wtorek, 20 lipca 2010

Kindle, kindle little star

W naszym domu pojawiło się urządzenie o nazwie AmazonKindle, w skrócie – Kindle. Jest to tzw. "e-reader", czyli czytnik tekstów elektronicznych wykorzystujący atrament elektroniczny (e-ink). Zaopatrzyliśmy się w wersję o przekątnej ekranu 6 cali, aby dało się łatwo nosić urządzenie przy sobie czy zabierać w dłuższe podróże.

Kindle jest mniejszy od zwykłego zeszytu. W górnej części urządzenia znajduje się ekran, który wyświetla treść książek. Po bokach znajdują się przyciski nawigacyjne, a w dolnej części mamy pełną klawiaturę. Amazon poprawił funkcjonalność klawiszy nawigacyjnych – są one mniejsze niż w poprzedniej wersji Kindle, a naciśnięcie ich z boku, czy przypadkowe zawadzenie o coś nie spowoduje kliknięcia. Po prawej stronie znajduje się malutki joystick, który może się wychylić w czterech kierunkach. Możemy go też wcisnąć, aby zatwierdzić podświetlone polecenie. Pomimo tego, że joystick wydaje się mikroskopijnych rozmiarów, korzysta się z niego wygodnie. Klawiatura posiada miniaturowe klawisze, ale są one wystarczająco oddalone od siebie i nie grozi nam przypadkowe wciskanie dwóch naraz. Klawisze mają też wyraźny przeskok. Na górnej krawędzi znajduje się suwak, którym usypiamy i wybudzamy urządzenie, oraz jest tam też gniazdo do podłączenia słuchawek. Przyciski do regulacji głośności znajdują się na prawej krawędzi urządzenia. Dolna krawędź zawiera gniazdo mikro-USB oraz malutką lampkę, która świeci się na pomarańczowo, gdy ładujemy baterię. Zielone światełko oznacza, że Kindle został naładowany.

Kindle Global wysyłany jest prosto z USA i trafia do nas przy pomocy poczty kurierskiej UPS. Amazon stosuje promocyjną opłatę za doręczenie tego urządzenia. Łączny koszt zakupu i przesyłki to ok. 210 USD. Dostarczenie Kindle do Polski trwało 10 dni. Najpierw czekamy kilka dni, aż urządzenie opuści magazyn i trafi do kuriera. Transport z USA do Kolonii to już tylko 36h, niestety później w Polsce przesyłka zwiedza pół kraju, zanim trafi do adresata. Kindle przysyłany jest w niewielkim pudełku. Należy oderwać pasek pieczęci, podnieść wieczko i od razu stykamy się z amerykańską dbałością o prostotę. Nie musimy korzystać z noża czy pilnika, aby wyłuskać czytnik z zagłębienia. Amazon pomyślał o niewielkim, kartonowym "języczku", który ułatwi nam wyciągnięcie czytnika. W zagłębieniu pod urządzeniem znajduje się broszurka z kilkoma podstawowymi informacjami oraz specjalny kabel.

Kindle przybywa do nas z pustą baterią, więc trzeba go na początek naładować. Korzystamy w tym celu z kabla, który z jednej strony ma wtyczkę mikro-USB służącą do podłączenia Kindle, a z drugiej strony ma natomiast zwykłą, pełnowymiarową wtyczkę USB. Na tej wtyczce nasadzona jest kolejna wtyczka zintegrowana z adapterem. Niestety jest to wtyczka amerykańska z płaskimi bolcami. Jeśli chcemy więc ładować czytnik prosto z gniazdka w ścianie, musimy zaopatrzyć się w przejściówkę. W przeciwnym razie ładujemy baterię Kindle z laptopa albo stacjonarnego komputera. Pełne ładowanie baterii trwało ponad cztery godziny, ale już po kilkunastu minutach urządzenie ożyło.

