Pokazywanie postów oznaczonych etykietą anglistyka. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą anglistyka. Pokaż wszystkie posty

czwartek, 2 października 2014

Czy warto robić doktorat?


For Linka G.

Na fejsbukowej grupie Nauczyciele Angielskiego padło ostatnio pytanie, czy warto po anglistyce robić doktorat. Ponieważ dość trudno odpowiedzieć na nie ad hoc, w jednym komentarzu, postanowiłem rozwinąć ten temat na blogu.
Wielu absolwentów anglistyki w rok albo dwa po podjęciu pracy zaczyna odczuwać pewien brak. Anglistyka to ciężki, lecz ciekawy kierunek, który zapewnia sporą stymulację intelektualną, więc nic dziwnego, że bolesna jest sytuacja, kiedy pracując w szkole musimy pięć razy w ciągu jednego tygodnia tłumaczyć to samo banalne zagadnienie. Wielu z nas chce „czegoś więcej” i zadaje sobie pytanie, w jaki sposób dokształcać się i zrobić coś ambitnego. Odpowiedź zdaje się być bardzo prosta: Juhu! Zrobię doktorat!
Od strony formalnej „robienie doktoratu” polega na podjęciu stacjonarnych lub niestacjonarnych studiów doktoranckich, w czasie których musimy uzyskać zaliczenia z kilku przedmiotów, zdać egzaminy (w tym z języka obcego) oraz przygotować i obronić rozprawę doktorską. Studia trwają cztery lata, lecz czasu na samą obronę jest więcej. Trzeba pamiętać, że studia niestacjonarne są odpłatne (czesne nie jest kosmicznie wysokie). Wydawałoby się, że nie ma nic prostszego niż zabrać się za ten wymarzony doktorat…
Warto sobie jednak zadać pytanie: dlaczego chcę uzyskać stopień doktora? Myślę, że możemy pominąć w tych rozważaniach pasjonatów, którzy nie widzą świata poza badaniami naukowymi i pracą na uczelni. Dla nich wybór ścieżki zawodowej jest prosty i oczywisty. Jeśli jednak nie jesteś pasjonatem, zastanów się, jakie są przyczyny, dla których chcesz podjąć takie studia. Może jest tak, że jesteś po prostu rozczarowana pracą w szkole i uważasz, że doktorat poza pewną nobilitacją społeczną będzie też magiczną przepustką do świata nauki, wysokich idei oraz ambitnych tematów. Może chcesz także zyskać dzięki doktoratowi możliwość pracy na uczelni, gdzie są tacy wspaniali, ambitni studenci, z którymi praca to źródło bezustannej szcześliwości? Może promotor twojej pracy magisterskiej zachęcał cię gorąco do podjęcia studiów doktoranckich? Ciepło? Ciepło.
Odczarujmy kilka mitów i „wydaje mi się” związanych z doktoratem.
Przede wszystkim, doktorat to ogromne wyrzeczenie czasowe i finansowe. Jeśli chcesz na poważnie podejść do zebrania, opracowania i przedstawienia materiału badawczego, spędzisz dużo czasu przy komputerze. Przede wszystkim należy zyskać dostęp do książek i artykułów, gdyż w rozprawie doktorskiej musimy znaleźć się solidna bibliografia, licząca nawet 200-300 pozycji. Pół biedy, jeśli masz dostęp do dobrej biblioteki i możesz dotrzeć do interesujących cię pozycji. Gorzej, jeśli musisz wyłożyć własne pieniądze na zakup książek – typowa pozycja lingwistyczna z katalogu OUP czy CUP kosztuje 40-80 funtów. Nawet jeśli wyguglasz książki w „pedeefach”, a artykułami podzielą się z tobą promotor i bratnie doktoranckie dusze, koszty pozyskania książek i artykułów mogą być spore.
Jednak schody dopiero się zaczynają, gdyż te pieczołowicie zgromadzone pozycje wypadałoby przeczytać. W każdej dziedzinie czy to językoznawstwa, czy literaturoznawstwa jest kilkanaście kanonicznych pozycji książkowych, które należy bezwzględnie znać. Lektura wymaga czasu i skupienia, co oznacza, że przez kilkanaście miesięcy tylko czytasz, czytasz, czytasz i... tak! czytasz… Ten czas trzeba wygospodarować, więc nie masz wolnych wieczorów, ani wolnych weekendów. Tak samo nie masz wolnych wakacji. Samo się to wszystko nie przeczyta, no nie?
Przez ostatnich kilka lat uczelnie wyższe uporządkowały trochę sprawy formalne związane ze studiami doktoranckimi. Wreszcie przestała być to ziemia niczyja, gdzie obowiązywała wolnoamerykanka i pełna uznaniowość wydziału. Przynajmniej na piśmie te studia posiadają programy, lecz za ten porządek przyjdzie ci zapłacić pewną cenę. Skoro uczelnia ma obowiązek zorganizowania wykładów i zajęć, ty masz obowiązek się na nie stawić. Pół biedy, jeśli mieszkasz w mieście, w którym studiujesz – łatwiej będzie ci dotrzeć na zajęcia. Jednak niezależnie od tego, czy dojeżdżasz, czy nie, i tak stracisz czas na dojazdy.
Już teraz widać, że doktorat to koszty finansowe w postaci wydatków na dojazdy i zakup literatury, a także ogromny odkurzacz, który pożre każdą ilość wolnego czasu. Ale to nie wszystko. Istnieje jeszcze takie zjawisko jak „zyski utracone”: kiedy czytasz, nie pracujesz, kiedy jedziesz na zajęcia, nie pracujesz, kiedy zbierasz dane, nie pracujesz. Każda doktorantka odkrywa wcześniej czy później, że praca okrada ją z czasu, który mogłaby przeznaczyć na doktorat. A doktorat pożera jej czas, który mogłaby przeznaczyć na pracę. Kołderka jest zawsze za krótka.
Zadajesz sobie teraz pytanie: no ale przecież chyba warto poświęcić się przez kilka lat? Przecież potem będę mogła pracować na uczelni, a wszyscy przecież wiedzą, że wykładowcy mają boskie życie i zarabiają majątek?
Załóżmy, że dociągniesz do końca studiów doktoranckich i spełnisz wszystkie wymogi formalne, aby otworzyć przewód i napisać te 200 lub 300 stron rozprawy doktorskiej. Załóżmy, że zdasz egzaminy, które do najłatwiejszych nie należą. Acha, jeszcze musisz zdać egzamin z języka obcego i nie, nie może to być angielski (sam wybuchnąłem śmiechem, kiedy się o tym dowiedziałem). Załóżmy, że obroniłaś się. Gratulacje, zostałaś doktorem nauk humanistycznych. Niestety w czasie tych studiów nikt ci nie powiedział, że minął boom na studiowanie filologii angielskiej. Przyczyn jest kilka: niż demograficzny, wysycenie rynku, spadający prestiż studiów anglistycznych. Uczelnie prywatne, które teraz ledwo robią bokami, za kilka lat zaprzestaną działalności. Trudno, aby nieistniejąca uczelnia zaoferowała ci pracę? Anglistyki na uczelniach państwowych pewnie nadal będą oblegane, lecz przyjrzyj się… biogramom kadry akademickiej. Podpowiadam: zerknij na datę urodzenia pracownika naukowego i na datę uzyskania habilitacji. Nie łapiesz?
Obecnie proces uzyskiwania stopnia doktora oraz habilitacji nabrał przyspieszenia. Uczelnie dość brutalnie egzekwują wymogi czasowe i choć można rozciągnąć przepisowe limity, nie ma już obecnie możliwości, aby bujać się z doktoratem przez dziesięć lat, a z habilitacją przez dwadzieścia. Doktorem można zostać przed trzydziestką, a habilitacja w okolicach czterdziestego roku życia nie jest już czymś wyjątkowym. Czy już widzisz, dokąd zmierzamy? Jeszcze raz zerkamy na biogramy pracowników naukowych – jeśli ktoś uzyskał habilitację w wieku 40-50 lat, oznacza to, że na uczelni będzie pracował przez kolejne kilkanaście bądź kilkadziesiąt lat. Oznacza to również, że dla ciebie nie ma miejsca.
