piątek, 18 listopada 2011

Nie samym angielskim... (7)


Pisałem już o tym, że fotografuję aparatami analogowymi. Bardzo lubię fotografię czarno-białą, ponieważ jest w niej coś urzekającego. Szczególnie lubię portrety czarno-białe, gdyż pozwalają one pokazać człowieka w sposób inny niż oglądamy go na codzień.

Testowałem wiele różnych filmów, ale od wielu lat moim ulubieńcem niezmiennie pozostaje Ilford XP2 Super; czarno-biały film, który przeznaczony jest do do wywoływania maszynowego. Zdecydowałem się na niego z kilku przyczyn. Mam ścisły zakaz organizowania ciemni fotograficznej w domu, a to skazuje mnie na slajdy i negatywy, które można zanieść do fotolaba. O ile cyfrowo fotografuję wyłącznie w kolorze, co daje mi możliwość kowertowania zdjęcia na BW zgodnie z własnymi upodobaniami, a nie nastawmi zaszytymi w aparacie , o tyle fotografując analogowo wolę wykorzystywać filmy zgodnie z przeznaczeniem – zdjęcia BW wykonuję na filmach BW, a zdjęcia kolorowe wykonuję na negatywach kolorowych. Po prostu film BW posiada pewną charakterystykę, która idealnie sprawdza się w pewnych rodzajach fotografowania. 

Korzystanie z XP2 nie jest drogie. Film wywołuje się w typowym procesie C-41 do kolorowych negatywów, co oznacza, że za wywołanie jednej rolki filmu zapłacimy tylko kilka złotych. XP2 posiada jeszcze jedną ciekawą cechę – jest to film chromatyczny, a więc nie zawierający związków srebra. Dzięki takiemu rozwiązaniu nadaje się on doskonale do skanowania i dalszej obróbki cyfrowej. Przeważnie skanuję film dwuetapowo – przy okazji wywoływania filmu zlecam skan wstępny wszystkich klatek w niższej rozdzielczośc. Mogę wtedy ocenić, które klatki są ostre i prawidłowo naświetlone, a następnie zlecam skan wybranych klatek w wysokiej rozdzielczości (ok. 4000 DPI). Poprawki, usuwanie zanieczyszczeń, kolorowanie itp. wykonuję w Photoshopie. W zależności od rozdzielczości wykorzystywanej w fotolabie, ze skanu w dużej rozdzielczości mogę wykonać odbitkę o rozmiarach ok. 40x60 cm (zaznaczam, że bez przeskalowania). XP2 jest też dostępny jako film w standardzie 120, czyli mogę wykorzystać go fotografując średnim formatem.


* * *

Poniżej kilka zdjęć wykonanych z wykorzystaniem Herr Schwarza i obiektywu Beroflex 135 mm.








[Julia] (fot. YEA, 2011)




(Kopiowanie, przetwarzanie i jakiekolwiek wykorzystywanie zdjęć z tej strony jest zabronione.)

środa, 16 listopada 2011

Konsekwencje, czyli jak ta żaba będzie smakować



Niedawno zamieściłem na tym blogu wpis, w którym poświęciłem też trochę miejsca na temat nauczania języka angielskiego w przedszkolach i klasach I-III szkoły podstawowej (Kiedy zacząć się uczyć angielskiego? ). Temat nurtował mnie jednak dalej i zacząłem się zastanawiać, jakie konsekwencje będzie miało wprowadzenie obowiązkowego nauczania języka angielskiego w tej grupie wiekowej.

Przede wszystkim musimy sobie uświadomić, że na naszych oczach odbywa się gigantyczny eksperyment edukacyjny. Do tej pory nie praktykowano w naszym pięknym, nadwiślańskim kraju masowego nauczania języka obcego w tym przedziale wiekowym. Język obcy – a był to język rosyjski – wkraczał dopiero w klasie piątej, kiedy dziecko już zaliczyło okres "przestawiania zwrotnicy edukacyjnej", czyli klasę IV, gdzie nauczanie zintegrowane ustępowało miejsca osobnym przedmiotom w rodzaju polskiego, matematyki, historii itp. Obecnie jesteśmy świadkami prawdziwego przełomu: instytucjonalnemu nauczaniu języka obcego podlegać zaczął siedmiolatek.

Na co przekłada się taki stan rzeczy? Przede wszystkim musimy sobie uświadomić, że nie mamy jeszcze żadnych opracowanych i usystematyzowanych doświadczeń nauczycielskich, na podstawie których dałoby się wypracować metodykę nauczania języka angielskiego w przedziale wiekowym 7-10 lat. Metody, którymi posługują się nauczyciele na lekcjach angielskiego, to prywatne eksperymenty pani Kasi czy pana Marka, którzy dopiero UCZĄ SIĘ, jak z takimi dziećmi pracować w grupie. Trzeba więc zdawać sobie sprawę z tego, że minie przynajmniej kilka lat zanim z indywidualnych dokonań zacznie się wyłaniać metodyka nauczania polskich dzieci języka obcego. Oby tylko była to metodyka sensowna i spójna, oparta na praktyce i refleksji.

Pamiętajmy, że kształcenie metodyczne nauczycieli języka angielskiego przeważnie nie obejmuje tzw. segmentu (Very) Young Learners (dzieci w wieku 4-12 lat). Owszem, wspomina się o nich niekiedy, lecz prowadzący zajęcia metodyczne koncentrują się przeważnie na segmentach Teenagers/Young Adults/Adults. Przeciętny absolwent kolegium czy filologii angielskiej ma więc raczej nikłe pojęcie, jak powinno wyglądać nauczanie języka angielskiego dzieci w wieku przedszkolnym czy wczesnoszkolnym. Zwróćmy uwagę na to, że nadal starannie oddziela się nauczanie w klasach I-III (nauczanie wczesnoszkolne) od nauczania w klasach starszych, co wiąże się z koniecznością ukończenia innych studiów oraz uzyskania przez nauczycieli osobnych uprawnień.

Nieprzypadkowo wspomniałem wyżej o instytucjonalnym nauczaniu. Dzieci były już uczone języków obcych w naszym kraju, lecz odbywało się to w formie dobrowolnych (!) kursów czy zajęć indywidualnych. Obecnie dziecko styka się z językiem obcym już w pierwszej klasie SP. Musimy sobie zadać pytanie: co przeżywa sześcio- czy siedmiolatek trafiający do szkoły? Takie dziecko jest z początku wystraszone nowym środowiskiem, więc musi stopniowo przyzwyczajać się do nowych koleżanek i kolegów, do nowego otoczenia, do nowej pani i jej wymagań. Dziecko musi nauczyć się radzić sobie z hałasem, starszymi dziećmi, życiem od dzwonka do dzwonka. Na etapie edukacji wczesnoszkolnej dziecko ma przede wszystkim nauczyć się czytać i pisać, a nie jest to zadanie łatwe, gdyż wyrobienie koordynacji ręka-oko oraz wykształcenie mikromotoryki to sprawa lat. Nasz pierwszoklasista już stoi przed sporym wyzwaniem, a nasze ministerstwo... dorzuca mu kolejny balast o nazwie "język obcy".

Dlaczego użyłem określenia "balast"? Już tłumaczę. Osobiście nie jestem przekonany, aby należało rozpoczynać naukę języka angielskiego tak wcześnie, gdyż niby gdzie nasz siedmiolatek miałby się tym językiem posługiwać? Oczywiście można wysunąć argument, że dzieci są chłonne i szybko przyswajają słownictwo i wymowę. A kto niby będzie tej wymowy uczył? Nie spotkałem się jeszcze z zatrudnianiem w szkołach państwowych anglojęzycznych nauczycieli. Możemy więc podejrzewać, że nauka angielskiego będzie odbywać się metodą "wiódł ślepy kulawego", tj. na etapie, kiedy można zadbać o prawidłową wymowę, naszego polskiego ucznia będzie uczył nasz polski nauczyciel wyedukowany w dużej mierze przez naszych polskich wykładowców akademickich. Można by zaryzykować nieśmiałe pytanie, czy to jeszcze nauka angielskiego, czy już ześlizgujemy się w uczenie Polglisha?

Z chłonnością kilkuletnich dzieci też jest nie do końca tak, jak się wydaje. Zalągł się w powszechnej świadomości mit, że dziecku można rzucić cokolwiek o dowolnej objętości, a ono materiał błyskawicznie przyswoi, gdyż "dzieci to chłonne są". Co gorsza, wyznawcami takiego mitu stali się też chyba pracownicy i eksperci MEN, co znalazło swoje odbicie w tzw. Nowej Podstawie Programowej. Możemy w niej wyczytać między innymi, jakie są wymagania szczegółowe na koniec klasy III szkoły podstawowej, jeśli chodzi o język obcy nowożytni. Zacytuję in extenso {źródło: Podstawa programowa. Tom 3. Języki obce w szkole podstawowej, gimnazjum i liceum}:

Uczeń kończący klasę III:
1) wie, że ludzie posługują się różnymi językami i że chcąc się z nimi porozumieć, trzeba nauczyć się ich języka (motywacja do nauki języka obcego);
2) reaguje werbalnie i niewerbalnie na proste polecenia nauczyciela;
3) rozumie wypowiedzi ze słuchu:
a) rozróżnia znaczenie wyrazów  o podobnym brzmieniu,
b) rozpoznaje zwroty stosowane na co dzień i potrafi się nimi posługiwać,
c) rozumie ogólny sens krótkich opowiadań i baśni przedstawianych także za pomocą obrazów, gestów,
d) rozumie sens prostych dialogów w historyjkach obrazkowych (także w nagraniach audio i video);
4) czyta ze zrozumieniem wyrazy i proste zdania;
5) zadaje pytania i udziela odpowiedzi w ramach wyuczonych zwrotów, recytuje wiersze, rymowanki i śpiewa piosenki, nazywa obiekty z otoczenia i opisuje je, bierze udział w mini przedstawieniach teatralnych;
6) przepisuje wyrazy i zdania;
7) w nauce języka obcego nowożytnego potrafi korzystać ze słowników obrazkowych,
książeczek, środków multimedialnych;
8) współpracuje z rówieśnikami w trakcie nauki. 