Komputer rozpoznaje Kindle jako zwykły napęd zewnętrzny. Możemy przeciągnąć dowolne pliki i wgrać je do katalogu głównego, lub do któregoś z podkatalogów na urządzeniu. W tym czasie urządzenie jest zablokowane, a na ekranie wyświetla się komunikat informujący nas, że w celu normalnego korzystania z urządzenia musimy je "wysunąć" z laptopa. Po takim wysunięciu, pozostawiamy kabel USB w gniazdku, Kindle nadal się ładuje, a my możemy już czytać.

Na Kindle możemy przenieść swoje własne dokumenty. Najprostsza metoda to zapisanie pliku jako TXT. Trzeba tu pamiętać, że Kindle nie rozpozna formatu DOC czy RTF. Plik po prostu będzie się znajdował w pamięci urządzenia, lecz nie zostanie wyświetlony na ekranie. Wybieramy więc polecenie "Zapisz jako" i klikamy w "txt". Na moim iBooku mam możliwość wyboru standardów kodowania znaków. Wybranie UTF-16 pozwala na korzystanie z pełnego kompletu znaków polskich. Pokazane to zostało na zdjęciu, które zamieszam pod tekstem. Kindle prawidłowo rozpoznaje "ą", "ę", "ż" itd. Jest to kolejne ulepszenie w stosunku do poprzedniej wersji. Niestety skopiowanie zawartości dokumentu PDF do pliku tekstowego albo zapisanie pliku RTF w postaci czystego TXT powoduje, że na końcach linii zostają znaczniki końca akapitu i Kindle traktuje je jako takie. Zaburza to organizację tekstu, a przy większych rozmiarach czcionki czytelnik może odczuwać dyskomfort. Kindle potrafi też wyświetlić zawartość pliku PDF, niestety efekt jest tragiczny. Ekran urządzenia jest malutki, więc litery stają się prawie nieczytelne. Proszę więc zapomnieć o wykorzystywaniu wersji z sześciocalowym wyświetlaczem jako czytnika PDF.

Pliki kopiowane z własnego komputera wgrywamy do katalogu DOCUMENTS. Jeśli umieścimy je w innym miejscu, Kindle zignoruje takie pliki i nie zobaczymy ich w spisie zawartości czytnika. Jeśli chcemy się pozbyć pliku z Kindle, może wykasować go z poziomu samego urządzenia, lub usunąć, kiedy podłączymy Kindle do komputera.

Kindle posiada 2GB pamięci, a Amazon twierdzi, że możemy na nim pomieścić ok. 1,500 książek. Nie do końca jest to prawdą. Owszem, jeśli kupimy typową książkę w sieciowym sklepie Amazon, wówczas plik AZW będzie miał objętość ok. 1MB, i takich książek faktycznie zmieści się półtora tysiąca na urządzeniu. Jednak wgrywanie własnych plików w postaci TXT zużywa dwukrotnie więcej miejsca, ponieważ Kindle konwersuje plik TXT do postaci MBP i przechowuje dwa pliki. Jeśli więc użytkownik lubi nosić przy sobie gigantyczną bibliotekę, bardzo szybko odczuje brak gniazda kart SD, które pozwalałoby na powiększanie pamięci urządzenia. I jest to być może największa wada Kindle.

Urządzenie wyświetla tekst i grafikę przy pomocy elektronicznego atramentu. Tło jest szare, natomiast jak widać litery są czarne i wyraźne. Amazon starał się zasymulować wygląd zwykłej strony z papierowej książki. Rozwiązanie takie ma nie męczyć wzroku czytelnika i pozwalać na wykorzystywanie urządzenia w mocnym oświetleniu. I to jest ogromna zaleta Kindle. Robię ten wpis na balkonie i na swoim laptopie muszę podkręcać jasność ekranu do maksium, aby być w stanie pisać przy jasnym słońcu. Ekran czytnika wygląda natomiast jak strona książki. Oczywiście napotkamy innego rodzaju problem: jeśli chcemy czytać z Kindle w nocy, będziemy potrzebowali zewnętrznego oświetlenia. Może to być zwykła lampa, a do samolotów bądź czytania w łóżku polecane są malutkie lampki LED, które doczepiamy do urządzenia.