Załóżmy jednak, że w wyniku wyjątkowego zbiegu okoliczności udało ci się dostać posadę asystenta lub adiunkta na państwowej uczelni wyższej. Są to etaty naukowo-dydaktyczne i masz obowiązek dalszej pracy naukowej. W przeciągu ośmiu lat musisz uzyskać habilitację, w przeciwnym razie uczelnia rozstaje się z tobą (Nie, to nie uczelnia odchodzi. Ty wylatujesz.). Osiem lat wydaje się ogromną ilością czasu, lecz pamiętaj, że doktorat to przysłowiowy „mały pikuś” przy habilitacji. Musisz prowadzić badania, opublikować kilkanaście, a nawet kilkadziesiąt artykułów, czy brać udział w konferencjach. A książka habilitacyjna sama się nie napisze… Dopiero po uzyskaniu habilitacji stajesz się tzw. samodzielnym pracownikiem naukowym i masz względny spokój.
Musisz jednak pamiętać, że uczelnie państwowe – jak wszystkie państwowe instytucje w tym kraju – nie pogrywają fair. Uczelnia nie zatrudni cię na osiem lat (co zdawałoby się logiczne) – będziesz raczej otrzymywała umowy na czas krótszy. A dlaczego? A żeby smycz była krótsza i łatwiej było zmobilizować cię do pisania habilitacji. Fajnie, no nie? Zarobki asystenta czy adiunkta nie należą również do najwyższych. Wystarczy powiedzieć, że podstawowe wynagrodzenie jest niższe niż nauczyciela mianowanego w szkole. Pewnym rozwiązaniem jest praca na kilku etatach, jednak uczelnie coraz mocniej ograniczają takie możliwości. Ponieważ kolegia nauczycielskie już wyparowały (decyzją rządu), a uczelnie prywatne zwijają żagle, problematyczne staje się w ogóle uzyskanie gdzieś drugiego etatu (na który trzeba mieć zgodę rektora). Jak widać, szanse na zarabianie znacznie się kurczą.
Wspomnieliśmy wyżej, że wykładowca ma boskie życie. Pozornie, tylko pozornie. O ile sama dydaktyka faktycznie może być bardzo przyjemna w porównaniu do uczenia w gimnazjum czy liceum, pamiętajmy, że jako pracownik uczelni masz milion obowiązków wbitych w etat. Uczyć możesz również w weekendy (ktoś musi prowadzić zajęcia dla „zaocznych”), co skutecznie wywraca życie rodzinne. Musisz być współorganizatorem konferencji, a młodzi pracownicy naukowi zaczynają od sekretarzowania. To ty będziesz pilnować mailingu, przyjmować zapisy, załatwiać catering, redagować tom pokonferencyjny. Najprawdopodobniej będziesz też opiekunem roku, albo opiekunem praktyk studenckich. I jeszcze warto by poprowadzić koło naukowe. Pamiętaj też, że doktor może być promotorem prac licencjackich, więc będziesz prowadzić seminarium i użerać się z dziesiątką niesolidnych, nieterminowych studentów. A to tylko część twoich obowiązków, bo jeszcze trzeba napisać wniosek o grant ministerialny albo unijny. Jeszcze trzeba napisać referat na seminarium zakładu czy instytutu. Ktoś musi prowadzić stronę internetową katedry. Ktoś powiedział boskie życie?
Przyjmijmy jednak, że nie interesuje cię kariera akademicka. Może doktoratat okaże się przydatny na rynku pracy? W szkole państwowej nie ma różnicy w wynagrodzeniu magistra filologii angielskiej i doktora. Jedyny zysk (o ile mnie pamięć nie myli) to możliwość szybszego uzyskania mianowania. Pod warunkiem, że zostaniemy zatrudnieni, gdyż doktorat to płonący rdzawą czerwienią stygmat – wielu dyrektorów szkół nie chce zatrudniać doktorów, gdyż w ich przekonaniu są to teoretycy pozbawieni kontaktu z rzeczywistością („Nie poradzi sobie z naszą młodzieżą.”). Doktor, jako jednostka ambitna i pracowita, to również potencjalny rywal do dyrektorskiego stołka. A wyciągnięcie dyplomu doktorskiego w zwykłej szkole językowej to jak pomachanie kropidłem w wampirzej krypcie.
Rzecz jasna, sprawa nie jest beznadziejna. Na pewno są szkoły, które mają ambicje akademickie i z radością zatrudnią doktora. Dobra szkoła językowa również nie będzie się wzbraniać przed doktorem – jeśli potrzebny jest prestiż i pewne określone kwalifikacje, doktorat może okazać się strzałem w dziesiątkę. Jednak nie łudźmy się zbytnio – doktorat będzie raczej kulą u nogi.
Czy w innej branży doktorat może się nam przydać? I tak, i nie. Na rynku tłumaczeń ważniejsze są fachowość i terminowość, a nie tytuły, które niekiedy mogą być listkiem figowym przykrywającym ignorację ich posiadacza (nie wszystkie doktoraty polskie są klasy harwardzkiej czy oksfordzkiej). Czy nie lepiej poświęcić cztery lata na dokształcanie się w konkretnej dziedzinie zamiast pisać doktorat?
Wydawnictwa językowe również stawiają na praktyków – nikogo nie interesuje, czy masz doktorat z językoznawstwa kognitywnego czy mediewistyki. Jeśli nie umiesz współpracować z redakcją i tworzyć ciekawych materiałów (podkreślam – ter-mi-no-wo), wówczas pies z kulawą nogą się tobą nie zainteresuje. Rzecz jasna, posiadanie doktoratu i praca akademicka nie stoją w konflikcie w byciu autorem – żywym dowodem może tu być choćby prof. Mariusz Misztal, autor wielu podręczników do nauki języka angielskiego.
Czy doktorat rozwinie cię intelektualnie i językowo? Tak, ale w bardzo specyficzny sposób. Z wielkimi umysłami będziesz obcować raczej w formie książkowej, a nie osobistej. A z racji ilości i jakości wchłoniętego materiału, poprawi się u ciebie raczej umiejętność czytania ze zrozumieniem oraz interpunkcja i stylistyka, a nie umiejętność płynnej komunikacji w języku angielskim.
Dlaczego więc promotor twojej pracy magisterskiej zachęca cię do zrobienia doktoratu? Powód jest prozaiczny: ponieważ sam(a) chce mieć pracę. Uczelnia otrzymują dotację na każdego doktoranta, a wypromowanie doktora liczy się przy uzyskiwaniu habilitacji. Niestety agitacja na rzecz robienia doktoratów ma takie same korzenie jak wcześniejsza o dwadzieścia lat agitacja na rzecz studiowania. Proszę pamiętać, że doktorat, tak samo jak obecnie dyplom licencjacki lub magisterski, nie jest i nie będzie gwarancją pracy i stałego zatrudnienia.
Wśród moich znajomych jest kilka osób, które zabierały się za doktorat. Pracują one w szkołach, na uczelniach czy w kolegiach. Stopień doktora uzyskała… jedna (mówimy tu o okresie ostatnich dziesięciu lat), zatrudniona na prywatnej uczelni wyższej, która jedną ręką opłacała koszty przewodu, a w drugiej trzymała bicz, jakim karano rzymskich legionistów. Pozostałe osoby odpadały jedna po drugiej, na różnych etapach. Bez wsparcia instytucji – albo bogatego współmałżonka – jest dość trudno sobie poradzić. A przecież przytrafiają się jeszcze takie zdarzenia jak urodzenie dziecka czy zmiana pracy.

