniów będzie osobami leniwymi i niestawiającymi pytań, ale zawsze znajdzie się ktoś, kto będzie miał milion najdzikszych pytań. Nie wolno wówczas reagować stwierdzeniami w rodzaju "to ci niepotrzebne", tylko trzeba cierpliwie wyjaśniać. A jeśli czegoś nie wiemy, brać słownik czy gramatykę angielską do ręki i sprawdzać. Solidna powtórka materiału z pogłębieniem znajomości nauczanego języka wszerz i wzdłuż jest gwarantowana.

Oczywiście to nie wszystkie zalety tej metody. Uczniowie będą mieli różne potrzeby, więc rozwiniemy różnorodne umiejętności: kogoś poduczymy pisania, kogoś poduczymy słownictwa, z kimś pogadamy, a to wszystko będzie budować naszą wiedzę. Niekiedy uczniowie dadzą nam porządnie popalić poprzez swoją niesolidność i brak pracowitości. Odwołane nagle zajęcia, nieodrobione zadanie domowe, czy olewacki stosunek do korepetytora to tylko fragment ich szerokiego repertuaru. Uczenie angielskiego oznacza też konieczność zapoznawania się z różnymi materiałami. Jeśli udzielamy korepetycji, siłą rzeczy będziemy musieli zaznajomić się z podręcznikami, które są wykorzystywane w szkole naszego ucznia. Nagle też odkryjemy, że szukamy różnych ćwiczeń, a posiadane przez nas materiały to za mało. Będziemy też musieli doradzać w kwestii zasobów internetowych czy słowników ("A jaki słownik jest naaajlepszy?"). Uczenie języka zmusi nas zresztą do przemyślenia tego, dlaczego uczymy z pewnych materiałów, a to nas później doprowadzi w sposób logiczny do zastanawiania się nad tym, dlaczego w ogóle uczymy i jak mamy to robić. Nie trzeba już nawet wspominać, że wymierną korzyścią z uczenia będą pieniądze, które spożytkujemy na własne potrzeby i przyjemności.

Warto zauważyć, że zostanie korepetytorem przyniesie nam jeszcze jedną korzyść. Pomagając uczniom, zobaczymy nagle wszystkie debilizmy polskiego systemu szkolnictwa w pełnej okazałości. Przyjedzie nam się zmagać z nauczycielami, którzy zadają czwartoklasistom teksty do tłumaczenia na poziomie ćwiczeń z translatoryki, albo każą przyswajać sto słówek w tydzień. Nagle zaczniemy się zastanawiać, dlaczego pierwszoklasistom każe się korzystać z książki, w której znajduje się słowo pisane (mówimy oczywiście o pierwszoklasistach ze szkoły podstawowej), a oni ledwo literki po polsku klecą. Będziemy nadganiać z licealistą materiał z dwóch lat w jeden miesiąc, bo kto by się przejmował dzieleniem uczniów na grupy pod kątem znajomości języka, albo odkryjemy, że nauczyciel-leniuszek omija wszystkie "listeningi" i "speakingi" w książce, a potem dziwi się kiepskim wynikom z matury próbnej. A to sprawi, że zagotuje się w nas krew i zaczniemy MYŚLEĆ. Wot, kolejna korzyść...

Pewnie wszyscy Czytelnicy uświadomili sobie, że ten wpis jest adresowany głównie do studentów filologii angielskiej i słuchaczy kolegiów nauczycielskich, lecz jestem przekonany, że na stosowaniu tej metody skorzysta każdy. Miłego uczenia (się).

środa, 24 lutego 2010

Szklana szyba

For Agnieszka B., thank you for your questions.


Od wielu lat zadaję sobie pytanie "Co to znaczy znać język angielski?". Musimy tutaj od razu wyjaśnić, że można na to pytanie dać dwie odpowiedzi w zależnośći od tego, kto pyta. Odpowiedź dla osób, które uczą się angielskiego "niezawodowo" jest dla mnie prosta i takiej zazwyczaj udzielam: trzeba wbić sobie do głowy trochę słówek, trzeba umieć sklecić kilka prostych zdań, trzeba umieć sobie poradzić w typowych sytuacjach, i jest dobrze. Osoba, która posługuje się angielskim od przypadku do przypadku, ma pewien margines bezpieczeństwa, gdyż może zawsze rozłożyć ręce i powiedzieć "Przecież nie jestem specjalistą od angielskiego".

