poniedziałek, 27 września 2010

Nie samym angielskim... (2)

Wreszcie sięgnąłem po zdjęcia wykonane w zeszłym roku z Anetą, które planowałem wykorzystać w fotomontażach cyfrowych. Strój Anety zaprojektowała i wykonała Amelie. Wymiary oryginału 4000x6000 pikseli.



(grafika YEA, 2010)

* * *

Asia kolejny raz pozowała w swoim ślicznym, miętowym płaszczyku.


Asia (fot. YEA, 2010)

* * *

Sesja w pszczyńskim parku z Aliną. Mżawka mało nas nie pokonała, ale byliśmy dzielni. Nie powstrzymałem się przed wykonaniem kilku kolorowych zdjęć cyfrzakiem, lecz ważniejsze było – jak to ładnie ujęła sama modelka – "rozdziewiczanie Revueflexa".


Alina (fot. YEA, 2010 – Minolta jeszcze dycha)

Zakupionego przed rokiem antycznego, analogowego Revueflexa AC1 nigdy wcześniej nie używałem. Przeleżał się rok na półce, lecz okazał się bardzo wygodny w obsłudze, a światłomierz zadziałał w nim – o dziwo! – prawidłowo. Poniższe zdjęcia wykonane są na moim ukochanym Ilfordzie XP2 Super (film co prawda BW, ale do wywoływania maszynowego, co oszczędza mi kłopotu). Skan negatywu w labie Kodaka. Efekty bardzo się Alinie i YEA podobają :)



Alina (fot. YEA, 2010 – ob. Revuenon 55mm)




Alina (fot. YEA, 2010 – ob. Beroflex 135mm)

(Kopiowanie, przetwarzanie i jakiekolwiek wykorzystywanie zdjęć i grafik bez uprzedniego zezwolenia autora jest zabronione)

środa, 8 września 2010

Zmiany w maturze i egzaminie gimnazjalnym

Change ain't good, Léon. You know?

Równo rok temu przystępowałem do pracy z pewnym świeżo upieczonym licealistą. Ponieważ naszym celem jest zdanie matury z języka angielskiego z jak najwyższym wynikiem, podążyłem śladami Mistrza Shifu i zdecydowałem, że należy ustalić, jaki to poziom reprezentuje tenże licealista. Mówiąc prostym językiem, Młody dostał egzamin maturalny w wersji podstawowej i godzinkę czasu. Omawiając później wyniki, zaznaczyłem, że to pierwszy i ostatni raz, kiedy maturę w wersji podstawowej widzi, ponieważ zdawać będzie maturę rozszerzoną. Tydzień później odszczekiwałem swoje słowa, ponieważ zaprzyjaźniona nauczycielka licealna, anglistka–egzaminatorka, wyprowadziła mnie z błędu tymi słowami: "W tym roku była zmiana i osoby przystępujące do matury rozszerzonej musiały również zdawać egzamin na poziomie podstawowym". Ręce mi opadły...

Minął rok i sytuacja się powtarza, a ręce znowu opadają... Centralna Komisja Egzaminacyjna (CKE) z końcem sierpnia wprowadziła zmiany w egzaminie maturalnym i gimnazjalnym, i dotyczą one oczywiście języków obcych nowożytnych. Bardzo ważną informacją jest to, że zmiany dotyczą obecnych uczniów klas drugich szkół gimnazjalnych i średnich. Przyjrzyjmy się więc pokrótce tym innowacjom.

Na egzaminie maturalnym nie ma już części ustnej na poziomie podstawowym i na poziomie rozszerzonym. Jest tylko jeden egzamin ustny bez określonego poziomu, a zdawać go będą wszyscy uczniowie, niezależnie od poziomu zadeklarowanego na egzaminie pisemnym. Czas trwania egzaminu ustnego w nowej formie to 15 minut. Składa się on z: (a) rozmowy wstępnej, (b) rozmowy z odgrywaniem roli, (c) opisu ilustracji i odpowiedzi na trzy pytania, oraz (d) wypowiedzi na podstawie materiału stymulującego i odpowiedzi na dwa pytania. Jak widać, obecna formuła egzaminu jest kompilacją poprzednich egzaminów. Co ciekawe, odebrano uczniowi jakikolwiek czas na przygotowanie oraz wyrzucono z egzaminu dłuższą samodzielną wypowiedź ustną, czyli tzw. prezentację tematu oraz dyskusję z egzaminującym na temat prezentowanych zagadnień.