Zdaję sobie sprawę z tego, że kwestia doktoratu to prawdziwa góra lodowa, a my tylko obejrzeliśmy jej czubek. Decyzja o „robieniu doktora” jest bardzo trudna i złożona ze względu na nakłady czasowe i finansowe, jakich wymagają tego typu studia. Nie jest moim celem zniechęcić kogokolwiek – być może wśród czytelników jest kolejny Chomsky albo Lakoff. Warto jednak myśleć nie kategoriami „tu i teraz”, lecz zastanowić się, DLACZEGO chcemy robić doktorat i CO chcemy robić po uzyskaniu go.

środa, 1 września 2010

Co dalej po anglistyce? Cz. 3 – Hotel

Podziękowania dla Kasi i Asi za podzielenie się z YEA swoimi doświadczeniami.



Dwa omawiane wcześniej zawody – nauczyciela i tłumacza – były niejako naturalnymi ścieżkami kariery dla świeżo upieczonego anglisty. Określam je mianem "naturalnymi", ponieważ są to zawody wrośnięte w stereotyp społeczny i zbieżne ze specjalizacjami oferowanymi na kierunku filologia angielska. Absolwent może wybrać jednak inną ścieżkę, mianowicie może zostać pracownikiem pensjonatu czy hotelu.

Jeśli chcemy podjąć pracę w hotelowej recepcji, znajomość języka angielskiego będzie naszym ogromnym atutem. Należy pamiętać jednak, że sam angielski sprawy nie rozwiązuje. Przydaje się też znajomość francuskiego (naród z silną anglofobią), hiszpańskiego (mówią po angielsku słabo), niemieckiego (ta sama cecha co Francuzi), a niekiedy też rosyjskiego. Warto więc już w czasie studiów poinwestować w dodatkowe języki, albo przynajmniej porządnie przyłożyć się do lektoratów. Zasada jest prosta – im więcej języków umiemy, tym lepiej.

Jeśli chcemy dostać pracę w mniejszym hotelu, zajeździe czy pensjonacie, wystarczy wyszukać oferty, rozesłać CV i czekać na zaproszenie na rozmowę kwalifikacyjną. Oczywiście, szybciej dostaniemy pracę, jeśli mamy znajomych, którzy pracują w tej branży i po prostu powiedzą nam o wolnym miejscu (to akurat odnosi się do każdego rodzaju pracy). Zazwyczaj nikt nie da nam pracy na czas nieokreślony od razu, więc najpierw czeka nas okres próbny, a później dostaniemy umowę terminową. Pamiętajmy, że duże hotele i sieci hotelowe nie wpuszczą osoby bez doświadczenia na recepcję, więc musimy popracować najpierw na innym, niższym stanowisku, lub zdobyć doświadczenie w małym hoteliku. Znajomość funkcjonowania hotelu bardzo nam się zresztą przyda, więc warto rozważyć wyjazd do Anglii na kilka miesięcy lub rok, by popracować choćby w "housekeeping". To już zawsze jakieś doświadczenie, a zarobki trochę lepsze niż w Polsce.