Kindle pozwala na zmianę wielkości literw tekście, jednak nie możemy zmienić kroju czcionki. Urządzenie wyświetla jedynie kursywę i symuluje szary kolor czcionki. Możliwe jest też wyświetlanie wszelkich znaków w rodzaju nawiasów, gwiazdek, myślników etc., a także prostych grafik – Kindle oferuje tylko 16 stopni szarości. Sympatycznym rozwiązaniem jest stosowanie przez Kindle wygaszaczy ekranu (na zdjęciu pod tekstem). Przy każdorazowym usypianiu urządzenia pojawia się nam portret jakiegoś pisarza bądź też rycina ze średniowieczną czy renesansową ilustracją. Jest to po części zabieg marketingowy, który ma nam unaocznić, że Kindle to nie tylko tekst, ale i grafika. Możemy też zmieniać orientację wyświetlanego tekstu na cztery sposoby.

Do tej pory wspominałem jedynie o możliwości umieszczania własnych plików na czytniku. Podstawowa funkcjonalność Kindle to dostęp do witryny Kindle Store. Urządzenie umożliwia korzystanie z sieci komórkowej (Kindle nie ma Wi-Fi!) i dzięki temu zyskujemy dostęp do Internetu. Za łączenie się i przeglądanie Kindle Store nic nie płacimy. Jedyny koszt, jaki ewentualnie poniesiemy, to cena zakupu książek, które kosztują przeważnie mniej niż ich papierowe odpowiedniki. Nasz Kindle musi być przypisany do konta w sklepie Amazon (przy zakupie Kindle jest przypisywany do konta, z którego dokonano transakcji, ale można go wyrejestrować i przenieść na inne konto), a do tego konta musi być przypisana karta kredytowa. Zakup książki odbywa się w ten sposób, że po prostu klikamy na przycisk "BUY" i w przeciągu minuty lub dwóch książka pojawia się na naszym Kindelku. Należność jest natychmiast ściągana z karty kredytowej. Możemy jednak skorzystać z możliwości ściągania darmowych próbek książek ("samples"), które są przeważnie ich bardzo obszernymi, początkowymi fragmentami. Pobieramy je przez kilknięcie na "Try a Sample".

Kindle wyświetla natychmiast w katalogu głównym zakupione czy też wgrane via laptop pozycje i oznacza je ikonką "new" umieszczoną z lewej strony. Po załadowaniu kilkunastu czy kilkudziesięciu książek odkrywamy nagle, że korzystanie z takiej masy publikacji i przewijanie ekranów nagle robi się kłopotliwe. Na szczęście Amazon dokonał kolejnego usprawnienia w stosunku do poprzednich wersji urządzenia. Mamy więc możliwość zakładania tzw. "Collections". Jest to nic innego, jak możliwość tworzenia katalogów. Wystarczy, że pozakładamy sobie na Kindle kolekcje dla poszczególnych autorów i już problem nam znika. Kindle daje też możliwość układania plików i kolekcji alfabetycznie, autorami i "od najnowszych". Możemy też używać funkcji "Search", by znależć potrzebne nam słowa czy pliki.

Książki ściągnięte z Kindle Store są przeważnie elegancko sformatowane: posiadają okładkę, wydzielone strony tytułowe, różnego rodzaju ozdobniki umieszczane choćby przed rozdziałami, a często też możliwość korzystania z hiperlinków. Musimy oczywiście pamiętać, że w e-bookach obsługiwanych przez Kindle nie istnieje coś takiego jak zwykła strona. Dzieje się tak ze względu na to, że użytkownik może zmienić wielkość wyświetlanego tekstu, przez co automatycznie zmienia się ilość wyświetlanych na ekranie znaków. Książka jest niejako jedną, ciągłą stroną, której jedynie fragment widzimy na ekranie urządzenia.