Zupełnie inaczej wygląda sytuacja, jeśli chodzi o zawodowców. Rozumiem tutaj przez nich osoby, którym znajomość języka angielskiego jest niezbędna do codziennego funkcjonowania i zarabiania pieniędzy. Przede wszystkim, zawodowiec nie może przestać się uczyć. Nie mówię tutaj o zapisywaniu się na kursy czy dodatkowe studia, gdyż takie postępowanie jest kompletną bzdurą i oznacza również stratę pieniędzy. Zawodowiec nie może słuchać innych, gdyż sam zna swoje potrzeby najlepiej, a uczy się przecież odruchowo, wykonując swój zawód. Jaka jest więc odpowiedź dla zawodowca? Bardzo prosta: zawodowiec wie WSZYSTKO. Oczywiście jest to stan idealny i niemożliwy do osiągnięcia, przede wszystkim ze względów biologicznych, gdyż nie jesteśmy w stanie ogarnąć wszystkich odmian angielskiego i nadążyć za nowym słownictwem. Ale ja mam tak, że chciałbym i powtarzam to każdemu przyszłemu angliście :)

Mimo tego, że staramy się przyswoić angielski w sposób totalny, i tak wielokrotnie napotkamy szklaną szybę. Moje pierwsze spotkanie z tym zjawiskiem nastąpiło, kiedy zacząłem czytać książki angielskie. Wcześniej uczyłem się angielskiego metodą "gramatyka, tłumaczenie, wbijanie słóweczek", co w sumie odpowiadało mojemu analitycznemu umysłowi. Niestety pojawił się problem, kiedy wziąłem do ręki książkę i usiłowałem zrozumieć pierwszy akapit. Mózg przyzwyczajony do nauki w obronnym odruchu wrzeszczał, że trzeba przyjrzeć się gramatyce i słóweczkom, a potem trzeba przetłumaczyć, natomiast instynkt językowy odwrzaskiwał się, że książkę trzeba czytać tak, jak się czyta ją po polsku, czyli rozumiejąc instynktownie całe zdania, akapity, rozdziały. Od tego wrzasku rozbolała mnie tylko głowa. Czułem wówczas, że walę w niewidzialną ścianę i jeszcze wtedy nie wiedziałem, że napotkałem pierwszą szklaną szybę w swoim życiu.

Oczywiście rację miał wtedy mój instynkt językowy, więc nauczyłem się czytać książki szybko, bez tłumaczenia w głowie, bez sprawdzania słówek. Kiedy zdecydowałem się na przyjemność płynącą z czytania i przyswajania sensu książki, wszystko stało się o wiele prostsze i łatwiejsze. Oczywiście napotykałem fragmenty, które czytałem wielokrotnie i dalej nie potrafiłem odruchowo uchwycić ich sensu. Ślizgałem się tylko po powierzchni, rozumiałem sens wyrazów i zdań, jednak całość nie chciała mi w głowie "zagrać" czy też "zagadać" do mnie. Zdarzały się też takie miejsca, kiedy nie było wyjścia i sięgnięcie po słownik stawało się niezbędne, gdyż znajomość danego wyrazu była niezbędna do uchwycenia sensu większego fragmentu książki. Wielką przyjemnością było dla mnie, kiedy okazywało się, że dobrze domyśliłem się znaczenia słówka. Niestety, równie często wściekałem się, gdyż aparat językowy wypuszczał mnie na manowce. I to były momenty osobistej klęski. Jednak czytanie książek i skupianie się na ich treści pozwoliło mi przebić się przez pierwszą szklaną szybę.

Wiem, że wiele osób napotyka szklaną szybę przy mówieniu i pisaniu. Spotykam się bardzo często z postawą "nie będę mówił/pisał, ponieważ mi to nie wychodzi". Najczęściej takie osoby nie zdają sobie sprawy, że tylko pogarszają swoją sytuację. Wszelkie obawy o poprawność gramatyczną, o dobór właściwego słownictwa, o poprawną wymowę, czy o dobre zrozumienie interlokutora powodują tylko nakręcanie spirali strachu, co w konsekwencji prowadzi do powstania u tych osób bardzo solidnej blokady przed mówieniem i pisaniem. Co więc robić, aby się nie wkręcić i nie zablokować? Trzeba po prostu skoncentrować się na tym, co się chce przekazać w mowie i piśmie, oraz odnaleźć radość z komunikowania się z inną osobą. Akurat w przypadku tych dwóch umiejętności sprawa była dla mnie prosta. Naukę pisania po angielsku odpracowałem w ten sposób, że korespondowałem z osobami o podobnych gustach muzycznych (mówimy o drugiej połowie lat 80-tych, kiedy nie było internetu, a list z Polski do USA szedł miesiąc). Chciałem pisać, lubiłem pisać, miałem wiele rzeczy do zakomunikowania i wychodziło to jakoś samo z siebie. Byłem przy tym pozytywnie motywowany każdą odpowiedzią i każdą załatwioną sprawą. Nikt mnie też nie krytykował, ani nie oceniał, więc nie powstawały u mnie żadne blokady. Szklana szyba okazała się więc bardzo cienka i łatwa do rozbicia.