Co powinien recepcjonista potrafić i lubieć? Zacznijmy od konkretnych umiejętności i obowiązków. Jak poinformowała mnie Kasia, praca recepcjonisty to "praca głównie papierkowa". Do naszych obowiązków będzie należało przyjmowanie rezerwacji (musimy umieć obsługiwać program recepcyjny), wystawianie faktur i rachunków, być może też udzielanie odpowiedzi na maile. Będziemy też obsługiwać klienta bezpośrednio, czyli czeka nas wydawanie i odbieranie kluczy, odbieranie telefonów, udzielanie wszelkich informacji. Pamiętajmy, że większość naszych hotelowych gości raczej NIE będzie pochodzić z krainy Szekspira, więc okazji do zabłyśnięcia naszym wspaniałym angielskim nie będziemy mieli zbyt wiele. Zdarzyć się jednak może, że będzie bardziej skomplikowana sytuacja, albo trzeba będzie wytłumaczyć coś dokładniej klientowi i wtedy nasze filologiczne wykształcenie okaże się jak najbardziej na miejscu. W mniejszym hotelu czy zajeździe, przydatna będzie znajomość "Business English", ponieważ będziemy musieli porozumieć się z klientem w sprawie faktury, czy umowy zawieranej z zagranicznymi klientami. Oczywiście w dużym hotelu to już nie jest sprawa recepcji.

Co musimy lubieć? Przede wszystkim, pracę na zmiany, gdyż recepcja jest przeważnie czynna 24/7. Fakt ten ma dalsze konsekwencje: konieczność pracy w weekendy i święta, co oznacza, że nasi przyjaciele i znajomi będą się cieszyć wolnym czasem, a my będziemy pracować, pracować, pracować... Musimy też posiadać spore zdolności organizacyjne, by nie gubić się w natłoku spraw do załatwienia. Często będziemy pracowali pod presją czasu, gdyż trzeba będzie choćby rozlokować w hotelu sporą grupę osób, albo pomóc przy organizacji konferencji czy dużej rodzinnej imprezy. Jeśli chodzi o cechy osobiste, recepcjonista powinien wykazywać się bezbrzeżną cierpliwością, uprzejmością i taktem, ponieważ nie wszyscy klienci są mili i uprzejmi. Niekiedy będziemy słyszeć to samo pytanie milion razy dziennie, albo klient będzie zachowywał się względem nas niegrzecznie czy wręcz agresywnie. Musimy wtedy rozładować i wyjaśnić sytuację, i to jeszcze z uśmiechem na twarzy. Właściciel hotelu nie płaci nam bowiem za okazywanie własnych nerwów, lecz za profesjonalne reprezentowanie firmy przed klientem.

Wróćmy jeszcze na chwilę do samej znajomości angielskiego. Praca w hotelu nie przedstawia sama w sobie przeraźliwie wysokich wymagań, jednak będziemy musieli sporo douczyć się sami. Warto więc wybrać specjalizację z Business English (nauczymy się arcyważnego słowa "invoice"!), a oprócz tego we własnym zakresie postudiować podręcznik do "hotelarskiego" angielskiego. Inną, ciekawą opcją to studia na kierunku lingwistyka stosowana, gdzie niektóre uczelnie oferują możliwość nauki dwóch lub nawet trzech języków obcych na raz.

----------

Poprzednie wpisy z cyklu "Co dalej po anglistyce?"

Cz. 1 Nauczycielem być tutaj

Cz. 2 Tłumaczymy tutaj

niedziela, 27 czerwca 2010

Słupki cz. 2

Najprostsze wyjaśnienie, dlaczego wyniki z Reading spadają, mogłoby brzmieć tak: bo dzieci i młodzież już nie czytają. Takie wyjaśnienie wydaje się jednak zbyt uproszczone czy nawet prostackie, zwłaszcza jeśli skonfrontujemy je z systematycznie zwiększającą się sprzedażą książek na polskim rynku. Pamiętajmy też o jeszcze jednym zjawisku: o ile dziesięć czy piętnaście lat temu naszym życiem rządziły trzy media (książka i prasa, telewizja i kino, oraz radio), obecnie coraz większy udział zyskuje Internet. Jak łatwo zauważyć, zawartość Internetu to w sporej części teksty, czyli tekst pisany... Próba wyjaśnienia, dlaczego zdający mają takie problemy z rozumieniem tekstów, powinna więc iść w innym kierunku.

Jak już wspomniałem wyżej, nie jestem pewny, czy czyta się MNIEJ. Jestem jednak przekonany, że zwiększyło się zróżnicowanie tekstów, z którymi mamy do czynienia w naszym życiu. Czytamy więcej komiksów, więcej krótkich artykułów w Internecie, a tak naprawdę najczęściej czytamy wpisy na różnych forach, czy komentarze na NK albo pod Demotywatorami. Nasza bezpośrednia pisemna komunikacja przybrała formę skrótowych maili, smsów oraz wiadomości wysyłanych przez GG czy Skajpa. Wzrósł też stopień nieformalności tekstów, z którymi mamy do czynienia. Jeśli miałbym wybrać trzy wyrazy, przy pomocy których scharakteryzowałbym to, co czytamy, wybrałbym: "krótki", "nieformalny" oraz "rozmowa".

Natomiast teksty wykorzystywane na egzaminach językowych – nie tylko tych uniwersyteckich, ale również egzaminach pokroju Nowej Matury, FCE czy IELTS – są dokładnym przeciwieństwem tych cech. Są to teksty dłuższe, napisane językiem neutralnym lub formalnym, które zawierają co najwyżej jedno- czy dwuzdaniowe wypowiedzi potoczne zamieszczone w charakterze cytatu. (Co ciekawsze, nie spotkałem się jeszcze z ćwiczeniem wykorzystującym zapis rozmowy między dwoma lub trzema osobami. Twórcy egzaminów zdają się tu ignorować fakt istnienia choćby dialogów książkowych.) No i jak tu się dziwić, że osoby mające na co dzień do czynienia z odmiennego typu materiałem radzą sobie coraz gorzej z tym komponentem egzaminu?

Kolejnym problem jest umiejętność koncentracji. Łatwo podnieść wrzask, że dzisiejsza młodzież nie potrafi się nad niczym skoncentrować i dlatego wyniki z rozumienia tekstu pisanego są tak marne. Takie wyjaśnienie byłoby jednak kompletną bzdurą, gdyż umiejętność koncentracji jest rozwinięta u współczesnej młodzieży dość dobrze. Znam osoby, które nie potrafi skoncentrować się nad jednostronicowym tekstem, ale potrafią poświęcić kilka lub kilkanaście godzin bez przerwy na rozgrywkę w sieci. No to jak to jest? Potrafi się taki człowiek skoncentrować czy nie? Odpowiedź jest prosta: tak, jeśli to, nad czym się koncentruje, jest dla niego ciekawe i motywujące. Teksty ciekawe i motywujące nie są, ponieważ są bodźcami INNEGO RODZAJU, a ludzie mają przeważnie problem z czerpaniem przyjemności z rzeczy, których nie znają, albo znają słabo.