Amazon ogromnie rozbudował sposoby przemieszczania się po książce. Poprzednie wersje Kindle oferowały jedynie przeglądanie w przód i w tył przy pomocy klawiszy "next page" i "prev page", oraz korzystanie z funkcji search. Zważywszy, że nie było nawet możliwości skoku do początku tekstu (sic!), przeglądanie książku czy wyszukiwanie konkretnego fragmentu musiało być koszmarem. Na szczęście najnowsza wersja Kindle jest pozbawiona tych wad. Na dole ekranu wyświatlany jest pasek, który obrazuje nam, w którym miejscu tekstu się znajdujemy. Po lewej stronie wyświetlany jest procent tekstu, a o prawej liczba "locations". Te lokacje to nic innego jak akapity ("paragraphs"). Korzystając z przycisku "menu" możemy wybrać opcję "go to" i wówczas możemy sobie skoczyć do dowolnie wybranej lokacji, albo na początek tekstu. Ogromnie ułatwia to życie. Z czytanej książki wychodzimy przez naciśnięcie przycisku "home". Oznacza to jednocześnie powrót do głównego katalogu. Kindle zapamiętuje ostatnią czytaną przez nas lokację, więc ponowne kliknięcie w książkę umieści nas tam, gdzie przerwaliśmy lekturę. Z tego powodu zdecydowanie odradzam czytanie jednej książki przez dwie osoby...

Kindle to nie tylko czytanie książek. Firmowo wgrany jest The New Oxford American Dictionary, z którego możemy korzystać na dwa sposoby: możemy wyszukać potrzebny nam wyraz bezpośrednio w słowniku, możemy też najechać kursorem na dowolne słowo w książce, a na dole ekranu pokaże się jego definicja. Kiedy zaraz na początku książki "Assegai" Wilbura Smitha zobaczyłem nazwę własną "Nandi", natychmiast najechałem kursorem na ten wyraz prychając przy tym pogardliwie ("Taaa... akurat takie nazwy własne będą w słowniku..."). Opadła mi szczęka, kiedy Kindle wyświetlił definicję "a bull that serves as the mount of Shiva nad symbolizes fertility". Możemy oczywiście kliknąć na znacznik strzałki, a Kindle pokaże nam pełną definicję z przykładami oraz etymologią wyrazów. Do tekstu książki wracamy poprzez naciśnięcie przycisku "back".

Jeśli książka nie jest zabezpieczona przez wydawcę, możemy włączyć funkcję "Text-to-speech", czyli głośnego czytania. Mamy do wyboru głos męski i żeński. Możemy też zmieniać tempo czytania na szybsze lub wolniejsze. Moje subiektywne wrażenie jest takie, że Kindle czyta zbyt szybko, ale i na to jest recepta. Kindle umożliwa odsłuchiwanie plików MP3, więc mamy też możliwość skorzystania z profesjonalnie nagranych audiobooków. Słuchanie odbywa się "w tle", możemy więc słuchać muzyki w trakcie czytania, albo zapuścić sobie lektora i śledzić wzrokiem tekst. Można też potraktować Kindle jak skrajnie prymitywny odtwarzacz MP3 i po prostu zamknąć oczy i słuchać. Niestety obsługa plików MP3 jest bardzo mocno ograniczona. Możemy tylko przeskakiwać do następnego utworu, lub zatrzymać nagranie. Te dwie funkcje obsługiwane są bezpośrednio z klawiatury urządzenia. Kindle nie posiada choćby szczątkowego interfejsu odtwarzacza MP3.

Kindle daje nam także jako funkcję eksperymentalną możliwość przeglądania internetu. Nazywa się tak funkcja "Basic Web" i faktycznie jest realizowana prymitywnie. Jeśli wejdziemy choćby na stronę Gazeta.pl, nasze urządzenie zostanie rozpoznane jako telefon komórkowy i serwis przerzuci nas na stronę dedykowaną dla takich urządzeń. Niestety nieprawidłowo jest realizowana obsługa polskich znaków, co utrudnia korzystanie choćby z serwisów gazetowych. Mamy oczywiście dostęp do Google czy Wikipedii, transfer jest jednak wolny, co zniechęca do przeglądania internetu. O wiele większe możliwości prezentuje tu choćby zwykły telefon komórkowy.

Zadajmy więc dwa pytania: czym tak naprawdę jest Kindle i dla kogo to urządzenie jest przeznaczone?