Trochę inaczej było z mówieniem, choć efekt był podobny. Pewnego dnia odkryłem, że zaczynam gadać do siebie po angielsku w głowie. Próbowałem układać sobie korespondencję w głowie, opisywałem sobie to, co widzę, albo opowiadałem sobie wydarzenia z poprzedniego dnia. Czasami wymyślałem też absurdalne dialogi, albo powtarzałem sobie coś, co wyczytałem w książkach. Z jednej strony, wydawało mi się to zupełnie naturalne, gdyż działo się to niejako samo z siebie. Z drugiej zaś strony, niepokoiło mnie to zjawisko, gdyż rozmawianie ze sobą po angielsku nie mieściło się na mojej liście normalnych rzeczy, które robią normalni ludzie w normalnym życiu. Jednak takie zachowanie jest chyba powszechne, co wnioskuję z tego, że odkryłem niedawno na jednym z forów internetowych temat poświęcony nauce własnej, gdzie kilka osób dzieliło się podobnymi doświadczeniami. Rozmawianie ze sobą w głowie po angielsku okazało się bardzo przydatne, kiedy przyszło do kontaktów z native speakerami, gdyż miałem już przećwiczone pewne wzorce i reakcje. Takie przygotowanie sprawiło, że czułem się pewnie i odważnie, choć na pewno mój angielski był wtedy pokraczny i dziwaczny.

Teraz przejdziemy do rzeczy mniej przyjemnych. Ogromny problem sprawiała mi wymowa angielska, gdyż nie słyszałem dźwięków, nie łapałem intonacji, a w konsekwencji nie potrafilem tego z siebie wyprodukować. Kontakty z native speakerami niewiele tutaj dały, a trzeba wyraźnie powiedzieć, że przez rok miałem do dyspozycji kilku Amerykanów. Szklana szyba pękła dopiero w trakcie zajęć z fonetyki na uniwersytecie. Pisałem już zresztą o tym w jednym z wpisów na tym blogu – niemiłosierne piłowanie kolejnych dźwięków w laboratorium językowym przełożyło się na efekt w postaci jednego momentu rozbłysku, kiedy nagle zacząłem słyszeć. Szklana szyba wymowy pękła.

Czytając tak o tym rozbijaniu kolejnych szklanych szyb, można by odnieść wrażenie, że możliwe jest przedostanie się na "nejtiwspikerową stronę mocy", albo przynajmniej postawienie choć dużego palca prawej nogi poza kreską. Nic bardziej błędnego. Wystarczyło wyjechać na jakiś czas do Anglii i nagle okazało się, że szklane szyby poustawiane są wszędzie. Zwykła rozmowa telefoniczna w prostej życiowej kwestii sprawia, że człowiek oblewa się potem. Wypowiedzenie jednego zdania w przychodni lekarskiej spotyka się z błyskawiczną ripostą recepcjonistki – "Could I have your passport, please?". Odzywa się nagle tuziemiec za naszymi plecami i okazuje się, że mówi do nas i COŚ CHCE. Cała duma z dotychczasowych osiągnięć wyparowuje błyskawicznie...