Coraz gorsze wyniki z rozumienia tekstu pisanego zawdzięczamy więc temu, że młodzież czyta innego rodzaju teksty niż prezentowane na egzaminach. Zdający mają również problem z pewnym rodzajem koncentracji, gdzie trzeba uwagę utrzymywać na bodźcu statycznym, który nie zapewnia natychmiastowej nagrody. Dziwię się tutaj wykładowcom, którzy są zaskoczeni słabymi wynikami z "readingu". Przecież wystarczy posłuchać czy poczytać wypowiedzi samych studentów: "Czytanie jest trudne", "Czytanie jest nudne", "Nie lubię czytać". Studenci informują nas wprost o swoim problemie z czytaniem, a my nie robimy nic, aby odpowiednio wcześnie wcześnie im pomóc. Pamiętać też należy, że obecnie wielu studentów filologii angielskiej wywodzi się z domów bez tradycji akademickich, a posługiwanie się angielskim traktują oni użytkowo.

Po tym długim wywodzie na temat rozumienia tekstu pisanego łatwiej nam będzie wyjaśnić, dlaczego dla odmiany Listening przestał być problemem dla zdających. Słuchanie nagrań i oglądanie filmów w języku obcym przestało być czynnością wykonywaną sporadycznie. Na rynku księgarskim jest obecnie o wiele więcej materiałów dedykowanych dla samej sprawności słuchania: osobne książki z płytami, czy choćby Past Papers do egzaminów Cambridge. Zaopatrzenie się w tego typu materiału nie stanowi najmniejszego problemu. Co do filmów zaś... hmmm... Proszę podnieść paluszek w górę kto NIE ściąga spiraconych filmów kinowych i seriali. Nasz kontakt z językiem mówionym po prostu wzrósł drastycznie, a przy tym spowszedniał. Magnetofon na lekcji angielskiego to normalka. Wakacyjny wyjazd do Anglii to codziennośc. Oglądanie filmu bez zagłuszacza w postaci lektora to oczywistość. Więc jak tu się dziwić, że słupek z "listeningu" idzie w górę?

A co z umiejętnością koncentracji nad tekstem mówionym? Zwróćmy uwagę na to, że jeden (!) odcinek serialu filmowego to 30-40 minut gadania. Oglądamy taki odcinek bez dzielenia go na części, gdyż chcemy po prostu dowiedzieć się jak najszybciej, co się w odcinku wydarzyło. Oglądając film w ten sposób niejako ćwiczymy "z zapasem", gdyż na egzaminie jedno nagranie audio potrwa najwyżej od kilku do kilkunastu minut. (Tutaj podobna uwaga jak przy tekście pisanym: dlaczego na egzaminach nie prezentuje się zdającym nagrań video? Przecież w życiu codziennym musimy najcześciej radzić sobie z sytuacjami, gdzie informacja wizualna jest OBECNA. Oczywiście wiem, że na egzaminach jest też część ustna, niemniej chyba nadeszła już pora, aby przygotowujący egzaminy zastanowili się nad tym, czy ich formuła nie staje się już archaiczna...)

piątek, 25 czerwca 2010

Słupki cz. 1

Kiedy studiujemy język angielski, naszym najważniejszym przedmiotem – i największą zmorą – jest najczęściej Praktyczna Nauka Języka Angielskiego (tzw. Practical English). W zależności od uczelni i jej specyfiki w obrębie PNJA wyróżnia się pewną liczbę tzw. skillów, czyli mówiąc po ludzku przedmiotów, z których każdy skupiają się na konkretnej sprawności językowej. Zazwyczaj są to: Reading (rozumienie tekstu), Listening (słuchanie), Practical Grammar (gramatyka praktyczna), Writing (pisanie), Speaking (mówienie). Niekiedy w PNJA wchodzą też Translation (tłumaczenie) oraz Phonetics and Phonology (fonetyka z fonologią), ale ta ostatnia nie jest osobnym komponentem na egzaminie.

W każdym semestrze nauka przedmiotów składających się na PNJA kończy się zaliczeniem z oceną. Student, który nie uzyska takiego zaliczenia w semestrze letnim, nie może przystąpić do egzaminu praktycznego z PNJA. Każda uczelnia decyduje samodzielnie, które z przedmiotów wchodzą w skład tego egzaminu, lecz przeważnie są to Reading, Listening, Writing, Use of English (gramatyka ze słownictwem) oraz Speaking, lub też dowolna ich kombinacja. Za egzamin otrzymuje się jedną ocenę łączną, natomiast praktyki egzaminacyjne są oczywiście dowolne i zależą od tradycji uczelnianej oraz preferencji wykładowców. Decydują oni, jakie typy zadań są serwowane na egzaminie z PNJA, i w jakim stopniu testują one to, czego studenci uczyli się przez cały rok. Egzamin z PNJA jest wielkości słonia – trwa kilka godzin, a część pisemna i ustna odbywają się w różne dni. Dopuszczenie do części ustnej warunkowane jest najczęściej zdaniem części pisemnej.

Jeśli przyjrzymy się wynikom z poszczególnych części pisemnej egzaminu, można zauważyć, że na początku lat 90-tych ubiegłego wieku największym horrorem dla studentów był Listening. I nie ma w tym nic dziwnego. Kontakt z mówionym językiem angielskim był przecież niewielki: trochę słuchania piosenek, trochę oglądania telewizji satelitarnej, godzinka lub dwie tygodniowo konwersacji z nejtiw spikerem na uczelni (jeśli uczelnia miała szczęście posiadać takowego) i to praktycznie byłoby wszystko. Filmy w telewizji lub na kasetach wideo były niezawodnie okraszone głosem polskiego lektora, a audiobooki były rzeczą praktycznie nieznaną.

Use of English również był powszechnie znienawidzony, lecz powodem tak silnych emocji był po prostu ogromny zakres słownictwa, z którym student najczęściej stykał się po raz pierwszy dopiero na uczelni. W sumie należało jedynie jak najszybciej opanować umiejętność wbijania sobie do głowy po kilkaset słówek i wyrażeń tygodniowo. Gramatyka była już prawie przyjemnością, ponieważ tutaj wreszcie obowiązywały jakieś zasady, a materiałów do ćwiczeń nigdy nie brakowało. Gorzej bywało z czasem, który można by gramatyce poświęcać... Wyniki z Use of English bywały przeważnie lepsze od wyników z Listening.