Zmiany wprowadzone na egzaminie ustnym pokazują przede wszystkim, że przyjęcie podziału na poziom podstawowy i rozszerzony nie jest "święty". Egzamin maturalny w dotychczasowej postaci nawiązywał do formuły egzaminów typu PET czy FCE, gdzie zdający musiał wstępnie oszacować swój zasób wiedzy i – bazując na swej intuicji czy wynikach rozwiązywanych w domu testów z lat poprzednich – dobrać odpowiedni dla siebie egzamin. CKE uczyniła wyłom w tej formule, gdyż zarówno słabi jak i dobrze przygotowani uczniowie będą zdawać jeden egzamin. Przypomina to raczej rozwiązania z egzaminu IELTS, gdzie wszyscy zdający otrzymują identyczny zestaw testowy, niezależnie od poziomu językowego. Czy jest to kierunek, w jakim CKE popchnie również maturę pisemną? Łatwo sobie wyobrazić scalenie arkuszy maturalnych w jeden lub dwa bez określonego poziomu.

Można – i należy – zadać pytanie, jakie są przyczyny takiego majstrowania przy egzaminie maturalnym. Stawiam tezę, że chodzi wyłącznie o pieniądze. Liczba osób zdających egzamin ustny rozszerzony zwiększała się, a należy pamiętać, że w poprzedniej postaci trwał on 30 minut (!). Tak więc osoba zdająca egzamin ustny podstawowy i rozszerzony "kosztowała" niejako 45 minut czasu komisji, a komisja nie pracuje za darmo. W 2012 roku, po wdrożeniu nowej formuły egzaminacyjnej, jeden zdający będzie zawsze oznaczał dla komisji 15 minut czasu pracy. Jest to faktycznie spora oszczędność i dlatego pokuszę się tu o stwierdzenie, że podobna zmiany zostaną również wprowadzone na egzaminie pisemnym.

Zmiany w egzaminie gimnazjalnym poszły... w odwrotną stronę. Egzamin do tej pory posiadał tylko jeden poziom i składał się z trzech części: odbióru tekstu słuchanego, odbióru tekstu czytanego i reagowania językowego. CKE dokonała tu ogromnej rewolucji, gdyż dla języków obcych nowożytnych wprowadzone zostało rozbicie na poziom podstawowy i rozszerzony. Przystąpienie do egzaminu na poziomie podstawowym jest obowiązkowe dla wszystkich uczniów, natomiast na poziomie rozszerzonym mają obowiązek (!) zdawać ten egzamin uczniowie, którzy w gimnazjum kontynuowali naukę języka obcego rozpoczętą w szkole podstawowej. O ile dla obydwu poziomów formuła zadań z rozumienia ze słuchu oraz rozumienia tekstów pisanych jest podobna (obowiązują wyłącznie zadania zamknięte), to znajomość środków językowych na poziomie rozszerzonym jest sprawdzana przy pomocy zadań otwartych. CKE wprowadziło też na poziomie rozszerzonym absolutne nowum – wypowiedź pisemną, czyli krótki tekst użytkowy liczący 50-100 słów

Istotne jest tutaj to, że rozróżnienie między poziomem podstawowym a rozszerzonym jest, delikatnie mówiąc, płynne. W opisie różnic między tymi poziomami CKE (str. 106 Informatora gimnazjalnego) używa następujących sformułowań "typy tekstów są bardziej urozmaicone", "teksty są nieznacznie dłuższe i o nieznacznie większym stopniu złożoności" czy "teksty sprawdzające rozumienie ze słuchu są czytane nieznacznie szybciej". Konia z rzędem temu, kto wyjaśni precyzyjnie i obiektywnie, co oznaczają słowa "bardziej" i "nieznacznie". Co oznacza "nieznacznie szybciej" – przyśpieszenie w stosunku do nagrań z poziomu podstawowego o 5%? 10%? 20%? Nie bądźmy jednak takimi sformułowaniami zadziwieni –przecież to ta sama instytucja, która przez kilka lat nie była w stanie ustalić, co liczy się jako słowo w wypracowaniu i ustawicznie zmieniała kryteria.

Jakie są konsekwencje wprowadzanych zmian? Częsciowo zdezaktualizują się książki i materiały przygotowujące do egzaminu, więc wydawcy na pewno odświeżą swoją ofertę. Pytanie, czy zdążą na czas. Częściowo zostaną zdezorientowani uczniowie i egzaminatorzy. Ci pierwsi nie będą mieli do dyspozycji wiarygodnych materiałów z lat poprzednich, które ułatwiłyby im przygotowanie do egzaminów. Tych ostatnich czekają nowe szkolenia, nowa wiedza do przyswojenia i nowy zestaw problemów i kłopotów, ponieważ nie wierzę, aby ustna matura była dopracowana choćby na 90%. Nowe zawsze niesie ze sobą zestaw niejasności i wątpliwości, więc w 2012 roku możemy oczekiwać pewnego – excusez le mot – burdelu (no, może tylko burdeliku).