Jakie można więc wyciągnąć wnioski z tych obserwacji? Po pierwsze, najważniejsze jest nasze własne nastawienie. Jeśli mamy problem z mówieniem czy pisaniem po angielsku, należy przestać się zamartwiać na śmierć, czy nam to dobrze wychodzi, a zamiast tego należy zacząć mówić i pisać. And f**k the consequences, jak to mawia Your English Angel. Wszędzie można znaleźć native speakera, z którym można choćby raz na tydzień piwa się napić i pogadać o wszystkim. Wszędzie jest dostępny internet, gdzie można pisać, o czym dusza zapragnie. Po drugie, bardzo ważne jest rozwijanie swoich umiejętności. Nie studiujmy tylko regułek. Nie przerabiajmy suchych podręczników egzaminacyjnych czy repetytoriów. Skupmy się na czytaniu zwykłych książek, oglądaniu zwykłych filmów i rozmowach ze zwykłymi ludźmi. Tak naprawdę rozwija nas właśnie ustawiczne obracanie językiem. Po trzecie, pamiętajmy, że mimo tego, iż będziemy brnęli coraz głębiej w angielski, ciągle będą nam gdzieś pojawiać się szklane szyby. Będą one coraz bardziej przezroczyste, ale pokonanie ich będzie coraz trudniejsze. No ale kto powiedział, że będzie łatwo?

piątek, 29 stycznia 2010

Jak wyjadę, to się nauczę

For Kasia and Kaja – thank you for inspiration :)


Wielokrotnie spotykałem się z radosną deklaracją "Jak wyjadę, to się nauczę". W tej deklaracji chodzi oczywiście o nauczenie się języka angielskiego za granicą, a słyszałem to magiczne zaklęcie z wielu ust. Wyjazd do Wielkiej Brytanii, Irlandii czy Stanów Zjednoczonych ma być tym cwanym skrótem, który doprowadzi zaprowadzi nas na zielone łąki angielszczyzny, gdzie nażremy się, napasiemy i będziemy krakać jak tamtejsze krowy. O święta naiwności... Zawsze długo zastanawiam się nad przekłuciem balonika optymizmu, ale jeśli mam szansę porozmawiać dłużej na ten temat z marzycielem, przeważnie wygrywa u mnie uczciwość zawodowa i... przekłuwam. Pssssssss...

Zaznaczmy najpierw, że nie rozmawiamy o ludziach, których angielski jest na poziomie zaawansowanym. Oni już posługują się nim biegle, potrafią sobie poradzić w wielu sytuacjach i mają opanowane strategie uczenia się. Absolwent filologii angielskiej czy przedstawiciel handlowy podróżujący po całej Europie przeważnie wie, jak najlepiej wykorzystać pobyt w kraju anglojęzycznym. Jest jednak wiele osób, które zbytnio nie przykładały się w szkole do nauki angielskiego, z lenistwa czy ze strachu zdecydowały się na zdawanie matury podstawowej z tegoż języka, i nagle wpadły na genialny pomysł, by "coś" z tą słabą znajomością angielskiego zrobić. Remedium ma być wyjazd za granicę i nauka TAM. Są też osoby, które znają nieźle gramatykę oraz przyswoiły setki słówek, ale podświadomie czują, że coś jest nie tak. Brakuje im umiejętności płynnego, spontanicznego mówienia. Nagle zaczynają marzyć o rozbiciu szklanej szyby, która oddziela je od świata "prawdziwego" angielskiego. Oczywiście najprostszym środkiem jest wyjechać TAM i nauczyć się angielskiego na miejscu.

Niestety, to nie działa w ten sposób.

Jeśli chcemy nauczyć się posługiwać językiem angielskim płynnie i swobodnie, musimy zadbać o dwie rzeczy: (1) jak największą interakcję językową z żywymi ludźmi (po naszemu – musimy mieć z kim gadać) oraz (2) jak największą systematyczność w szlifowaniu naszej angielszczyzny (po naszemu – samo się nic nie zrobi).

Najszybciej rozwijamy się z języka obcego, jeśli możemy się nim posługiwać. Ponieważ przede wszystkim chcemy się nauczyć mówić w tym języku (pisanie to rzecz wtórna), musimy mieć okazję z Anglikiem, Amerykaninem czy innym autochtonem porozmawiać. Najlepiej, byśmy mieli do czynienia z kilkoma czy kilkunastoma osobami w przeciągu tygodnia, a sytuacja byłaby o wiele korzystniejsza dla nas, gdyby to były te same osoby. Świętym Graalem nauki angielskiego natomiast jest sytuacja, kiedy musimy współpracować z innymi ludźmi i wspólnie realizować pewien projekt albo cel.