Ciekawi mnie, jakim zasobem słownictwa trzeba dysponować, aby zrozumieć "ogólny sens krótkich opowiadań i baśni"...? Zwróćmy też uwagę na punkty 4 i 6. Dziecko, które dopiero uczy się czytać i pisać, ma również zapoznawać się z angielską ortografią, w której praktycznie nie istnieje związek między wymową a pisownią. Zapytam więc krótko: czy ktoś na łeb upadł? No, ale dzieci teraz "szybciej się rozwijają i są chłonne"... Z pewną dozą ironii można tu zacytować jedno z praw Murphy'ego, które głosi: Nic nie jest niemożliwe dla osoby, która sama nie musi danej rzeczy zrobić. Nic nie jest niemożliwe dla eksperta ministerialnego, który sam języka angielskiego nigdy nie musiał się uczyć.

Rodziców niewiele jednak obchodzą wszelkie dywagacje programowe i metodyczne, gdyż funkcjonują oni "tu i teraz" i przeważnie wolą skupiać się na konkretnych problemach. Czy wprowadzenie języka obcego nowożytnego do klas I-III będzie problemem? Wydaje mi się, że najważniejszą kwestią będzie dla rodziców to, kto ich dzieci będzie angielskiego nauczał. Jeśli trafi się osoba obdarzona dużą dozą zdrowego rozsądku, nauka języka obcego może być przyjemna i nieszkodliwa. Przechlapane mamy, jeśli trafimy na osobę, która nie przyjmie do wiadomości ograniczeń wynikających z wieku dziecka i zastosuje dorosłe środki nauczania w rodzaju kartkówek czy – nie daj boże – dyktand. Sceptycznie nastawiony czytelnik może zaprotestować, że to przecież ekstremum i większość nauczycieli nie będzie pracować przy pomocy takich metod. Wystarczy jednak, by nauczyciel podtykał dzieciom mnogość słówek, bądź żądał czytania i pisania po angielsku. Dzieci w takim wieku są nakierowane na zdobycie akceptacji u swojej "pani", więc przeważnie bardzo chcą ją zadowolić, lecz skonfrontowane z zawyżonymi wymaganiami zaczynają wpadać we frustrację. I to jest najgorsza rzecz, jaka może się w szkole przydarzyć: wpajanie uczniom od pierwszej klasy szkoły podstawowej przekonania, że angielski jest trudny i nieprzyjemny. I że nigdy się go nie nauczą.

Istnieją na szczęście dwa czynniki, które mogą przynajmniej częściowo wyrównać szanse rodziców i dzieci w konfrontacji z językiem obcym. Pierwszym z nich są... sami rodzice. Poślizg, z jakim przeprowadzona została reforma szkolnictwa, doprowadził do tego, że obecni pierwszoklasiści mają rodziców w wieku ok. 25-40 lat, a to oznacza, że wielu z tych rodziców zna lepiej lub gorzej język angielski (Wiedzę swą wynieśli z liceum, z lektoratu, z kursów czy z wyjazdów zarobkowych). Rodzice dysponują więc odpowiednim narzędziem, aby pomagać dziecku w bieżącej nauce, oraz są w stanie wyłapać i skorygować błędy nauczyciela. A pomyśleć, że jeszcze dziesięć lat temu jednymi z najczęstszych słów, jakie słyszałem ze strony rodziców wysyłających dzieci na korepetycje z angielskiego było: "Panie, z angielskim to ja już mu nie pomogę". Teraz już rodzice są w stanie pomóc.

Drugim czynnikiem działającym na korzyść naszego dziecka jest obecność języka angielskiego w naszym codziennym życiu. Dzieciaki stykają się z nim w piosenkach, grach i filmach, obcują z nim w internecie, a także słyszą rodziców i innych członków rodziny mówiących po angielsku. Słownik, czy angielska książka w domu to już nie jest absolutna egzotyka. Inaczej było za poprzedniego systemu z językiem rosyjskim, który stanowił wówczas tak samo kosmiczny fenomen jak język marsjański. Obecność jednego i drugiego w codziennym życiu była na porównywalnym – czytaj przyzerowym – poziomie. Na szczęście angielski wplótł się w nasze życie i stał się jego mniej lub bardziej powszednim elementem, którego często już świadomie nie rejestrujemy.

Jak więc będzie smakować tytułowa żaba? Myślę, że podstawową konsekwencją wprowadzenia języka angielskiego do klas I-III szkoły podstawowej będzie jego dalsze "spowszednienie", gdyż od kilku(nastu) lat przekształca się on z egzotycznego obiektu pożądania w kolejny, stały element naszej rzeczywistości. Jednak dopiero za jakiś czas okaże się, czy nasze dzieci traktują angielski tylko jako kolejny, nudny przedmiot, czy też jako kolejną zmorę edukacyjną. Jeśli stanie się to ostatnie i usłyszymy kiedyś z ust gimnazjalisty czy licealisty "Mamo, Tato, ja tak nie znoooszę angielskiego", to winę za to będzie ponosić MEN, które dokonało reformy systemu edukacji w oparciu o mity i życzeniowe myślenie.

Dla rynku usług edukacyjnych taka sytuacja również oznacza sporą zmianę. Ponieważ dorośli już nauczyli się języka angielskiego, możemy zauważyć kurczące się zapotrzebowanie na kursy języka angielskiego. Jednak wiele dzieci nie będzie sobie radzić z angielskim w szkole, a część rodziców będzie chciała zapewnić swoim pociechom przewagą i zdecyduje się na dodatkowe zajęcia, czy to w formie korepetycji, czy też kursów. Taki trend można zresztą już zaobserwować – błyskawicznie wzrasta zapotrzebowanie na lektorów znających się na pracy z dziećmi w wieku 4-10 lat. 


Podstawa programowa. Tom 3. Języki obce w szkole podstawowej, gimnazjum i liceum znajduje się tutaj

poniedziałek, 14 listopada 2011

Nie samym angielskim... (6)


Fotografuję trzema aparatami, które kupiłem z drugiej ręki. Nie kupuję nowych aparatów, ponieważ nie lubię przepłacać za sprzęt. Można to uznać za dziwny przesąd czy idiosynkrazję, ale zawsze lepiej fotografowało mi się aparatami pożyczonymi, albo "second-hand". 

Najdłużej w moim posiadaniu jest Miss Minolta, czyli Minolta A2. Bardzo lubię ten aparat, ponieważ posiada milion pokręteł i przełączników, które pozwalają na dostęp do podstawowych funkcji i nastaw bez wchodzenia w menu. Kiedy wziąłem go po raz pierwszy do ręki, poczułem się trochę przytłoczony, ale już po kilku minutach zabawy zacząłem "czuć" aparat. Minolta A2 to co prawda lustrzanka, lecz pozbawiona możliwości wymiany obiektywu – dysponujemy zafiksowanym na stałe zoomem o ogniskowej 28-200 mm. Można to uznać za ograniczenie, lecz dla mnie to rozwiązanie ma dwie gigantyczne zalety. Przede wszystkim nie brudzi się sensor, który w typowej lustrzance cyfrowej jest w większym stopniu narażony na pyłki i brudki. Druga zaleta jest natury ekonomicznej – skoro optyka jest niewymienna, nie jestem wystawiony na pokusę kupowania nowych obiektywów. Myślę, że jeśli zajdzie potrzeba wymiany Miss Minolty na nową cyfrówkę, będzie to urządzenie podobnego typu.

Miss Minolta została tak przeze mnie ochrzczona, ponieważ ma duszę starej, angielskiej gospodyni. Jest to aparat niezawodny (o ile nie zapomnę naładować baterii), pozbawiony narowów, przewidywalny aż do bólu. Jeśli pogodzimy się z jego ograniczeniami (np. możliwością zrobienia tylko trzech zdjęć w formacie RAW pod rząd), fotografowanie nie będzie stanowiło większego problemu. Jako ciekawostkę podam, że istnieje możliwość wyduszenia z pliku RAW rozdzielczości 22 megapikseli, choć nominalnie aparat ma tylko 8 mpix.

W bielskim komisie fotograficznym "Horyzont" znalazłem swego czasu Herr Schwarza, czyli Revueflexa AC1. Chciałem sobie sprawić zestaw analogowy, a zrażony już byłem do zakupów na Allegro. Uznałem więc, że warto zapłacić trochę więcej i podreptałem na plac "Żwirka i Muchomorka". Brałem do ręki korpus za korpusem i kiedy dotknąłem AC1, natychmiast wiedziałem, że będziemy się przyjaźnić przez wiele lat. Aparat był świetnym stanie, czyściutki i znakomicie wyregulowany. Do dzisiaj nie wiem, czy mam dziękować jego poprzedniemu właścicielowi za wystawienie go do komisu, czy pukać się po głowie (jak można sprzedawać TAKI aparat???).