Kindle jest niczym innym, jak "superksiążką", która pozwala nam na swobodne gromadzenie i przeglądanie wielu tekstów. Niewątpliwą zaletą tego urządzenia jest to, że możemy nosić ze sobą całą naszą podręczną bibliotekę. YEA obecnie czyta równocześnie: "Powstanie 44" Normana Daviesa, "Samolubny gen" Richarda Dawkinsa, "Mother Tongue" Billa Brysona oraz "The Quest" Wilbura Smitha. Zważywszy na objętość i rozmiary tych książek, trudno sobie wyobrazić przemieszczanie się z nimi po mieście lub dalsze podróże. Kindle uwalnia nas od takiego ograniczenia – możemy mieć wszystko przy sobie i czytać dowolne pozycje. Ogromną zaletą jest też możliwość błyskawicznych zakupów w KindleStore. Wreszcie nie trzeba płacić ogromnych kwot za przesyłkę i oczekiwać na książki po kilka tygodni. Jeszcze gdyby prawodawca polski nie obciążał publikacji elektronicznych podatkiem VAT, byłoby idealnie... (Tak, cena tego samego e-booka w USA jest niższa niż w Polsce!). Kupując książki w cenie 10 czy 12 dolarów, płacimy za nie porównywalne kwoty, co za polskie papierowe przekłady. Nawet zakup używanych książek angielskich na Allegro czy przez specjalistyczne księgarnie przestaje być opłacalny.

Kindle może być również wygodnym narzędziem dla studenta filologii angielskiej. Bardzo wiele tekstów jest dostępnych za darmo, więc zanika konieczność kupowania antologii literatury brytyjskiej, amerykańskiej czy jaka tam jest potrzebna. Wystarczy przeszukać choćby witrynę Project Gutenberg i możemy się cieszyć Szekspirem w oryginale. Wielu naukowców udostępnia też swoje artykuły czy książki za darmo, więc istnieje też taka możliwość pozyskiwania materiałów.

Czy formuła konsumowania książek przy pomocy Kindle sprawdzi się? Amazon sprzedał już kilka milionów czytników i wykonał genialne posunięcie wprowadzająć Kindle Global, z którego można korzystać bez dodatkowych kosztów praktycznie na całym świecie. Oznacza to, że istnieje ogromna rzesza klientów, którzy obstawiają segment elektronicznego atramentu i dają tak wyspecjalizowanemu produktowi rację bytu. Z drugiej strony, istnieje spora konkurencja ze strony telefonów komórkowych (a zwłaszcza iPhone'a) oraz wkraczającego na rynek iPada. Równie dobrze można dziś powiedzieć, że za kilka lat następca Kindle nadal będzie miał się świetnie, gdyż zapotrzebowanie na książki będzie ogromne. Ale może też zdarzyć się tak, że Apple obniży ceny iPada i zawojuje ten segment rynku, na co apetyt ma spory. W końcu istnieje już iBooks, a możliwości iPada przewyższają wielokrotnie to, co oferuje Kindle. Time will tell...





Kindle poprawnie pokazuje polskie znaki.





Tak wygląda tył urządzenia, na dole głośniczki.




Tak wygląda jeden z wygaszaczy pojawiający się na ekranie, kiedy usypiamy urządzenie.

środa, 7 lipca 2010

Nie samym angielskim...

Nie samym angielskim YEA żyje. Czasami oderwie się od słowników i złapie za aparat. Skoro blog o anglistach, to na zdjęciach anglistki oraz studentki tego kierunku. Więcej zdjęć i grafik na portalu Deviantart.

(Kopiowanie, przetwarzanie i jakiekolwiek wykorzystywanie zdjęć jest zabronione)


Karolina (fot. YEA, 2009)



Aneta (fot. YEA, 2009)



Ewelina (fot. YEA, 2009)



Asia (fot. YEA, 2010)

poniedziałek, 5 lipca 2010

Proszę strzelać do lektora

Przyjęło się w naszym kraju, że wszelkie zagraniczne filmy i programy czyta lektor. Jest to dosyć unikalny sposób na przybliżenie widzowi treści importowanych produkcji, gdyż przeważnie stacje telewizyjne posługują się dubbingiem (tj. pokładaniem osobnego głosu pod każdego aktora) lub też wyświetlają tzw. "napisy" (ang. subtitles). Dubbing pozbawia nas co prawda jakiejkolwiek możliwości obcowania z oryginalnym językiem filmu, lecz aktorzy posługują się "swoimi" głosami, co niejako pozwala na zachowanie pewnej estetyki przekazu werbalnego. Napisy odrywają nas od śledzenia akcji i uniemożliwiają młodszym czy też wolno czytającym widzom obcowanie z dziełem filmowym, jednak mają tę ogromną zaletę, że zachowują język oryginału.