Przełóżmy teraz ten teoretyczny opis na nasze. Wyjazd i praca w hotelu w charakterze pokojówki nie jest najszczęśliwszym pomysłem, gdyż nauczymy się co najwyżej nazw środków czyszczących i kilku prostych zwrotów. Praca w fabryce kanapek, gdzie siedzimy przy taśmie i segregujemy kromki chleba na jadalne i niejadalne, również nie zapewni nam odpowiedniej ilości kontaktu z językiem. Zatrudnienie się w pubie, gdzie będziemy przygotowywać na zapleczu posiłki to także niezbyt dobry pomysł. Widać więc, że jeśli chcemy wyjechać za granicę, by podciągnąć nasz angielski, musimy obrać inną strategię: należy szukać środowiska, gdzie będziemy zmuszeni do kontaktu z ludźmi. Musimy też pamiętać o jeszcze jednym niebezpieczeństwie – wszędzie czają się Polacy! Często jest tak, że pracę za granicą załatwiają nam krewni czy znajomi, gdyż są to jedyne osoby, które TAM znamy. Oni także znajdą nam mieszkanie, albo przechowają u siebie przez kilka miesięcy. Wskażą nam też polskie sklepy i przedstawią swoim znajomym, którzy... również są Polakami. W pracy na magazynie czy plantacji truskawek również będziemy otoczeniu Polakami. Nie łudźmy się więc, takie warunki nie służą rozwijaniu angielskiego.

Załóżmy jednak, że trafiliśmy do hotelowego baru, czy pracujemy już w pubie za kontuarem i mamy kontakt z klientami. Być może sprzątamy mieszkania i właściciele chętnie z nami porozmawiają. W czasie godzinnej przerwy na nocnej zmianie w hipermarkecie możemy porozmawiać z naszymi współpracownikami czy nawet z menadżerem. To już jest w miarę systematyczny i regularny kontakt z ludźmi. Trzeba jednak zacisnąć zęby i wykrzesać z siebie więcej. Jeśli nie potrafimy zmusić się do systematycznej nauki sami (a mało kto to potrafi), najlepszym rozwiązaniem jest zapisanie się na kurs angielskiego. Wystarczą choćby dwie albo cztery godziny tygodniowo, gdyż konieczne jest wymuszenie systematyczności i nawyku sięgania po słownik i ćwiczenia gramatyczne. Mamy też pod ręką lektora, czyli kompetentną osobę, która chętnie odpowie na nasze pytania.

Recepta jest jak widać bardzo prosta: nie zamykajmy się w polskim getcie; starajmy się wykorzystywać każdą sytuację, by porozmawiać po angielsku; pracujmy systematycznie ze słownikiem i gramatyką w ręce. To da efekty i pozwoli nam przebić się przez "szklaną szybę". A lepsza znajomość języka oznacza lepsze możliwości zatrudnienia. Po naszemu – większą kasę!

Warto wspomnieć o jeszcze jednym bardzo dobrym sposobie na naukę angielskiego za granicą. Niestety, jest on dostępny jedynie paniom. Jeśli naszym celem jest "wyjechać i się nauczyć", warto rozważyć pracę jako "au pair" (opiekunka do dziecka czy grupy dzieci). Oczywiście nie wyjeżdżamy, by pomagać naszej starszej siostrze wychowywać polskojęzyczne potomstwo, lecz znajdujemy anglojęzyczną rodzinę. Warto popytać wśród przyjaciółek i znajomych, czy ktoś nie chce "oddać" dobrej rodziny, gdyż wtedy mamy gwarancję, że trafi się nam sprawdzony pracodawca. Jako "au pair" będziemy mieli przede wszystkim kontakt z dziećmi, a dzieci to gaduły i świetni nauczyciele. Interesuje je każdy temat, posiadają ogromny zasób słownictwa i są niezmordowane w wyjaśnianiu i poprawianiu. A na dodatek są "bezobciachowe" i natychmiast zwrócą nam uwagę, że przekręcamy jakieś słowo albo źle go używamy. W domu będziemy mieli do czynienia z wieloma sytuacjami: trzeba pomóc w odrabianiu lekcji, obejrzeć razem film, omówić nowe zakupy, zająć się skaleczonym paluszkiem itd. To jest ogromna ilość sytuacji, z którymi nigdzie indziej się nie zetkniemy w takiej różnorodności i obfitości.

niedziela, 24 stycznia 2010

Co to będzie, co to będzie...