Herr Schwarz to sprytna bestia. Posiada jasną matówkę z dobrze rozwiązanym systemem ostrzenia oraz kilka niezłych bajerów. Bardzo lubię blokadę spustu migawki, gdyż odpada problem jej przypadkowego wciśnięcia. Aparat posiada też możliwość zablokowania wizjera, żeby nie wpadało "lewe" światło, kiedy fotografujemy ze statywu. AC1 to oczywiście lustrzanka, więc można do niej dokupić fajną optykę za śmieszne pieniądze. Obecnie korzystam z typowej "trójcy stałoogoniskowej": Flektogon 35/2.4, Revuenon 55/1.7 oraz Beroflex 135/2.8. Dlaczego "Herr Schwarz"? Ten aparat jest jak Mercedes sprzed trzydziestu lat – solidny, niezawodny, zbudowany z myślą o użytkowaniu przez kilkadziesiąt lat.

Po dziesięciu latach świadomego fotografowania uznałem, że przyszła pora na zakup aparatu średnioformatowego. Posiadałem już kiedyś Lubitela, ale nie mogłem się dogadać z tym aparatem. Oddałem go w ręce Alinki i mam nadzieję, że dobrze mu w Gdańsku. Ponieważ chciałem uniknąć szoku związanego z przesiadaniem się na jakieś kasetki, zdecydowałem się na Pentacona Six. Jest to aparat przypominający napompowanego małoobrazkowca; nie ma kaset, film ładujemy jak do zwykłego analoga, zdjęcia wychodzą kwadratowe. Niestety kolejny raz nie strzymałem i udałem się na Allegro, by nabyć Psixa drogą kupna.

Aparat wzbudził spore emocje swoim rozmiarem oraz problemami z obsługą. Oczywiście teraz już wiem, że należy pociągnąć za taką malutką wypustkę przy podstawie i wtedy tył się otworzy... Rozgryzłem też ostrzenie z lupką, wyczaiłem problem z przewijaniem filmu (aparat jednak nie był stuprocentowo sprawny mimo tego, co twierdził sprzedający), nauczyłem się odpinać i zapinać obiektyw. Swój pierwszy raz z Psixem miałem odbyć w czasie sesji z Ewą i nie rozczarowałem się: bydlak zapewnił niezapomniane przeżycia. Ręce mi się trzęsły, z wrażenia zapomniałem, że mam przewijać film ręcznie, a na końcu rozsypało się coś w środku do końca i migawka przestała się domykać. Z całej rolki filmu wyszły tylko trzy  jako tako wyglądające klatki... Niezły bilans, no nie? Kiedy jednak zobaczyłem pierwszą klatkę z nieplanowaną multiekspozycją, wiedziałem, że warto było. Psix zyskał przydomek LeBydlaq, ponieważ to bydlę z diabelską, czarną duszą.

Dziabnięcie średnim formatem okazuje się być podstępne i trwałe. Pomimo falstartu i wierzgnięcia, LeBydlaq dostaje kolejną szansę i pojedzie w najbliższym czasie do Krakowa, gdzie zostanie zreperowany (oby!), a mnie czeka zakup obiektywu portretowego.


* * *


[Julia] (fot. YEA, 2011)

Miss Minolta fotografuje tak jak wyżej.




[Ewa] (fot. YEA, 2011)

Pierwsze w życiu zdjęcie wykonane na średnim formacie, nieplanowana multiekspozycja.



(Kopiowanie, przetwarzanie i jakiekolwiek wykorzystywanie zdjęć z tej strony jest zabronione.)

wtorek, 1 listopada 2011

Kiedy zacząć się uczyć angielskiego?



Jednym z najbardziej rozpowszechnionych mitów w naszym społeczeństwie jest mit głoszący, że języka angielskiego należy zacząć się uczyć jak najwcześniej. Kiedy jeszcze nauczanie angielskiego ograniczało się do liceów i gimnazjów, wielu rodziców posyłało dzieci na kursy i zajęcia indywidualne z tego języka dużo, dużo wcześniej. Edukowanie kilkuletniego dziecka było na porządku dziennym, a obecnie tendencja do zaczynania jak najwcześniej tylko zwiększa się.

Ponieważ każda godzina języka angielskiego kosztuje i to wcale niemałe pieniądze, zadajmy sobie pytanie, czy w ogóle warto edukować dziecko poniżej 10-go roku życia. Czy warto posyłać dziecko na lekcje? Czy warto biegać na zajęcia organizowane przez różnego rodzaju Helen Doron? Czy warto domagać się, by w przedszkolu był angielski? Odpowiedź na te pytania jest prosta: nie, nie warto.

Jeśli chcemy edukować kilkuletnie dziecko, musimy przede wszystkim pamiętać, że przyswaja ono język obcy bardzo wolno. Zapamiętanie i utrwalenie kilkunastu czy kilkudziesięciu wyrazów zajmie kilka tygodni, gdyż dzieci muszą uczyć się języka obcego (tak samo jak rodzimego) w kontekście, tj. w powiązaniu z konkretnymi sytuacjami. Dzieci to w ogóle bardzo ciekawe istotki. Z jednej strony wystarcza im jednorazowe (sic!) zetknięcie się z wyrazem, by mogły go zapamiętać, a następnie przywołać w odpowiedniej sytuacji. Z drugiej strony, każdy rodzic pamięta wieloletnie boje z błędnie odmienianymi czy nieprawidłowo stosowanymi wyrazami. Paradoks polega na tym, że dzieci błyskawicznie "łapią" wyrazy i chętnie je stosują, pod warunkiem, że mają ku temu sposobność. Jednak równie szybko dzieci zapominają wyrazy, a nawet całe języki, czego dowodem są maluchy, które spędzają kilka miesięcy za granicą, nasiąkają obcym językiem jak gąbka, a po powrocie do swojego kraju... zapominają wszystko równie szybko jak się nauczyły. Nie ma więc sensu rozpoczynać nauki języka angielskiego, jeśli nie będziemy gotowi na kontynuowanie jej w kolejnych latach.

Dobrze, zdecydowaliśmy się więc na zapisanie naszego cztero- czy pięcioletniego malucha na lekcje angielskiego. Lekcje te będą odbywać się raz czy dwa razy w tygodniu w przedszkolu. Możemy też biegać do szkoły językowej Helen Doron, jeśli mamy szczęście takową posiadać w pobliżu. Możemy też zdecydować się na lekcje u osiedlowej Pani Anetki czy Pani Agnieszki, które za kilkanaście złotych zajmą się naszą pociechą raz w tygodniu. Pytanie jedynie, co daje nam nauka po jednej lub dwie godziny tygodniowo? Wiemy już, że kilkuletnie dziecko przyswaja język wolno, więc efekt skumulowany będzie... tak, niewielki. Z własnego doświadczenia wiem, że ilość materiału, jaką można przerobić i utrwalić na przestrzeni trzech lat z dzieckiem w wieku 7-9 lat (klasy I-III SP), odpowiada porcji, którą przerobi w rok dziesięciolatek (klasa IV SP). Po co więc męczyć malucha przez kilka lat, skoro odrobinę starsze dziecko zrobi to samo szybciej i lepiej?

Wielu rodziców podnosi argument, że dziecko powinno się "osłuchać" z językiem, czy też "oswoić" z nim stopniowo. Owszem, rodzice mają tu sporo racji, ale zapominają, że dla dziecka nauka języka obcego pozbawiona kontekstu to po prostu niezrozumiały obrządek. Nauczyciel musi komunikować się z dzieckiem wyłącznie w języku obcym oraz musi "podawać" język w formie gier i zabaw do wykonania "tu i teraz", inaczej cała nauka nie w ogóle sensu. Rodzice zapominają też, że dziecko może "osłuchiwać się" i "oswajać" z językiem obcym na codzień w domu (piosenki, bajki itp.), bez konieczności uczęszczania na drogie i czasochłonne zajęcia. Pamiętajmy też, że nie zawsze osoba ucząca nasze dziecko angielskiego uczy go dobrze. Ponieważ nauka odbywa się głównie drogą werbalną, wystarczy systematyczne przekręcać wymowę i po kilku latach mamy ogromny problem. Nasze dziecko co prawda będzie mówić po angielsku, ale będzie mówić źle. Czy warto więc za wszelką cenę zaczynać jak najwcześniej?

Niestey Ministerstwo Edukacji Narodowej po części odebrało rodzicom możliwość decydowania, kiedy rozpocząć naukę języka angielskiego, gdyż uznało go za język wiodący i wprowadziło nauczanie języka obcego (najczęściej właśnie angielskiego) do klas I-III szkoły podstawowej. Uważam taką decyzję MEN za błędną, gdyż – jak już wspominałem wyżej – na etapie edukacji wczesnoszkolnej uczenie dzieci języka obcego przynosi bardzo skromne rezultaty. Dzieje się tak, gdyż dzieci uczą się wolno (dzieci tak mają), a dwie godziny języka na tydzień to ilość zdecydowanie za mała, aby efektem skumulowania masy jęyzkowej pokonać bariery kognitywne. Dodatkowo dochodzi stres związany z rozpoczynaniem nauki w szkole: jakby mało było zmiany miejsca i sposobu uczenia, dzieciaki jeszcze muszą sobie poradzić z taką egzotyką jak język obcy. Czy aby nie za dużo tego wszystkiego na raz? Jeśli już ministrom zależy tak mocno na naszych dzieciach, lepszą decyzją byłoby dodanie godziny angielskiego tygodniowo w gimnazjach i liceach (3 x 2h w szkole podstawowej = 6 x 1h w gimnazjum i liceum).