Niestety w Polsce od dziesięcioleci tłumaczenie filmu polega na "dowaleniu" lektora. Takie rozwiązanie skutecznie morduje warstwę dźwiękową oryginału gdyż widz jest pozbawiony możliwości obcowania z grą aktorską, która przecież polega nie tylko na operowaniu ciałem, lecz również na wykorzystywaniu głosu. Lektor zagłusza w ten sam sposób muzykę i odgłosy tła, przez co nasze doznania słuchowe są dramatycznie zubożone.

Głos lektora wprowadza również dysonans. Z jednej strony śledzimy ścieżkę dźwiękową w języku polskim, gdyż jest ona po prostu lepiej słyszalna, ale podświadomie (a niekiedy jak najbardziej świadomie!) rejestrujemy przecież, że aktorzy coś tam w swoim języku oryginału plotą. Niestety nie sposób usłyszeć co, gdyż zagłusza ich lektor... Nie tylko film czy program traci na spójności, ale również męczymy się, gdyż do naszych uszu docierają dwa strumienie dźwięków. Prostą metodą na sprawdzenie, w jakim stopniu hałas w tle potrafi być męczący, jest wyłączenie w nocy komputera. Zapada wtedy taka głucha cisza...

Posługiwanie się masowo lektorem ma również dwie negatywne konsekwencje społeczne. Po pierwsze, polski widz jest systematycznie rozleniwiany i rozpieszczany, gdyż usłużny głos męski zawsze przeczyta mu listę dialogową. Jeśli latami posługujemy się taką podporą, taką protezą, trudno nam potem stanąć na własnych nogach i obejrzeć film w wersji oryginalnej. A przecież takie rozwiązanie stosują nie tylko stacje telewizyjne, lecz również dystrybutorzy płyt DVD umieszczają wielkie oznaczenia na pudełkach – Wersja z lektorem!!! Skoro opłaca się dogrywać lektora na płytach DVD, widocznie jest zapotrzebowanie i biznes odwołujący się do ludzkiego lenistwa i wygodnictwa jest opłacalny. Jest jednak jeszcza druga negatywna konsekwencja posługiwania się lektorem, która zakrawa już o zbrodnię społeczną. Niewykorzystywanie napisów przekłada się wprost na niższą sprawność czytania w społeczeństwie polskim. Zamiast wykorzystać możliwość powiązania czytania z pozytywnym bodźcem, przez kilkanaście początkowych lat życia każemy obywatelowi obcować ze słowem mówionym, a potem dziwimy się, że obywatel podnosi wrzask widząc film z "sabtajtalami"... Tu się nie ma czemu dziwić, tu należy się zastanowić, dlaczego nadal trwa ten sabotaż edukacyjny i kulturowy.

Sytuacja jest dla mnie oczywista: należy natychmiast zlikwidować instytucję lektora w państwowej telewizji i wprowadzić stosowanie napisów we wszelkich obcojęzycznych programach. Mało tego, uważam, że usprawiedliwione byłoby ustawowe zmuszenie prywatnych stacji telewizyjnych do przyjęcia takiego samego rozwiązania, gdyż interes społeczny jest tu nader ważny, a strat nikt nie poniesie. Stacje telewizyjne i tak dysponują listami dialogowymi, a nie sądzę, by wyświetlenie ich było droższe od mozolnego, lektorowego dukania. Co zyskujemy? Odcinamy młodszą, nie czytającą jeszcze widownię od niepożądanych treści. Zachęcamy do systematycznego, wieloletniego czytania, doprowadzając po pewnym czasie do sytuacji, że nikt nie będzie traktował tej czynności jako przykrej. Wręcz przeciwnie, stanie się ona zautomatyzowanym odruchem, czymś co odbywa się "w tle". Oczywiście zdaję sobie sprawę z tego, że napisy to specyficzna, zubożona forma tekstu pisanego, lecz jest to lepsze niż nic. Kolejnym zyskiem jest zachowanie spójności artystycznej filmu, choć pewnie wyjątkowe marudy mogłyby protestować, że napisy to TAKŻE ingerencja w dzieło. Lepiej jednak poświęcić dwie linijki na napisy, niż drastycznie redukować warstwę audio. Największym jednak zyskiem będzie dostarczenie widzom tzw. "input", czyli "wsadu językowego".