Bardzo mocno studenci czuli się w komponencie Reading. I znów nie ma w tym nic dziwnego – a któż niby chciał studiować filologię angielską? Najczęściej były to mróweczki, które nie wyobrażały sobie życia bez książek. Oczytanie ogólne w języku polskim pomagało w rozumieniu tekstów w języku angielskim. Tekst pisany miał również tę przewagę nad słuchanym, że nie ulatniał się nagle z kartki – można było czytać trudniejszy fragment dowolną ilość razy. I należy tu pamiętać, że testy wielokrotnego wyboru i inne zadania zamknięte nie zasługiwały w opinii wykładowców nawet na splunięcie. Pomimo jednak tego, że należało samodzielnie wymyśleć i zapisać odpowiedzi na pytania do tekstu, Reading był uważany za "piece of cake", a wyniki były wysokie.

Writing również nie stanowił większego problemu. Jeśli student posiadał jaki-taki zasób wyszukanego słownictwa, nie popełniał zbyt wielu błędów gramatycznych i trzymał się tematu, oblanie "rajtingu" zaliczało się do kategorii raczej niezłych wyczynów. Nie wiadomo też, do jakiego stopnia oceny z esejów były subiektywne, gdyż były one przecież oceniane przez osoby, które tego przedmiotu uczyły. Z tej przyczyny, komponentu Writing nie będziemy uwzględniać w naszych rozważaniach.

Wyniki z trzech komponentów na początku lat 90-tych układały się więc następująco: najtrudniejszy był Listening, na następnym miejscu plasował się Use of English, najłatwiejszy był Reading. Jak jest zatem obecnie? Ano, Listening i Reading są na dobrej drodze do zamienienia się miejscami. O ile zdawanie tekstu słuchanego nie jest już traktowane jako dopust boży i wysiłek na miarę zwijania gołymi rękami stalowych patelni, o tyle wyniki z komponentu Reading systematycznie się pogarszają. Zadać więc należy pytanie: dlaczego tak się dzieje? Dlaczego coraz lepiej ze słuchania, a coraz gorzej z czytania? O tym w drugiej części wpisu.

wtorek, 27 października 2009

O co chodzi z tą maturą?

Prace nad Nową Maturą trwały wiele, wiele lat. Pierwsze plany zakładały wprowadzenie nowego systemu egzaminów dla absolwentów szkół średnich już w latach 90-tych ubiegłego wieku. Później ogłoszono nowe hasło "Matura 2000", gdzie data oznaczała rok zastąpienia egzaminu dojrzałości Nowym, Lepszym Systemem Maturalnym. Jednakże Ministerstwo Edukacji Narodowej, jak to ministerstwa zwyczajowo w tym kraju czynią, uległo naciskom politycznym i z końcem września zrobiło prezent ówczesnym licealistom, Maturę odwołując. Dla jasności wytłumaczę jeszcze raz, co się stało: odpowiednio wcześniej ogłoszono sylabusy, przeprowadzono egzaminy próbne, pozbierano deklaracje, a we wrześniu zrobiono uczniów w przysłowiowe "bambuko", Maturę odwołując. Ministerstwo zakpiło sobie z milionów ludzi, gdyż oprócz tysięcy wystawionych do wiatru maturzystów uwzględnić musimy jeszcze nauczycieli, których pracę zmarnowano; spanikowanych rodziców; zdezorientowanych uczniów z młodszych roczników, etc.

Na ostateczną zmianę systemu egzaminacyjnego dla absolwentów szkół średnich przyszło nam czekać pięć lat. Pierwszy egzamin maturalny według nowych zasad odbył się w 2005 roku. Co nam ta zmiana przyniosła?

Jednym z założeń Nowej Matury było powielenie przymusu zdawania języka obcego jako jednego z przedmiotów maturalnych. Ponieważ jestem przeciwnikiem wszelkiego rodzaju przymusów, wolałbym, żeby na maturze można było wybierać dowolne przedmioty. Wystarczy określić, że zdana matura oznacza zdanie przynajmniej jednego przedmiotu i pozostawić decyzję uczniowi. W końcu jest on pełnoletni, więc należałoby jego decyzję uszanować. Podobnie jestem przeciwny blokowaniu wyboru – jak ktoś chce zdawać dziesięć przedmiotów, to niech zdaje.

Jak wygląda Nowa Matura z języka angielskiego? Zdajemy ją na poziomie podstawowym i rozszerzonym. Pisemna matura składa się z rozumienia tekstu czytanego, rozumienia tekstu słuchanego oraz pisania (na poziomie rozszerzonym mamy jeszcze kilka ćwiczeń gramatycznych). Ustna matura to rozpisany na role skrypt, który należy bezbłędnie wykonać. Egzamin trwa ok. dwóch godzin, a część ustna to 15 minut dla poziomu podstawowego, oraz 30 minut dla poziomu poszerzonego (z czasem na przygotowanie). Ministerstwo niestety wprowadza dodatkowy chaos, zmieniając ustawicznie zasady. Najpierw uczniowie zdający maturę na poziomie rozszerzonym musieli zdawać też poziom podstawowy. Potem ktoś poszedł po rozum do głowy i darował im zdawanie tego nieszczęsnego poziomu podstawowego. Mało tego, można sobie było dowolnie wymieszać komponenty egzaminu zdając, np. pisemny poziom rozszerzony, a ustny poziom podstawowy. W tym roku powrócono do rozwiązania pierwotnego, czyli dla poziomu poszerzonego, należy zdawać cztery egzaminy. Jest to jedna z przyczyn, dla których boję się opisywać bliżej procedury maturalne, gdyż błyskawicznie się one dezaktualizują. Ale przejdźmy wreszcie do pytania: Jak to się sprawdza w praktyce?

Moja opinia jest taka, że Nowa Matura z języka angielskiego nadaje się wyłącznie do utopienia w kiblu.
Dlaczego? Ponieważ ten egzamin jest ustawiony pod maksymalizację osiągnięć abiturienta. W części podstawowej obowiązują wyłącznie zadania zamknięte z rozumienia tekstu pisanego i słuchanego, co oznacza, że kompletny ignorant językowy może "wystrzelać" potrzebną mu ilość punkcików i maturę zdać. Ponieważ egzaminatorzy z CKE i OKE, którzy projektowali tę maturę, to ludzie mądrzy i wykształceni, jestem pewny, że takie rozwiązanie zostało przyjęte nieprzypadkowo.