Jeśli jednak zdecydujemy się, aby nasze kilkuletnie dziecko zaczęło się uczyć angielskiego, warto przemyśleć kilka spraw. Po pierwsze, może warto posłać dzieciaka do anglojęzycznego przedszkola? Dzieci uczą się co prawda wolno, ale po dwóch albo trzech latach wystąpi efekt skumulowania się materiału, gdyż nasze dziecko będzie wystawione na angielski przez kilka godzin dziennie. Co ważniejsze, porozumiewanie się w języku obcym będzie naturalne. Innym rozwiązaniem, które warto rozważyć, to... ściągnięcie na rok czy dwa anglojęzycznej au pair. Jeśli mamy odpowiednie warunki lokalowe, to codzienny, naturalny kontakt z obcojęzyczną osobą będzie dla naszego dziecka bezcenny. Niestety, jak można się domyśleć, te dwa rozwiązania nie są dostępne dla wszystkich, gdyż wiążą się ze sporymi kosztami. Co mają więc zrobić rodzice dysponującymi przeciętnym budżetem?

Przede wszystkim warto starannie wybrać osobę, która będzie uczyła nasze dziecko angielskiego. Pamiętajmy, że dla dzieciaka najważniejszy jest dobry kontakt z nauczycielem. Jeśli nasze dziecko nie czuje się dobrze na lekcjach, nie pchajmy go tam na siłę. Dzieci są też ze swojej natury konserwatywne, więc przywiązują się do swoich nauczycieli. Wybierzmy więc osobę, u której będziemy mogli kontynuować lekcje przez kilka lat. Jeśli mamy choćby jakie-takie obycie z językiem angielskim, zwracajmy uwagę na to, jak nasze dziecko mówi. Dbajmy głównie o to, aby nie utrwalić niestarannej czy błędnej wymowy, gdyż odkręcanie złych nawyków zabierze później bardzo dużo czasu.

Od swojego dziecka nie oczekujmy spektakularnych rezultatów. Jeśli po roku nauki zna ono kilkanaście nazw zwierząt, umie policzyć do dziesięciu i umie zareagować w prostych sytuacjach, już jest dobrze. Wakacje to najlepszy okres, aby świeżo nabyta wiedza wyparowywała, więc wtedy starajmy się podtrzymać kontakt z angielskim. Przypomnijmy angielską piosenkę śpiewaną na przywitanie, ćwiczmy liczenie, wyłączmy lektora w czasie oglądania "dorosłego" filmu – niech w domu dzieje się coś po angielsku. Przygoda naszego dziecka z językiem angielskim dopiero się zaczyna, dbajmy więc przede wszystkim, by malucha nie zrazić i by entuzjazmu starczyło mu lata.


czwartek, 27 października 2011

The Story of Nicholas and Cathy




My career as an English teacher started when I was fifteen, which is roughly a quarter of a century ago. At the end of 1980s, when the communist regime was collapsing, I was one of the few people in my little town who knew English, so I gave lessons to anybody and everybody. I taught children, teenagers and adults. I offered private tuition only, which we now call "1-2-1" teaching. Of course, I experimented with teaching two or three students at a time, and I even had this crazy idea of setting up my own language school. But instinctively I  believed that only private tuition offered best value for money. After twenty-five years I am still certain of that.

Over three and a half years ago I started teaching Nicholas. At that time he went to junior secondary school, which we call 'gimnazjum' in Poland. Since his foreign language at school was German, his mother was a bit worried and wanted him to learn English, as this would help him greatly in senior secondary school (which we call 'liceum' here). Nicholas's mother and I have been friends for over twenty years, so we struck a deal quickly and her son started visiting me every week for his private lessons.

It turned out immediately that Nicholas was one of those rare cases; he had never been taught English in a formal way before. In 1988 it was strange to be 15 and know English. In 2008 it was strange to be 15 and NOT to know English. Of course, he had picked up a lot of vocabulary from computer games and songs but he didn't know any grammar, he couldn't build sentences, and in matters of studying habits he was truly a savage. I was a bit worried (I always worry when I start with a new person), but we set to work and after some time it turned out that there are two little blessings... First, Nicholas has a real talent for English: he wants to learn it, and his 'sticky' memory helps greatly. He remembers chunks of language after hearing them once or twice and his recall is amazing. The other thing is that whatever homework I set, Nicholas will do it.

After some months I decided that it would be good to have some goal we could work towards. Nicholas was like a sponge, so we decided that he would take PET exam in a year's time. So we worked hard, we did a lot of grammar and vocabulary work, we had a PET textbook, we solved plenty of past papers and, finally, the big day came. Nicholas took the written and oral parts. Then we had to wait a couple of weeks for the results. Those of you who expect a story of blazing success ('from zero to hero') will be disappointed. Yes, Nicholas passed. No, he didn't achieve Pass with Merit (it is any result above 85%). I think he was a bit unhappy with the result but I knew that we needed half a year more. I had decided to set the date of the exam so early for two reasons: to push Nicholas and to be done with PET before 'liceum'.

When Nicholas entered 'liceum', his formal instruction in English started. However, we continued our lessons and we set another goal: FCE in two years. I knew that school would be no help, so we needed a system. When it came to studying skills, Nicholas was still on the savage side and he needed a strong support. Besides it was not possible to do everything in two hours. So I had to devise a system. Every week Nicholas got an envelope with his homework and he was supposed to work on it every day. I didn't care what he did as long as he had all exercises done and all tasks solved. We managed to cover a vocabulary book, we did the necessary grammar AND grammar revision. We did a separate book on writing. Oh, and we managed to do four collections of past papers. I used a strategy of gradually adding straws instead of dumping a whole pile on the horses back and Nicholas didn't even know how he made into doing stuff which would normally seem undoable.

We also had a system of tracking Nicholas's progress. I recorded every score in FCE tasks on a special sheet and we observed a slow, gradual progress. We started with a lousy average of 40% but after two years Nicholas managed to achieve an average of 72%. When Nicholas took his FC exam, he was confident but at the same time a bit anxious because I didn't want him merely to pass the exam, but to obtain grade A, which is at least 80%. Life plays cruel jokes on us and this exam was no exception: Nicholas scored 74% (grade C). One per cent more and he would have scored grade B. We are not obsessed with grades, so we just accepted this score. It is more important for us that one year before the end of 'liceum' Nicholas knows that his predicted score in the final school-leaving exam (Matura) in English is around 80%. And we still have a couple of months.

After about 300 hours of private tuition Nicholas became a fairly competent speaker of English. His vocabulary range is pretty impressive, his pronunciation is good and clear, his grammatical mistakes are sporadic. We have to remember that summer camps in England also contributed to his success, but they were a mere bonus. However, it is even more important for us to know what Nicholas DOESN'T do. Nicholas doesn't commit certain mistakes systematically. Nicholas isn't afraid to communicate in English. Nicholas isn't unintelligible when he speaks. Nicholas doesn't panic before exams. Nicholas doesn't have to hurry.

Now we should have a look at Cathy. She is exactly the same age as Nicholas, and they even go to the same school. Similarly to Nicholas, Cathy wants to take an Extended Exam in English in May next year. Later, she wants to study finance or accounting at one of the Polish prestigious universities. She needs top scores in her exams because half a mark may decide whether she is accepted or not. That is why she decided to have private tuition with me.

Cathy's education in English took place mainly at state schools. Although Cathy is intelligent, well-organised and hard-working, the system cheated her and it shows. When she speaks English, one can hear a strong Polish accent. She has problems with uttering even basic words correctly and frequently there is a communication failure due to her being unintelligible. Cathy makes many grammatical mistakes and – this is a real problem – they are systematic: she had learned to do things in a wrong way and nobody had pointed it out to her. Cathy doesn't know much about the exam which she is to take in a couple of months and it becomes clearly visible when she has to do writing tasks. Cathy has serious gaps in her knowledge of English grammar and the syllabus for the exam is quite ruthless in this respect. Cathy has little time and she panics.

What will happen in May? I am pretty sure that both Nicholas and Cathy will pass their Extended Exam in English. They will even have good results, well above the national average. Nicholas will succeed because of four years of hard, systematic work. Cathy will succeed because of her resolve and internal drive. But let's look beyond this exam. What is their future going to be like? When it comes to English, Nicholas is in a better situation. Why? Because he doesn't carry a burden of school education and he has the advantage of not having to 'unlearn' things. His foundations are good and he will be able to progress at his own pace.

With Cathy it will be different – it will take years for to her to come to grips with her English. Maybe she will rely on what she already knows and to hell with communication and good grammar. Maybe she will pour hundreds of hours into restructuring and polishing her English. It will all depend on the amount of time she will have, and believe me, when you study banking or finance time becomes a scarce commodity. In five or ten years she will still be afraid to speak English, she will be making the same mistakes as today and she will be asking the same question: Why can't I speak English as fluently and effortlessly as Nicholas?

Cathy will always struggle with English because her teachers didn't care. They didn't care about her pronunciation and now she speaks with terrible accent. They didn't care about her grammar and now she commits many mistakes. They didn't care to explain the intricacies of vocabulary or rules of writing and now she has problems with constructing even a paragraph of decent writing. Cathy's English is twisted and sick; to correct it would take time and conscious (!) effort. And Cathy's teachers didn't care because both the system and tradition of teaching English in Polish schools didn't let them care. When you have to teach a mixed-ability group of twenty teenagers, and produce all the bureaucratic nonsense which your are expected you, suddenly you discover that there is no place for excellence and perfection in this factory of mass products.