"Wsad językowy" to nic innego jak wszystkie przypadki świadomego i nieświadomego obcowania z językiem obcym, czyli to, co czytamy i słuchamy. Wsad ten jest nam niezbędny do wykształcenia prawidłowych odruchów, takich jak choćby dobra wymowa czy intonacja, a im więcej tego wsadu, tym lepiej dla nas. Już pewnie widać, w jaką stronę zmierza moje rozumowanie. Tak! Obecność lektora w telewizji pozbawia nas TYSIĘCY godzin obcowania z mówionym językiem angielskim. Załóżmy, że oglądamy systematycznie anglojęzyczne filmy i programy w telewizji od ósmego roku życia po 2 godziny dziennie. Daje to 730 godzin rocznie, co przekłada się po dziesięciu latach na ponad SIEDEM TYSIĘCY godzin. W tym samym czasie nauka w szkole – przy założeniu, że uczymy się po 3 godziny tygodniowo od pierwszej klasy szkoły podstawowej – przekłada się na 1440 godzin obcowania z angielskim (12 lat x 40 tygodni x 3h). Poprawka – godzina szkolna trwa przecież 45 minut. W szkole będziemy więc uczyć się angielskiego przez 1080 godzin... Takiej ilości "wsadu" nie otrzymamy w szkole nigdy.

Oczywiście czym innym jest aktywna nauka (szkolna czy pozaszkona), a czym innym pasywne obcowanie z programem telewizyjnym. Jeśli chcemy zapoznać się regułami języka obcego, wykonać kilka ćwiczeń czy przyswoić słownictwo, musimy to robić w sposób świadomy i aktywny. Posuwamy się wówczas szybko do przodu. Jednak dołożenie do aktywnej nauki "wsadu językowego" w postaci oryginalnych filmów czy programów telewizyjnych pozwala przyśpieszyć i usprawnić proces uczenia się. Mówiąc "po naszemu": z filmów podłapiemy pewne zwroty i wyrażenia, przyswoimy słownictwo, zainfekujemy się naturalną wymową. Wszystko to odłoży się nam gdzieś w głowie i będzie czekać na swoją chwilę.

Co ciekawsze, Ministerstwo Edukacji Narodowej zupełnie ignoruje taką metodę podniesienie kompetencji językowych Polaków. O ile zrozumiałe jest to, że komunistyczny reżim nie widział żadnego interesu w propagowaniu znajomości języka angielskiego, dziwne jest, że z jednej strony założenia reformy programowej kładą nacisk na obniżenie wieku, w którym rozpoczyna się nauka języka obcego, a z drugiej strony, nikt z ekspertów czy pracowników Ministerstwa nie propaguje tak prostej metody wspomagania nauki języków obcych, jakim byłoby wyeliminowania lektora z telewizji. Aż prosi się o zapoczątkowanie inicjatywy obywatelskiej, która za cel postawiłaby sobie wyeliminowanie prawne lektora z telewizji państwowych i prywatnych.

Na koniec pewna rekomendacja książkowa. Osobom zainteresowanym przekładem audiowizualnym polecam książkę Pana Arkadiusza Belczyka "Tłumaczenie filmów". Książka niedroga, a zawartość bardzo ciekawa. Polecam!

Więcej o książce tutaj



linki:
Nauka języków obcych w Polsce na poziomie europejskich standardów
Informacja na stronie MEN tutaj