Jest styczeń, a to dobra pora, by podsumować to, co dzieje się na rynku usług edukacyjnych związanych z językiem angielskim, oraz pokusić się o ogólną prognozę na kilka najbliższych lat. Musimy jednak zacząć od przywołania "oczywistej oczywistości": Polacy znają już język angielski. To już nie początek lat 90-tych, kiedy znalezienie porządnie wykształconego anglisty graniczyło z cudem, a liczba instytucji zajmujących się kształceniem z tego języka była boleśnie krótka. To już nie te czasy, kiedy dyrektorzy szkół zgadzali się na wszelkie ustępstwa, by znaleźć i przytrzymać anglistę. W czasie tych dwóch dekad zmieniło się kilka rzeczy.

Po pierwsze, zwiększyła się obecność języka angielskiego w naszym codziennym życiu, a dzieje się tak głównie za sprawą internetu, podróży i emigracji zarobkowej. Po drugie, język angielski stał się językiem powszechnie nauczanym w szkołach i przedszkolach. Po trzecie, znacznie zwiększyła liczba szkół wyższych, które kształcą filologów (mam tu na myśli kolegia, PWSZ-tki oraz uczelnie prywatne). Po czwarte, lektorat z języka angielskiego przestał być egzotyką dla studenta – wręcz przeciwnie, jest tak oczywisty jak oddychanie.

Ten stan rzeczy ma swoje daleko idące konsekwencje dla szkół językowych. Coraz mniej Polaków chce się uczyć tego języka dobrowolnie. Kto z osób ze starszego pokolenia miał się tego języka nauczyć, ten się już nauczył. Komu ten język nie był potrzebny kilka lat temu, ten tym bardziej nie zmusi się do nauki teraz. Natomiast pokolenie młodsze – mam tu na myśli osoby poniżej 30-go roku życia – ma stały kontakt z tym językiem, który rozpoczyna się na poziomie przedszkola czy szkoły podstawowej i trwa przez kilkanaście lat. Osoba, które po skończeniu studiów chce się nadal uczyć języka angielskiego, będzie stanowiła osobliwy przypadek. Będzie też takich osób coraz mniej. Wydaje mi się, że trendy ukształtują się następująco:
(1) systematycznie będzie spadać wielkość grupy, gdyż trudno będzie uzbierać 10-ciu czy 12-tu klientów na tym samym poziomie przy zachowaniu sztywnego warunku, jakim jest dzień i pora odbywania się zajęć;
(2) będzie wzrastał odsetek kursów "szytych na zamówienie" (custom-made), przez które rozumiem kursy "interwencyjne" (np. przygotowanie do matury czy podniesienie formy u dyrektora handlowego przed ważnymi negocjacjami), kursy dla firmy, kursy adresowane pod konkretne branże zawodowe itp.;
(3) wzrośnie odsetek klientów ze znajomością języka angielskiego na poziomie średniozaawansowanym i zaawansowanym, co oznaczać będzie inne (i niekiedy wyższe) wymagania dla lektorów;
(4) wzrośnie zainteresowanie specjalistycznymi i indywidualnymi kursami angielskiego, gdyż potrzeby wielu klientów będą unikalne, a sami klienci będą mocno zorientowani na osiągnięcie krótkoterminowego celu;
(5) coraz mniejszą rolę będzie odgrywał kalendarz szkolny, gdyż klienci będą mieli bardzo konkretne cele do zrealizowania w coraz krótszym czasie.

Jakie będzie to miało konsekwencje dla szkół językowych i lektorów? Spadek liczebności grup i uszczegółowienie potrzeb klientów będzie miało dwojakie, bardzo nieprzyjemne, konsekwencje. Ceny kursów wzrosną, gdyż szkoły nie będa w stanie zmniejszać swoich marż. To zjawisko będzie powiązane również z konkurencją ze strony bezpłatnych kursów finansowanych przez UE. Skoro część klientów wybierze "darmochę", zmniejszy się liczba osób gotowych płacić za naukę angielskiego. Lektorzy również przeżyją spore zaskoczenie w najbliższym czasie, gdyż szkoły obniżą im stawki godzinowe i podwyższą im wymagania. Lektor będzie zmuszony gimnastykować się na różnych poziomach, zadowalając gusta i potrzeby coraz wybredniejszych klientów, natomiast będzie miał zapłacone coraz mniej.