After twenty-five years Nicholas and Cathy are a clear proof for me that private tuition is a far more superior way of teaching English than group teaching. Private tuition lets the teacher and student do more work in less time. Private tuition lets the teacher identify student's mistakes and bad habits, and correct them immediately. It also lets the teacher be flexible and focused on the student. And most important, it lets the teacher care. The results speak, quite literary, for themselves.

środa, 19 października 2011

Robb Wolf "Paleodieta"


W wydawnictwie Publicat ukazało się moje tłumaczenie poradnika Robba Wolfa "Paleodieta. Zrzuć kilogramy, zbuduj formę, pokonaj choroby" (Paleo Solution. The Original Human Diet. 2010, Victory Belt Publishing).

W pierwszej części książki Robb Wolf przybliża podstawy naukowe nowego, amerykańskiego wynalazku żywieniowego, tzw. paleodiety. W dużym skrócie: dieta jest skonstruowana w oparciu o wiedzę na temat rozwoju Homo Sapiens. Autor w sposób dość przekonywująct wykazuje, że jesteśmy stworzeniami wszystkożernymi, a do naszego funkcjonowania jest nam potrzebne mięso i tłuszcze. Już samo to stwierdzenie pewnie przyprawiło wiele osób o zawał. Będzie jeszcze gorzej! Wolf wykazuje też, że nasz organizm w znikomym stopniu toleruje ziarno, czyli wszelkie potrawy mączne, kiełki i inne świństwa zalecane w dietach wegetariańskich. Należy więc takie pokarmy wyeliminować z naszego jadłospisu. Trzeci filar paleodiety nie jest już tak szokujący i trafi raczej wszystkim do przekonania: zero cukru.

Przyznam, że książkę Wolfa tłumaczyło się bardzo przyjemnie. Autor wykazuje się sporą wiedzą i dość przekonywująco prezentuje swoje argumenty. Co prawda mnie akurat nie trzeba przekonywać do schabowego czy pstrąga, lecz muszę przyznać, że zapoznanie się z systematycznym wykładem na temat holistycznego postrzegania człowieka i spraw żywieniowych było fascynujące. Wolf zwraca też ogromną uwagę na sen: dość mocno potrząsnęła mną informacja, że do prawidłowego snu jest konieczna jest absolutna ciemność. Autor nie oczekuje od nas przyjmowania tych rewelacji na wiarę, lecz odsyła nas publikacji naukowych (bibliografia na końcu książki jest imponująca). Sam zainteresowałem się kilkoma pozycjami, szczególnie książką autorstwa Benta Formby'ego i T.S. Wileya Lights Out! Sleep, Sugar and Survival.

Oprócz solidnego wykładu z biologii autor prezentuje też dietę na 30 dni oraz zestaw ćwiczeń, które mają posłużyć do zbudowania formy. Muszę tu zwrócić uwagę na jedno: Wolf mieszka w Kalifornii. Ma to swoje konsekwencje choćby w postaci doboru składników posiłków (w przepisach znajdziemy sporo egzotycznych komponentów) oraz dopasowania ich do kalifornijskiego klimatu. Pamiętajmy też o rozpowszechnionej w USA otyłości. Musi już być naprawdę źle, gdyż autor rozpoczyna przedstawianie ćwiczeń od... nauki siadania i wstawania. No dobrze, koloryzuję trochę – najpierw ćwiczymy przysiady, wykroki i pompki w oparciu o ścianę.

Podejrzewam, iż paleodieta, która przecież kładzie spory nacisk na spożycie mięsa i tłuszczu, spotka się z ogromną agresją ze strony wszelkich "kręgów" wegetariańskich. Sama idea diety pozbawionej ziaren i nabiału idzie wbrew systematycznej, podprogowej indoktrynacji, która zasadza w nas takie koncepty jak "mięso to zło", "tłuszcz to zło", "ryż jest dobry", "chlebuś z ziarnami to ósmy cud świata", "jogurciki was uleczą" itd. Ciekaw też jestem, czy paleodieta będzie skutecznie rywalizować z dietą Dukana, która zdaje się już być trochę passé. Z jednej strony, paleodieta doskonale wpisująca się w nasze, polskie zwyczaje jedzeniowe, lecz łatwo zauważyć, że idzie bardzo mocno wbrew temu co "nowoczesne" i "postępowe". Zachęcam do wyrobienia sobie własnej oceny w oparciu o lekturę "Paleodiety".

Tłumaczenie wykonywałem na zlecenie firmy TERKA http://terka.pl/index.html, z którą mam przyjemność od kilku lat współpracować.

Książkę Robba Wolfa można nabyć w Empiku 

sobota, 24 września 2011

Grammar-Translation i Nowa Matura


Metoda Grammar-Translation (G-T) uznawana jest za jedną najstarszych metod uczenia języków obcych. Jej nieformalne założenia są następujące: podstawowe "składniki" język to gramatyka i słownictwo, a korzystania z nich uczy się poprzez tłumaczenie na język obcy i na język ojczysty. Zajęcia prowadzone są w języku ojczystym, gdyż w sposób świadomy musimy opanować najpierw zasady gramatyki języka obcego. Słownictwo również przyswajamy z wykorzystaniem języka ojczystego, gdyż ważne jest opanowanie obcojęzycznych wyrazów z ich ekwiwalentami. Wykorzystanie języka polega na tłumaczeniu zdań lub testów na język ojczysty i na język obcy.

Metoda Grammar-Translation ignoruje w duży stopniu naszą wiedzę o pracy ludzkiego mózgu, a także nie zwraca większej uwagi na funkcje językowe, czy też fakt, że język jest tylko jednym z narzędzi komunikacji międzyludzkiej. Jak widać z powyższego opisu, Grammar-Translation to metoda adresowana do ucznia starszego, który będzie rozumiał metajęzyk, czyli opis zasad rządzących językiem. Nie będę tutaj dokonował oceny tej metody, ani zasadności jej użycia, zaznaczę tylko, że sam byłem uczony języka angielskiego z jej wykorzystaniem. Pamiętać jednak należy, że metoda Grammar-Translation została potępiona w czambuł przez metodyków języka angielskiego, co znalazło potem swoje odbicie w podręcznikach. Obecnie przeważają różne formy tzw. podejścia komunikacyjnego (albo komunikatywnego), czyli Communicative Approach. Jako osoba pragmatyczna postawiłbym jedynie pytanie, jak kształcić tłumaczy nie korzystając z Grammar-Translation, jest to jedna temat obszerny, który wymagałby kolejnego wpisu.

Podejście komunikatywne (CA) oparte jest na zasadzie "English only". Na początku lat 90-tych XX wieku w Polsce nastąpił zachłyst tą metodą, szczególnie w kręgach metodyków, co samo w sobie jest zrozumiałe. Po dekadach odcięcia od kontaktu z żywym językiem, CA miało urok Świętego Graala. CA lansowały ze szczególnym uporem osoby, które same były uczone angielskiego raczej z wykorzystaniem metod tradycyjnych (G-T), zrywając tym samym z zasadą "what worked for me will work for you", a stawiając raczej na eksperymentowanie na żywym organizmie. Eksperymentowanie to było o tyle łatwiejsze, że nie był to organizm własny, ale uczniów i studentów.

Abstrahując już od słuszności metod i podejść w nauczaniu języka angielskiego, należy zwrócić uwagę na ogromną rozbieżność między modelem kształcenia języka, a formą egzaminowania. Jeśli przyjrzymy się podręcznikom języka angielskiego, zauważymy, że skonstruowane są one w oparciu o zasady CA. Praca z uczniem powinna więc odbywać się w języku angielskim, zasady rządzące gramatyką są marginalizowane i pełnią rolę służebną względem komunikacji, liczy się treść a nie forma. Jeśli natomiast choćby pobieżnie rzucimy okiem na arkusze egzaminacyjne Nowej Matury, natychmiast zauważymy, że polecenia sformułowane są w języku polskim, a treść i sens zadań z sekcji Wypowiedź Pisemna będą sprowadzały się w dużej mierze do... tłumaczenia na język angielski.

Napiszmy to jeszcze raz: uczymy według zasad (post)-komunikatywnego podejścia, a testujemy (po części) według zasad Grammar Translation. Szczególnie tzw. Krótka Forma Użytkowa sprowadza się w zasadzie do przetłumaczenia słynnych "czterech kropek", a w liście formalnym czy też nieformalnym (Dłuższa Forma Użytkowa) największą ilość punktów otrzymamy za ścisłe przekazanie ośmiu informacji. Jeśli chodzi o maturę na poziomie rozszerzonym, pisanie wypracowania odbywa się również na podstawie poleceń zredagowanych w języku polskim.

Z tych obserwacji możemy wyciągnąć szereg ciekawych wniosków. Po pierwsze, autorzy Nowej Matury uznali ucznia klasy maturalnej za niezdolnego do zrozumienia poleceń w języku angielskim. Co ciekawsze, istnieje ograniczona liczba typów zadań, jakie są wykorzystywane w arkuszach egzaminacyjnych, a więc twórcy Nowej Matury nie wierzą, by uczeń był stanie zapamiętać ze zrozumieniem kilkanaście standardowych formułek z poleceniami.