Do zdania matury wystarczy uzyskanie 30% możliwych punktów, a to oznacza, że odgórnie usankcjonowano złamanie zasady "50% punktów plus 1". Już nawet nie warto się rozpisywać o tym, że poważne egzaminy językowe mają ustalony "pass" na poziomie 60%. Ja mam tylko pytanie: który szef prywatnej firmy by się zgodził, aby pracownik wykonywał tylko 30% jego poleceń? Jak wyglądałby świat, gdyby każdy z nas dawał z siebie tylko 30%? A może lekarz powinien kończyć operację po wykonaniu 30% zabiegu? Ministerstwo Edukacji Narodowej oraz CKE, przyjmując 30% jako próg zdawalności matury, dokonały potężnego wyłomu w etosie pracy anglistów. W praktyce wygląda to tak, że "pierwszakom", tj. studentom pierwszego roku filologii angielskiej, szczęki opadają, kiedy słyszą, że kolokwia będą zaliczane od 50% czy 60%, a niekiedy próg będzie ustawiony jeszcze wyżej. Zamiast pracować, muszę więc spędzać czas na targach, szarpaninie i wyjaśnianiu "oczywistych oczywistości". Na szczęście, jako pracownik podpadający pod Ministerstwo Nauki i Szkolnictwa Wyższego mogę sobie pozwolić na krytykę idiotycznych rozwiązań wprowadzonych przez "the other minister". Jeszcze mi wolno.

Osobnym zagadnieniem jest sposób oceniania wypracowań. Błędy gramatyczne i ortograficzne nie mają większego wpływu na wynik. Liczą się magiczne "kropki", czyli informacje do przekazania. Wystarczy wypisać na kartce kilka wyrazów, które tym kropkom odpowiadają, a już oceniający musi przyznać punkty. Natomiast to, dlaczego wszelka komunikacja pisemna na poziomie podstawowym została zredukowana do pisania listów, jest dla mnie tajemnicą. Usiłuję sobie przypomnieć, kiedy ostatnio pisałem ręcznie list po angielsku i mam z tym ogromne kłopoty. Nieżyciowość tych zadań jest koszmarna, ale zapewnia tak ukochaną przez biurokratów porównywalność.

Jeśli spojrzymy na Nową Maturę z większej odległości, zauważymy jeszcze dwa zjawiska. Otóż MEN pokazało, że przy maturze można "grzebać". Poprzednia formuła egzaminu dojrzałości była wykuta w kamieniu. Podejrzewam, że zdawałem egzamin dojrzałości w ten sam sposób, co moi rodzice trzy dekady wcześniej. Ministerstwo pokazało, że można dowolnie zmieniać termin egzaminu, czas jego trwania, sposób przygotowania itp., itp. Matura przestała być świętością, stała się zwykłą biurokratyczną zabawką, która podlega temu samemu urzędniczemu widzimisię, co budowa autostrad czy finansowanie szpitali.

Drugim bardzo niepokojącym zjawiskiem jest odebranie uczelniom wyższym prawa do przeprowadzania egzaminu wstępnego. Zamiast autonomicznej decyzji uczelnianej komisji egzaminacyjne, przyjmujemy na filologię kierując się wyniki Nowej Matury. Jest to absurd zupełny. Po pierwsze, nie można ocenić faktycznego stopnia znajomości języka kandydata, gdyż sam egzamin fałszuje wyniki. Po drugie, uzyskiwanie przez kandydatów wyników 100% na egzaminie pisemnym oznacza, że ten egzamin jest zaprojektowany błędnie. Egzamin, na którym kilka osób osiąga wynik maksymalny, traci moc różnicującą. Skąd komisja uczelniana ma wiedzieć, który kandydat jest lepszy? Po trzecie, nie można ocenić osobowości kandydata. Na egzaminie ustnym chciałbym mieć możliwość zadania kilku pytań: Co ostatnio przeczytałeś po angielsku? Czy wiesz, kto był pierwszym prezydentem USA? Który region Anglii podoba ci się najbardziej? Oraz pytania najważniejszego: DLACZEGO, do ciężkiej cholery, chcesz tu, młody człowieku, studiować?

Sytuacja opisana powyżej jest dla pracowników akademickich koszmarna, ponieważ kandydaci są wypluwani przez system. O zasadach i przebiegu przyjęć decyduje moloch biurokratycznej maszynerii, i jej punkciki i procenciki. Gdzieś po drodze gubi się człowiek, a na jego miejscu zjawia się kilka kartek papieru wypełnionych według jednego, zuniformizowanego wzorca. A mnie nie interesuje to, jak kandydat napisał szablonową recenzję na maturze poszerzonej. Ani to, czy ze Speakingu miał 94 czy 96%. Ja chcę zobaczyć anglistyczne diabełki w oczach! Ja chcę usłyszać wymowę tego człowieka! Ja chcę zmacać jego osobowość! Posłużmy się znowu prostą analogią: który dyrektor personalny, obecnie zwany dyrektorem ds. Human Resources, zatrudniłby nowego pracownika na podstawie punkcików i procencików przedstawionych na kartce przez agencję pracy? Nie widząc tej osoby na oczy? A zatrudnilibyście tak opiekunkę do dziecka? Może wzorem rozwiązań maturalnych lekarzy po LEP-ie tak trzeba do szpitali rozsyłać...

Po czterech latach obowiązywania nowego systemu egzaminacyjnego można już pokusić się o pewne podsumowanie. I niestety to podsumowanie wypada dla Nowej Matury dość niekorzystnie. Można tu jedynie zacytować jednego z bohaterów filmu "Leon", który powtarzał "Change ain't good, Leon". Tak, tak. "Change ain't good, Minister..."

PS. Porównanie poziomu Starej Matury z języka angielskiego z Nową Maturą w jednym z najbliższych wpisów.

środa, 21 października 2009

Co się dzieje z anglistyką?

Ku swojemu wielkiemu zaskoczeniu odkryłem ostatnio, że decyzję o studiowaniu języka angielskiego licealiści podejmują kierując się kryteriami negatywnymi. Co to oznacza w praktyce? Ano, że ludzie decydują się na studia językowe, ponieważ "nie znoszą matematyki i fizyki", "angielski sprawiał im najmniej problemów w liceum", czy "sami nie wiedzą, co studiować" (to parafrazy autentycznych wypowiedzi osób rozpoczynających studia na kierunku filologia angielska). Jest to przerażające dla mnie, pasjonata języka angielskiego i wszystkiego, co angielskie (z wyjątkiem tych kretyńskich osobnych kraników z ciepłą i zimną wodę, bez zatyczki).