Skupmy się teraz trochę na samym lektorze. Osoby, które będą wchodzić w najbliższym czasie na rynek pracy, zdziwią się mocno, ponieważ szkoły językowe będą wykazywać niewielkie zainteresowane nowymi lektorami. Trzeba będzie liczyć na ogromny łut szczęścia, by dostać kurs czy dwa, albo po prostu znaleźć się w odpowiednim miejscu w odpowiednim czasie, na dodatek z odpowiednimi rekomendacjami od kogoś, kto dla danego SJO już pracuje. Mówiąc otwarcie: stawki będą żałosne, wymagania względem dyspozycyjności mordercze, a klienci coraz bardziej wybredni. Kto będzie miał zatem szanse zaistnieć i przetrwać na takim rynku? Odpowiedź jest następująca: osoby zdeterminowane, które wezmą KAŻDĄ pracę oraz osoby, które będą angielskiego uczyły dla przyjemności, a nie dla korzyści finansowych. Szanowni absolwenci i absolwentki filologii, nie wygracie pojedynku z anglistką, która ma bogatego męża, podchowała dzieci i chce teraz "wyjść między ludzi". O ile świeży narybek będzie walczył ostro o przebicie się, "superlektorzy", czyli osoby z wieloletnim doświadczeniem, wyrobioną renomą i licznymi kontaktami, również nie będą mogli spać spokojnie, gdyż może zdarzyć się tak, że ich oczekiwania finansowe będą zbyt wygórowane.

Co będzie się działo z samymi szkołami językowymi? Plankton, czyli jednoosobowe firmy uczące w wynajętych salkach czy na wioskach, będzie miał się dobrze. Koszty funkcjonowania takie firmy mają niewielkie, więc zacisną trochę pasa i przetrwają. "Sieciówki", które mogą sobie pozwolić na wlewanie setek tysięcy złotych w reklamę oraz zatrudnienie specjalistów od pozyskiwania funduszy unijnych, również przetrwają. Kluczem będzie poszerzenie oferty o kolejne języki obce, gdyż coraz większym zainteresowaniem cieszą się włoski, hiszpański, rosyjski, portugalski oraz... egzotyka, czyli chiński i japoński. Prawdziwa eskterminacja zacznie się natomiast w segmencie niewielkich sieci i średniej wielkości firm prowadzących działalność w jednej lokalizacji. Z jednej strony, nie będzie ich stać na reklamę. Z drugiej strony, koszty wynajęcia i utrzymania infrastruktury okażą się mordercze. Kto będzie miał pomysł na biznes i zaadaptuje się szybko, być może przetrzyma. Kto nie dostosuje się błyskawicznie, najprawdopodobniej padnie.

Uzyskanie pracy w szkole państwowej będzie praktycznie niemożliwe. Za taki stan rzeczy odpowiadają dwa czynniki: moda na angielski, która prowadzi do tego, że uczelnie od kilkunastu lat wypluwają tysiące lepszych i gorszych anglistów, oraz niż demograficzny, który skutkuje tym, że szkoły już zwalniają (!) niepotrzebnych nauczycieli, w tym anglistów. Miejsca w każdej szkole miejskiej i wiejskiej są już pozajmowane, więc można liczyć jedynie na rotację z przyczyn naturalnych, tj. pojawienie się etatu, kiedy nauczyciel odchodzi z zawodu, czy po prostu przechodzi na emeryturę (pamiętajmy jednak, że większość anglistów to ludzie młodzi). I tutaj znowu najważniejszy będzie łut szczęścia, albo po prostu przysłowiowe "znajomości". Nie martwiłbym się natomiast sytuacją korepetytorów. Ponieważ system polskiego szkolnictwa jest niewydolny, oni zawsze będą potrzebni.


A poza tym... business as usual... :D

wtorek, 12 stycznia 2010

Całkowite zanurzenie, czyli rzecz o "The Broker" Grishama

For V., who loves Johnny G.


Jeśli chodzi o literaturę popularną, to twórczość Johna Grishama zajmuje u mnie trzecie miejsce, zaraz po książkach Wilbura Smitha i Toma Clancy'ego. Ostatnio pożarłem jego powieść "The Broker" (2005), która może nie zachwyca fabułą i mało spektakularnym zakończeniem, lecz świetnie broni się jako... przyczynek do popularyzowania nauki języków obcych.