Po drugie, twórcy Nowej Matury wykazali się dziwną niekonsekwencją. W arkuszach egzaminacyjnych odeszli od testowania suchej wiedzy gramatycznej (czy słusznie, to temat na osobny wpis), a postawili na zadania w języku angielskim w częściach Rozumienie Słuchanego Tekstu i Rozumienie Pisanego Tekstu. Uznają więc, że zasada "English only" ma sens. Ciekawe, co było przyczyną zaprojektowania zadań do części Wypowiedź Pisemna wyłącznie w języku polskim? Być może przeważyło tchórzostwo (nie ryzykujmy wysokiej niezdawalności egzaminu), a być może była to zwykła bezmyślność (tak się komuś po prostu napisało i tak zostało). Redagowanie poleceń oraz samych zadań w języku polskim ma jednak tę konsekwencję, że uniemożliwia sprawdzanie bardzo ważnej rzeczy, a mianowicie REAGOWANIA na komunikaty w języku obcym. Pdobnie zresztą wygląda egzamin ustny – zestaw egzaminacyjny zawiera zadania zredagowane w języku polskim. Należy tylko dziękować opatrzności bożej, że sama rozmowa odbywa się w języku angielskim... 

Konsekwencje przyjęcia takiego podejścia przez CKE sięgają jednak jeszcze dalej. Autorzy podręczników szkolnych przyjęli strategię mimikry (jak najbardziej słuszną) i przygotowują podręczniki dostosowane do standardów i praktyk egzaminacyjnych. Dochodzi więc do kompletnego absurdu: uczeń klasy maturalnej, czyli osoba ucząca się angielskiego co najmniej szósty rok otrzymuje podręcznik, w którym polecenia i zadania przedstawione są w języku polskim. Zakomunikujmy to jeszcze raz prostymi słowami: podręczniki języka angielskiego nie uczą języka angielskiego, lecz przedstawiają niesamowity koktajl angielsko-polski. Ciekawie świadczy to zresztą o naszych oczekiwaniach względem ucznia kończącego szkołę ponadgimnazjalną – uznajemy go za niezdolnego do posługiwania się wyłącznie językiem angielskim, a jednocześnie chcemy, aby dokonywał niesamowitych wolt intelektualnych wcielając się w rolę tłumacza i reagował po angielsku na komunikaty przedstawione w języku polskim.

Zastanowić się trzeba, czego oczekujemy od ucznia po sześciu lub więcej latach nauki języka angielskiego. Jako osoba starająca się kierować zdrowym rozsądkiem odpowiedziałbym: "Uczeń ma swobodnie posługiwać się językiem angielskim". Myślę, że zdecydowana większość rodziców zgodzi się ze mną, a takie przekonanie opieram na wieloletnich kontaktach z rodzicami, którzy komunikują swoje oczekiwania jasno ("Ma mówić po angielsku"). Przedmiot "język angielski" nie jest od kształcenia przyszłych językoznawców, choć wiedza o zasadach gramatyki nikomu jeszcze nie zaszkodziła. Nie jest też od kształcenia przyszłych tłumaczy. Na języku angielskim mamy się uczyć posługiwania językiem angielskim, czyli wyraźania naszych myśli i poglądów, oraz reagowania na komunikaty wypowiadane przez innych ludzi. Obecny system egzaminowania stanowi zaś wielotonową kotwicę, która skutecznie uniemożliwia wprowadzenie takiego systemu kształcenia.

Powiedzmy to jeszcze raz wyraźnie: jako nauczyciel licealny nie mogę prowadzić lekcji wyłącznie po angielsku, ponieważ formuła zadań wymusza na mnie prowadzenie zajęć po polsku. Nawet gdybym upierał się przy stosowaniu zasady "English-only", zaprotestują przeciwko temu rodzice i uczniowie. Być może osoby zaangażowane bezpośrednio w proces nauczania, czy eksperci CKE nie widzą absurdu takiej sytuacji. Jednak dla mnie obecny kształt Nowej Matury jest wynikiem chorych kompromisów i niejasnej polityki językowej. Jeśli już musimy więc egzaminować uczniów na koniec szkoły średniej (co nie jest takie oczywiste), zorganizujmy egzamin z języka angielskiego wyłącznie po angielsku. Dzięki temu oczyścimy podręczniki z "koktajlu anglopolskiego" i umożliwimy ambitnym nauczycielom kształcenie wyłącznie po angielsku. Dzięki takiemu rozwiązaniu skorzystamy wszyscy. 



niedziela, 18 września 2011

Sposoby nauki języka angielskiego cz. 2 Serial historyczny The Tudors




W latach 2007-2010 amerykańska sieć telewizyjna Showtime emitowała serial historyczny "The Tudors". Kompletny serial składa się z 38 odcinków zgrupowanych cztery sezony, a poświęcony jest postaci słynnego angielskiego króla, Henryka VIII.

Król Henryk VIII był drugim władcą z dynastii Tudorów, następcą swego ojca Henryka VII. Panował w latach 1509-1547, a za jego rządów Anglia uległa radyklanej przemianie. Musimy pamiętać, że na początku XVI wieku Anglia była niewielkim krajem leżącym gdzieś na politycznych peryferiach Europy; nie posiadała silnej floty, nie liczyła się militarnie, a władza angielskiego króla obejmowała zaledwie część Wysp Brytyjskich. Henryk VIII radykalnie odmienił tę sytuację.

Kiedy w 1509 roku został koronowany jako niespełna osiemnastolatek, sytuacja finansowa królestwa była dobra, gdyż jego ojciec, Henryk VII, był władcą oszczędnym. Henryk VIII nie liczył się z pieniędzmi – chciał wzrostu i rozkwitu Anglii za wszelką cenę. Pamiętajmy, że 500 lat temu dobro kraju należyło rozumieć jako wzrost bogactwa i pozycji samego króla. Ponieważ Henryk VIII był też mężczyzną o sporych apetytach seksualnych doszło tutaj do niezwykłej sekwencji wydarzeń. Henryk VIII bardzo pragnął męskiego potomka, gdyż w nim upatrywał jedynej szansy na przetrwanie dynastii Tudorów. To pragnienie doprowadziło do serii rozwodów i małżeństw. Kolejne żony Henryka VIII to: Katarzyna Aragońska, Anna Boleyn, Jane Seymour, Anna Kliwijska, Katarzyna Howard oraz Katarzyna Parr.

Ze względu na ogromne wpływy Kościoła, nawet dla króla rozwód nie był sprawą prostą. Henryk VIII starał się unieważnić małżeństwa (Katarzyna Aragońska, Anna Kliwijska), ścinał żony za niewierność (Anna Boleyn, Katarzyna Howard), lecz zdecydował się też na krok bardzo odważny. Na fali religijnych przemian mających miejsce w Europie Henryk VIII – początkowo przeciwnik reformacji – zdecydował się na zerwanie z Rzymem i ustanowienie w Akcie Supremacyjnym tzw. Kościoła Anglii, którego głową miał być sam król. Za ten uczynek Henryk VIII został ekskomunikowany przez papieża Klemensa VII, lecz udało mu się uzyskać swobodę działania w kwestiach religinych i małżeńskich.

I tutaj wracamy do przemiany ekonomicznej Anglii, jaka miała miejsce w XVI wieku. Anglia czasów Elżbiety I, córki Henryka VIII, to już potęga militarna i ekonomiczna, która skutecznie obroniła Wyspy przed inwazją hiszpańską. Skąd taki gwałtowny wzrost? Otóż król Henryk VIII, władca ambitny i rozrzutny, po zerwaniu z Rzymem dokonał konfiskaty mienia kościelnego poprzez tzw. zniesienie zakonów, znaną też jako kasata klasztorów. Krótko mówiąc, gwałtowne wzbogacenie kasy królewskiej nastąpiło w drodze zwykłego złodziejstwa. Ponieważ zakony gromadziły dobra od setek lat, możemy domyślać się, że było ich sporo. Dzięki tej bezczelnej grabieży Henryk VIII zyskał chociażby możliwość 10-krotnego (!) zwiększania stanu floty królewskiej oraz budowania nowych zamków. Mówiąc współczesnym językiem, Henryk VIII odblokował pieniądze, które zamknięte były w kościelnych kufrach i posiadłościach, a jego zakupy i inwestycje przełożyły się na boom gospodarczy. Inną konsekwencją działań królewskich jest to, że możemy obecnie podziwiać wiele malowniczych ruin kościelnych i klasztornych rozsianych w południowej części największej brytyjskiej wyspy.

Serial "The Tudors" przedstawia te wszystkie wydarzenia śledząc panowanie Henryka VIII od przyjęcia korony do jego śmierci. Produkcja jest zrealizowana niezmiernie sprawnie, a sam scenariusz jest bardzo interesujący. Zobaczymy tu wszystko: intrygi i wojnę, miłość i zdradę, krew i seks. Wiele scen jest brutalnych lub dość śmiałych obyczajowo, lecz to przydaje tylko serialowi uroku i drapieżności. Jeśli chodzi o warstwę wizualną, niestety nie dorównuje on największym hollywoodzkim produkcjom (niekiedy zgrzebność efektów specjalnych aż skrzeczy), lecz musimy pamiętać, że jest to dzieło przeznaczone na rynek telewizyjny i DVD. Atrakcyjność takich seriali polega raczej na prezentowaniu wielowątkowej opowieści, pełnej różnych smaczków i twistów, a pod tym względem "The Tudors" można śmiało lokować w pierwszej lidze.

Na osobne potraktowanie zasługuje kwestia doboru aktorów. O ile początkowo Jonathan Rhys Meyers wcielający się w rolę Henryka VIII wzbudzał u mnie parsknięcia śmiechu, już po kilku odcinkach zaskarbił sobie moją sympatię i szacunek. W kolejnych sezonach jesteśmy świadkami starzenie się króla Henryka VIII, a Rhys Meyers nie dał plamy i udźwignął ten aspekt roli. Jedna z większych ról kobiecych przypadła Natalie Dormer grająca piekielną Annę Boleyn, jednak pozostale żony Henryka VIII oraz księżniczka Mary (Sarah Bolger) również zasługują na uznanie. Panowie na pewno będą się szeroko oblizywać, a żeńska część widowni będzie usatysfakjonowana całą menażerią różnorakich księciuniów, djuków i dworzan.