Kilkanaście lat temu (the early 1990s) niewiele było uczelni oferujących ten kierunek, a kandydat musiał pokonać kilkunastu konkurentów, żeby dostać się na wymarzone studia. Kluczem do zrozumienia tego, co się stało jest właśnie słowo "wymarzone". Obowiązywał bardzo trudny i zupełnie nieprzewidywalny egzamin wstępny (przygotowywany przez anglistów z danej uczelni), gdyż pierwszy rok nauki rozpoczynał się od poziomu pre-CPE z egzaminem na poziomie CPE po pierwszym roku. Osoba, która nie była ześwirowana kompletnie na punkcie języka angielskiego, nie miała szans się dostać. I tak najczęściej bywało – osoby, które dostawały się na anglistykę za pierwszym podejściem można było policzyć na palcach jednej ręki (w mojej grupie były to chyba dwie lub trzy osoby). Najczęściej trzeba było spędzić rok douczając się intensywnie angielskiego, żeby potem ponownie przebijać się przez ten koszmarny egzamin i tłum osób czyhających na nasze miejsce. Taką decyzję trzeba było podjąć świadomie i cierpliwie dążyć do jej spełnienia.

Obecnie sytuacja wygląda inaczej. Angielski się upowszechnił, przeważnie każdy już w mniejszym lub większym stopniu potrafi się posługiwać tym językiem. Owszem, jest to znajomość kulawa, pełna dziur i luk, ale przeciętny licealista ma przekonanie, że przecież "on angielski zna". Przekonanie jest to złudne i naiwne, ale uczelniania komisja rekrutacyjna musi przecież respektować wyniki egazminu maturalnego (dla niewtajemniczonych: maturę zdajemy mając wynik 30%), a ustanowienie własnego egzaminu wstępnego jest praktycznie niemożliwe (dla niewtajemniczonych: minister musi każdorazowo udzielić zgody na egzamin wstępny). Jak widać, zasada "Quality, not quantity" przestała obowiązywać.

Od kilku lat kręci się więc coraz szybciej błędne koło: coraz więcej osób uczy się angielskiego, lecz znajomość angielskiego coraz słabsza (matura tylko maskuje dziury i poprawia samopoczucie). Napór tych nieprzygotowanych jest ogromny, walą oni na studia niestacjonarne organizowane przez uczelnie państwowe, a kto się nie dostanie, ma zagwarantowane miejsce na uczelni prywatnej. Praktyką wcale nie tak rzadką stosowaną staje się przyjmowanie osób ze zdaną maturą podstawową z języka angielskiego (!). Na uczelnie trafia horda studentów, którzy w najlepszym wypadku znają angielski na poziomie "pre-FCE". Ponieważ walka z tak masowym zjawiskiem jest niemożliwa, uczelnie muszą się dostosować i anglistyki zaczynają obniżać wymagania. Niż demograficzny, który spędza sen z oczu rektorom i dziekanom, także dodaje tu dreszczyku emocji. Oczywiście, najszacowniejsze instytucje, które mają sporo kandydatów, jakoś trwają przy poprzednim poziomie (mam przynajmniej taką nadzieję), ale warto pamiętać, że oficjalnie Ministerstwo Nauki i Szkolnictwa Wyższego wymaga od licencjatów znajomości języka na poziomie C1, co odpowiada egzaminowi CAE. Dla jasności, jest to egzamin na poziomie niższym niż wspominane przeze mnie wyżej CPE.

Już nawet nie warto wspominać o tym, że MNiSzW obcina systematycznie liczbę godzin przeznaczoną na dydaktykę. Dla uczelni priorytetowe jest zatrudnianie samodzielnych pracowników naukowych, tj. profesorów i doktorów habilitowanych, gdyż oni stanowią pensum kadrowe. Od ich obecności jest uzależnione w pierwszym rzędzie istnienie danego kierunku. Ponieważ samodzielni pracownicy naukowi również zoobowiązani są do prowadzenia zajęć dydaktycznych, i takie zajęcia musi im uczelnia zapewnić. A ponieważ samodzielni pracownicy naukowi raczej nauczają innych, bardziej zaawansowanych przedmiotów niż Praktyczne Nauczanie Języka Angielskiego, te przedmioty są w siatkach godzin utrzymane, a obcina się zajęcia z bloku PNJA. I tak błędne koło zamyka się, gdyż startujący z niskiego poziomu studenci anglistyki uczą się angielskiego coraz mniej i do wymarzonego poziomu CPE nie mają szans doskoczyć.

W moim założeniu ten blog ma nie sprowadzać się do próżnego narzekania i krytykowania, więc trzeba teraz zająć się odpowiedzią na przyziemne pytanie "Co kandydat na anglistykę robić ma?". Licealistom myślącym o studiowaniu filologii angielskiej doradzałbym jedną z dwóch rzeczy – albo zapominamy o anglistyce i zamiast niej zdecydować się na jakikolwiek inny kierunek z wykładowym angielskim (tu ubijamy dwa ptaszki jednym kamieniem, gdyż uczymy się angielskiego i zdobywamy wiedzę z konkretnej dziedziny), albo za wszelką cenę próbujemy się dostać na którąś z (jeszcze) elitarnych uczelni w rodzaju Uniwersytetu Śląskiego bądź Uniwersytetu im. Adama Mickiewicza. Istnieją też dwa inne rozwiązania, jednakże są one bardziej radykalne. Możemy mianowice wyjechać na studia do Wielkiej Brytanii, czy USA, a tam angielskiego nauczymy się mimochodem (chyba, że będziemy studiować coś w rodzaju English Literature albo Applied Linguistics, gdzie angielski jest celem samym w sobie). Możemy też odpuścić sobie studiowanie angielskiego i zdecydować się na inny kierunek. To rozwiązanie nie jest oczywiście dopuszczalne dla prawdziwych pasjonatów, którzy angielskim oddychają, ale serdecznie doradzam je wszystkim osobom, które "nie lubią czytać", "angielskiego w sumie nie musiały się zbyt dużo uczyć" czy po prostu "coś musiały studiować, żeby rodzice się nie denerwowali". Pozwolę sobie sparafrazować to, co Maciej Parowski napisał kiedyś o tworzeniu literatury science-fiction: "Jeśli możesz nie studiować angielskiego, to nie studiuj".