Fabuła pokrótce prezentuje się tak: waszyngtoński lobbysta, Joel Backman, odsiaduje karę dwudziestu lat więzienia. Skazany został sześć lat wcześniej za próbę handlu tajnymi dokumentami wojskowymi, lecz oczywiście prawdziwy powód jego uwięzienia nie jest taki prosty. W ostatnim dniu sprawowania władzy prezydent USA podpisuje akt ułaskawienia Backmana. Nie zadziałało tu oczywiście sumienie prezydenckie (ono jest przeważnie amputowane już na początku kariery politycznej), lecz sprytne matactwa CIA. Backman zostaje uwolniony, a CIA natychmiast przewozi go do Włoch, gdzie otrzymuje on nową tożsamość. I właśnie budowanie tej nowej tożsamości stanowi główny wątek książki.

We Włoszech Joel Backman odkrywa wszystkie brutalne konsekwencje faktu bycia Amerykaninem. Nie zna mentalności Europejczyków, a co gorsza – nie potrafi się porozumiewać w żadnym obcym języku. Wspomniana wyżej nowa tożsamość nadana mu przez CIA zakłada, że Backman jest Włochem urodzonym w Kanadzie. Opiekunowie z CIA żądają od Bac... pardon, Marco Lazzeri, żeby przyswoił sobie w kilka tygodni język włoski w stopniu umożliwiającym mu samodzielne funkcjonowanie w nowym miejscu zamieszkania. Grisham opisuje więc codzienne lekcje włoskiego, które odbywają się w kilkugodzinnych sesjach z nauczycielami – wpierw ze "studentem" Ermanno, a później z przewodniczką turystyczną Franceską. W czasie tych lekcji Backman/Lazzeri poznaje słownictwo i przyswaja struktury gramatyczne. Nauczyciele systematycznie poprawiają jego wymowę oraz zmuszają go do posługiwania się językiem, np. musi on wejść do kafejki i zamówić jedzenie, albo spytać policjanta o drogę, a następnie powtórzyć wskazówki nauczycielowi. Oczywiście w trakcie lekcji obowiązuje bezwzględnie wymuszana zasada: mówimy wyłącznie po włosku.

Sam Backman spędza po kilka godzin dziennie również na samodzielnej nauce, gdyż jako człowiek ambitny postanawia jednak dokonać niemożliwego i nauczyć się włoskiego w kilka tygodni. Ciekawe jest odtworzenie rozumowania Backhama i pokazanie, w jaki sposób stara się przekonać sam siebie do nauki języka (bynajmniej głównym czynnikiem nie jest tu strach o własną skórę). Przesłuchuje nagrania na dyktafonie (to jeszcze nie były czasy odtwarzaczy MP3) i wbija sobie do głowy długaśne listy słówek. W czasie przechadzek po mieście, zmusza się, by wsłuchiwać sie w rozmowy prowadzone przez rodowitych Włochów i stara się w nich wyłapać chociaż pojedyncze wyrazy. Sam przed sobą stawia różne zadania językowe i samodzielnie kupuje sobie ubrania, czy odbywa podróż pociągiem do innego miasta. Nawiasem mówiąc, bardzo wiarygodnie jest tu oddana nieporadna językowo reakcja człowieka, do którego nagle zagadał tubylec. Backman również stara się naśladować Włochów pod względem ubioru, wyglądu i zachowania. Transformacja jest więc totalna.

Wniosek nasuwa się sam. Pobyt w tzw. kraju docelowym, nauka wyłącznie w obcym języku, wzbudzenie w sobie pozytywnej motywacji wewnętrznej, ustawiczne korekty wymowy i gramatyki, przesadne dbanie o wszelkie aspekty poprawności językowej, przyswajanie wiedzy o zwyczajach kraju docelowego, kreowanie sytuacji, kiedy język jest używany w sposób naturalny. Hmmm... czyżby John Grisham opisał w swojej książce Total Immersion Method (Metodę Całkowitego Zanurzenia w Języku)? Certamente!

Jak wspomniałem wyżej, książka nie należy do najwybitniejszych dzieł Grishama. Lecz jeśli ktoś nie cierpi wykładów z metodyki nauczania angielskiego (tak jak ja nie cierpiałem) może z niej w szybki i przyjemny sposób wiele ciekawego się dowiedzieć. I przy okazji doszkolić nie tylko angielski, ale i włoski ;)

P.S. 1 A tutaj coś o prawdziwych Włochach http://www.digart.pl/praca/18778
P.S. 2 A książkę można kupić tutaj http://www.amazon.co.uk/Broker-John-Grisham/dp/0099457164/ref=sr_1_1?ie=UTF8&s=books&qid=1263332852&sr=8-1