Dla osób uczących się języka angielskiego serial będzie stanowił sporą przyjemność, gdyż bohaterowie nieustannie ze sobą rozmawiają (no dobrze, w łóżku robią coś innego). Można przyswoić wiele słownictwa związanego z relacjami społecznymi, polityką, religią czy uzbrojeniem. Język jest stylizowany, więc ustawicznie będziemy słyszeć wyrażenia w rodzaju "to know the queen carnally" czy "beseech". Jednak wszelkie zabiegy stylizacyjne nie są nachalne, a sama realizacja dźwięku jest zrobiona bardzo dobrze – kwestie wypowiadane są przez aktorów czysto i wyraźnie. Musimy jednak uczynić pewne zastrzeżenie: nie należy traktować "The Tudors" jako źródła wiedzy historycznej, gdyż nie taka jest jego rola. Lecz jeśli ktoś zainteresuje się po obejrzeniu tego serialu historią rodu Tudorów, warto sięgnąc po pozycje w rodzaju "The Isles" Normana Daviesa.

Oficjalna strona "The Tudors" tutaj

"The Tudors" na YouTube tutaj




środa, 14 września 2011

Nie samym angielskim... (5)


Obcowanie z analogowym aparatem to ogromna przyjemność. Jest coś urzekającego w solidności i precyzji, z jaką wykonane są takie korpusy i obiektywy. Coraz bardziej podoba mi się praca z moim Revueflexem AC I oraz Ilfordem XP2 Super.

Wszystkie zdjęcia wykonane obiektywem Beroflex 135 mm.




[Grass 1] (fot. YEA, 2011)


[Grass 2] (fot. YEA, 2011)



[Aneta] (fot. YEA, 2011)


(Kopiowanie, przetwarzanie i jakiekolwiek wykorzystywanie zdjęć z tej strony jest zabronione.)

środa, 7 września 2011

The art and craft of building sandcastles



Whenever I find myself on a beach, I simply cannot lie down on a fluffy towel, absorb the sun and do nothing. My mind likes being entertained and all those mental processes which keep it busy cannot be switched off. There is no button inside my head which I could press to stop observing, digesting and analysing the world around me.

A good way of keeping my mind entertained is to engage myself in building sandcastles. You may say that it is a childish activity which only lets you kill time and pretend that you are doing something. One digs into the sand, either with such exquisite tools like a bucket and a spade or simply using one's hands, then one forms structures which are ethereal and will survive for only several hours. Is there a purpose in such an absurd activity? I would say that building sandcastles is one of the most challenging, and at the same time most entertaining, activities with which you can occupy your brain.

In order to build a sandcastle we need only one substance. Yes, you are right: we need sand. Technically speaking, as the dictionary on my Mac informs me, sand consists of tiny grains of worndown or disintegrated rock, mainly siliceous, which is finer than gravel. Sand is a very safe building material. It is not a brick which may fall on you foot. It is not a stone or piece of rock with sharp edges. Scorched by the hot sun, sand is clean, virtually free of germs or bacteria. And once you get to the beach, sand comes free.

There are two kinds of tools one can use to build sandcastles. If you come to the beach with your child, as I do, you are certainly equipped with the bucket and the spade. The bucket is convenient when you want to dig quickly or move a large amount of sand, but it is used not only for handling sand; sometimes you need water. Personally, I find the spade more useful: you can dig wells and trenches with it, you can shape towers or form perfectly square corners. A smaller spade works better: it is more rigid and has a shorter handle, which makes it easier for you to reach difficult places. But even those tools are not necessary because you can always make do with your own hands.

Human hands are precise instruments which can be used for a variety of tasks. With a swiping gesture you can quickly move aside dry sand and prepare the construction site. You can push and pile sand with one or two hands. When your basic structure is ready, you can pat the surfaces to flatten them or you can rub them to make them smooth. With you hands, you can form towers and turrets, or shape battlements and bridges. Hands are also perfect tools to dig wells, moats or passages. So, you don't need a bulldozer nor an excavator, a bucket nor a spade. Your own hands are enough.

Let's make it über-obvious: the amazing fact is that you need no glue, no cement, no electricity, no equipment to start building. The material is waiting, and it is easy to form and shape. Fine grains of sand will stick one to another, and this property lets us build sophisticated structures with no extra materials. We need simple tools, but they are either cheap or we carry them with ourselves. To build, we only need energy produced by our bodies. There is no need for a power plant or even electricity generators. It makes things very simple and effective, and we can start building straight away.

Although sand is a simple building material, we have to learn and understand its properties to use it effectively. I do not mean that you should go to the library of the local polytechnic and study books. Far from it. The very experience will teach you that dry sand is not useful for anything. Sand mixed with water is too liquid and cannot be used to form towers or decorative balls. You have to experiment and, sooner or later, by instinct you will discover what works best. 

There are different techniques of building sandcastles. You can make a pile of sand, pat it and then carve buildings with a spade. You work in a completely different way, namely shape various elements with your hands. You can use wet sand to model the structure by adding different elements. One of the sandcastle which Olga and I made was built mainly with balls piled carefully one upon another. I saw an interesting technique utilised by a woman who dug out one handful of almost liquid sand at a time using her hand like pincers and then let it "drip" slowly, forming towers and peaks which resembled Master Gaudi's surrealistic spires of La Sagrada Familia.

Building sandcastles may be a simple, intuitive activity. You just close you eyes (not literally, mind you) and let it flow. You can do just the opposite – open your eyes wide, look at what other people are doing, steal some ideas and use them as a springboard for your own fantasies. You may start with a carefully crafted plan (I usually determine where my "quarry" will be located) or you may choose to copy an existing building. Whatever works for you, honey-bunny.

From the social point of view, building sandcastles gives you flexibility. Some of us are not team players, but playing in a team is not obligatory, you can still build on your own. Maybe it will take a little more time, maybe you will have to put a little more effort into building. But all the pride and joy of looking at the completed structure will be entirely yours. Those social creatures who like doing everything "with somebody" will also be satisfied. What is better than digging, forming shaping, producing ornaments or collecting seashells which will be used as decorative touches? Even when you want to have the cookie and eat the cookie, i.e. if you want to keep to yourself and be part of the team, you can still take upon yourself a task which will require independence. I can translate it into simple English: grab that bucket and bring us some water!

We are not done with the social sphere yet. You may not realise this, but your own sandcastle is an expenditure of time and energy, it is an investment. As all investments, it has to be cultivated and protected. We can see the very human nature showing its claws and teeth, screaming "Mine! Mine! Mine!", even when it is in the form of a six-year old extending a hand to stop a toddler who is about to stomp on your just-emerging structure. One cannot beat the basic instinct...

Building sandcastles has educational value. First of all, it teaches you patience. Rome was not built in a day, your sandcastle will not be built in a minute. Suddenly you realise that one of your assets – apart from sand, buckets, spades and sea water – is time. To produce something astonishing, or at least intriguing, you need to spend even a couple of hours. Your reward will be all the murmurs and gasps of "look-at-this" and "that's a fine one". Most probably you will be back in your room, showering and trying to get rid of this damn building material, but your sandcastle will still produce some nods and smiles.

Another educational aspect of building sandcastles is learning a bit of physics and engineering. You will soon discover that you have to be careful while crafting a bridge or building a tower. Some things cannot be done and this has to be accepted. Physical limitations do exist and you cannot produce a skinny arch or re-create a palm tree. Each structure has its capacity and when you do something wrong, things start falling apart. You will also see how erosion and degeneration work.

Education is not always fun. You may discover to your surprise that the location of your structure was not so well-chosen. A gust of wind, a bigger wave, and you end up where you started – with a formless pile of sand. And your co-builders may suddenly become an obstacle to  completing the project: they may get tired and escape; they may lose interest; or they may have a bunch of their own ideas which completely clash with yours. Well, we call it life and these are priceless little lessons. 

But building sandcastles is something more; it lets you become an architect and builder at the same time. You can design a structure and help it come to life. You can foresee problems, plan your solutions and test them to see what works. You can modify, expand and change things, seeing the results immediately. You can test your fantasies against reality, which is a unique chance to see if the world of your dreams will survive confronted with solid, tangible matter. Isn't it entertaining enough for your brain?

And it is all about this confrontation: will solid, tangible matter beat you or will your fantasies win? You will soon discover that writing English textbooks is like building sandcastles. Your building material will be simple and plentiful: letters and words are always at your disposal. Your tools will be simple and cheap: you only need your hands and some energy to write or type. You will work on your own (if it suits you) or you will build a team (if that is what you like). You will find out that adaptation and flexibility are key to survival. And you will soon discover that time is your most precious asset.

As I wrote before, sandcastles are ethereal. They may only survive for a couple of hours or a night, but we still put effort into building them. Whatever for? The answer is simple: because it is fun. And so is writing English textbooks. Although they are ethereal things (can you name any English textbook used twenty or thirty years ago?), they are still well worth the effort. One may point out that nobody is paid for building sandcastles and it is the opposite with textbooks. Technically, it is true but if you were to ask me, I would say that it is about testing my fantasies against hard reality. Will my sandcastle (or textbook) produce some nods and gasps? Will I walk away feeling that my structure (or book) is presentable? Will somebody's kick destroy everything or will I manage to protect my little project?

You can see now that building sandcastles and writing English textbooks is the same for me. It is about the fun of starting and finishing. It is about the joy of keeping things simple and effective. It is about the pleasure of seeing my projects completed. And it is about this little confrontation: will solid, tangible matter beat me or will my fantasies win?



sobota, 6 sierpnia 2011

Materiały do części kulturowej olimpiad i konkursów językowych cz. 4


"Były sobie świnki trzy, świnki trzy, świnki trzy..."


Chciałbym polecić serię trzech książeczek wydanych przez Lonely Planet w serii "English Language and Culture": British Language and Culture, Irish Language and Culture oraz Australian Language and Culture.

Przekopywałem kiedyś Amazon w poszukiwaniu przewodników, a w podpowiedziach wyskoczyła mi książeczka British Langauge and Culture. Zaintrygowany śmiesznie niską ceną, zerknąłem sobie na nią i stwierdziłem: "A kupię sobie całą serię". Książeczki przybyły i okazały się strzałem w dziesiątkę.

Książeczki skupiają się na słownictwie, ale objaśnienia są wyjątkowo trafne i rozbudowane. W każdej książeczce można znaleźć następujące sekcje: Short History, Speaking ... English, Life & Society, Travel & Transport, Food & Drink, Sport, Entertainment, Slang, Misunderstandings, Regional Varieties oraz Regional Languages.

Przydatność serii oceniam przez pryzmat BLC. Już po pobieżnym przekartkowaniu pomyślałem sobie: "Rany, dlaczego ta książka nie wpadła mi w ręce PRZED moim pierwszym wyjazdem do Wielkiej Brytanii???" Znaleźć w niej można powszechnie używane słowa i wyrażenia, które lokują się na pograniczu języka codziennego i slangu. Co więcej, są to naprawdę te wyrazy, które napotkamy funkcjonując w Anglii. Oczywiście nie mam tu na myśli wyjazdu na wycieczkę zorganizowaną czy na kurs językowy, lecz dłuższy pobyt, kiedy będziemy zmuszeni prowadzić zwykłe życie i wejść przynajmniej w pewnym stopniu w "brytyjskość". Oprócz wyjaśnień różnych terminów, w książeczce znajdują się też ramki z dłuższymi notami (np. "Pudding on the style" czy "Naff is naff").

Zdecydowanie polecam wszelkim freakom językowym, fascynatom kultury i slangu, czy osobom planującym dłuższy wyjazd do danego kraju. Cena książeczek jest śmieszna: sugerowana cena detaliczna to 4,99 GBP, natomiast Amazon sprzedaje je jeszcze taniej, niekiedy nawet za pół ceny. Pomimo niewielkiego formatu, ilość treści jest ogromna, gdyż każda książeczka liczy ponad 200 stron.



British Language and Culture tutaj 

Irish Language and Culture tutaj 

Australian Language and Culture tutaj

A na pożegnanie piosenka w wykonaniu Szewczyka, Zientarskiego i Pijanowskiego tutaj

sobota, 30 lipca 2011

Świnia szyła, potem siała, lecz nie widziała, jak Suzy w Stolicy Apostolskiej piłowała



W języku angielskim istnieje wiele grup wyrazów, które są pozornie identyczne, lecz w błąd wprowadza nas najczęściej ich postać graficzna. Pomimo identycznej lub bardzo zbliżonej pisowni mają te wyrazy różną wymowę i odmienne znaczenia. Jedną z takich pułapek jest wyraz sow.

Przede wszystkim musimy zauważyć, że sow to tak naprawdę dwa homografy. Jednym z nich jest czasownik sow, który oznacza "siać". Jest to czasownik nieregularny (sow, sowed, sown/sowed). Zwrócmy uwagę na to, jak go wymawiamy – /səʊ/.

Drugim homografem jest rzeczownik sow, który oznacza "maciora". Wymawiamy go zupełnie inaczej niż czasownik, a mianowicie – /saʊ/.

Gdyby chodziło tylko o te dwa wyrazy, sprawa byłaby dość prosta. Niestety istnieje też homofon dla czasownika sow. Homofon jest to wyraz, który co prawda piszemy inaczej, ale wymawiamy tak samo. Tym wyrazem będzie tu czasownik nieregularny sew, czyli "szyć" (sewed, sewn/sewed), który wymawiamy /səʊ/.

Na swoje nieszczęście Polacy mają tendencję do przekręcania dwugłosek angielskich (np. pojawiających się wyżej /əʊ/ i /aʊ/). Redukujemy je do "długiego o", albo nawet do "prawie-że-polskiego o". Jeśli tak zrobimy z wyrazami sow i sew, ryzykujemy, że zabrzmią one jak "soo", a to już przypomina wyraz saw, który oznacza "piła" (słowo to zostałe spopularyzowane przez serię zabawnych filmów, która dobiła już do siedmiu części). Pamiętajmy, że czasownik saw jest również czasownikiem nieregularnym (saw, sawed, sawn/sawed). Zwróćmy uwagę, że zawiera on długą samogłoskę – /sɔː/. Zaraz, zaraz... czy to nam czegoś nie przypomina?

Ależ tak! Bezokolicznik saw jest jednocześnie homografem i homofonem dla tzw. "drugiej formy" czasownika niereguralnego see (saw, seen), który oznacza "widzieć, zobaczyć". Bohater filmów z serii "Piła" mógłby powiedzieć: "I saw John every day", a w jego ustach zabrzmiałoby to dwuznacznie, ponieważ nie wiedzielibyśmy, czy on biednego Johna tylko widywał codziennie, czy też może podpiłowuje go po trochu dla zabawy...

Jeśli jednak jesteśmy już przy czasowniku see (wypowiadamy go: /siː/), zwróćmy też uwagę na to, że on również posiada swój homograf i homofon w jednej postaci. Jest nim rzeczownik see, który oznacza "biskupstwo, arcybiskupstwo", a określenie The Holy See to nic innego niż Stolica Apostolska, czyli Watykan.

W ramach rozrywki wakacyjnej zachęcam zaś do przetłumaczenia sobie tytułowego zdania na język angielski.

czwartek, 28 lipca 2011

Co to jest "ini"?


Itsy bitsy teenie weenie yellow polka dot bikini


Pogoda za oknem przestaje nastrajać optymistycznie (leje prawie bezustannie od tygodnia), więc zajmijmy się może tematem związanym z ciepłym morzem, czyli... kostiumami kąpielowymi. Popularny dwuczęściowy kostium kąpielowy to bikini. Wymyślony został przez francuskiego projektanta Louisa Rearda, a jego nazwa pochodzi od atolu Bikini. Wyraz ten został przejęty przez język angielski, który chętnie wchłania słowa z innych języków (zapożyczenia). Bardzo ciekawe jest to, że w angielskim zapożyczenia (i nie tylko) zaczynają niejako "żyć" własnym życiem i często służą za podstawę kolejnych wyrazów. Tak też stało się z bikini.

Wyraz ten posłużył jako podstawa do tworzenia takich określeń jak tankini, monokini, seekini, czy camikini. Każdy z tych wyrazów powstał ze złożenia jakiegoś przedrostka lub rzeczownika z wyrazem bikini.
tank (top) + bikini = tankini
przedrostek mono + bikini = monokini
see + bikini = seekini
camisole (top) + bikini = camikini

Jak widać, wyłania się tutaj pewien schemat, który można prostymi słowami przedstawić tak: weź wyraz związany z ubraniem; upitol kawałek, jeśli jest zbyt długi lub składa się z dwóch elementów; odetnij "bi" lub częściej "bik" od bikini; sklej. Możemy też powiedzieć w bardziej naukowy sposób, że obserwujemy tutaj mechanizm słowotwórczy, który określa się mianem "blending", a jego rezulatatem są tzw. "morphological blends", czyli kontaminacje.

Najczęściej kontaminacje są tworami jednorazowymi, co możemy zaobserwować w takich zlepkach jak smog (smoke + fog) czy brunch (breakfast + lunch). W przypadku bikini dzieje się jednak inaczej – cząstka "-ini" zaczyna się zachowywać jak "sufix", czyli przyrostek. Nie napotkamy jej jednak w wykazie afiksów, ani nie będzie zaznaczona w słownikach jako taka, gdyż jest zbyt nowa, a jej działanie zdaje się być ograniczone. Jeśli jednak cząstka "-ini" ustabilizuje się, być może będzie morfemem słowotwórczym o znaczeniu "wchodzący w skład kostiumu kąpielowego".

Produktywność "-ini" jest zachowana, gdyż niejaki Borat spopularyzował tzw. mankini (man + bikini), czyli zabawny kostium kąpielowy dla mężczyzn. Dla muzułmanek zostało zaś zaprojektowane burquini (burqa + bikini), które idzie niejako w odwrotną stronę niż typowe bikini, gdyż jego zadaniem jest jak najwięcej zakrywać, a nie pokazywać.

W języku angielskim jest zresztą więcej takich cząstek, które niby jeszcze są fragmentami wyrazów, ale zmierzają już w stronę osiągnięcia statusu przyrostka (choćby takiego o ograniczonej łączliwości). Laurie Bauer, wielki autorytet w dziedzinie słowotwórstwa, określa takie wyrazy mianem "splinters". 

Żeby jakoś zbić ten ponury nastrój, piosenka o bikini z podtytułu – tutaj.


Kim jest profesor Laurie Bauer i czym się zajmuje – tutaj