Zajdą natomiast dwie pozytywne zmiany. Po pierwsze, wspólna dla wszystkich formuła egzaminu maturalnego w części ustnej ułatwi z pewnością przygotowanie uczniów, gdyż nauczyciele będą ćwiczyli ten sam typ zadań z wszystkimi uczniami. Dojść może do tego, że w klasach mieszanych, czyli takich, gdzie będą uczniowie przygotowujący się zarówno do poziomu podstawowego jak i rozszerzonego, podniesie się poziom słabszych uczniów, gdyż będą oni niejako z marszu brali udział w lekcjach, na których będzie wprowadzane czy powtarzane bardziej zaawansowane słownictwo. Uczniowie lepsi i słabsi znowu będą podążać jednym tokiem kształcenia. Po drugie, bardzo mnie cieszy wprowadzenie komponentu "pisanie" na egzaminie gimnazjalnym. Wypracowanie pojawia się co prawda w formie szczątkowej, lecz zadania otwarte, wymagające pewnej kreatywności przynoszą zawsze o wiele więcej korzyści uczniom, niż zadania zamknięte. Zwłaszcza, że zadziała tu zasada przygotowywania uczniów pod testy, więc nauczyciele, którzy dotychczas olewali pisanie (bo tego na teście, psze pana, nie ma), będą zmuszeni do zrewidowania swojego podejścia i uwzględnienia tego zagadnienia na lekcjach angielskiego.

A dlaczego ręce opadają YEA? Kształcenie odbywa się obecnie w cyklach trzyletnich (klasy I-III, klasy IV-VI, gimnazjum i liceum). Czy takie zmiany należy wprowadzać w trakcie cyklu? Jeśli chodzi o uczniów gimnazjum, o wiele uczciwsze jest poinformowanie ich PRZED rozpoczęciem kształcenia, że wprowadzenie nowej podstawy programowej pociągnie za sobą zmiany w zakresie i formie egzaminu. Oczywiście trzeba ich też poinformować dokładnie, jakie to zmiany będą. Podobnie rzecz ma się z licealistami – dlaczego CKE dokonuje nagłej, nieuzasadnionej niczym wolty w środku cyklu kształcenia? Pamiętajmy, że liceum jeszcze nie dotknęła klęska nowej podstawy programowej... Owszem, formuła egzaminów nie jest dana od Boga i YEA pochwala wprowadzanie zmian. Jednak ze względu na to, że zmiany dotykają bezpośrednio setki tysięcy ludzi powinny być wprowadzane z odpowiednim wyprzedzeniem. Elementarna uczciwość głosi – "nie zmienia się reguł w trakcie gry". To, co w sierpniu bieżącego roku ogłosiło CKE, jest może i zasadne merytorycznie, ale stanowi pogwałcenie elementarnej uczciwości gdyż zmiany wprowadzone do egzaminów gimnazjalnego i maturalnego nie są li tylko kosmetyką. Shame on you, CKE people...


Informatory obowiązujące w bieżącym roku szkolnym:
gimnazjum – tutaj
matura – tutaj
aneks do informatura maturalnego – tutaj

Informatory obowiązujące od roku szkolnego 2011/2012:
gimnazjum – tutaj
matura – tutaj

poniedziałek, 6 września 2010

Materiały do części kulturowej olimpiad i konkursów językowych cz. 3

Zosia, która pomaga mi prowadzić tego bloga, zasugerowała umieszczenie jeszcze dwóch książek w wykazie przydatnych materiałów dla osób, które chcą przygotować się do części kulturowej OJA lub innego konkursu języka angielskiego.

Collie, Joanne and Alex Martin. What’s It Like? Life and Culture in Britain Today. Cambridge University Press, 2000

Książka What’s it Like? Life and Culture in Britain Today jest znakomitym kompendium wiedzy o Wielkiej Brytanii przeznaczonym specjalnie dla nauczycieli i uczniów tzw. British cultural studies. Autorzy potrzebowali jedynie 96 stron (!), aby w sposób przyjazny i uczniowi, i nauczycielowi omówić kluczowe kwestie związane z, jak wskazuje podtytuł, życiem i kulturą we współczesnej Wielkiej Brytanii. Podtytuł okazuje się jednak mylący, ponieważ książka nie ogranicza się do zagadnień współczesnych, ale sięga również daleko wstecz (chociażby inwazja Rzymian w 43 r. n. e.). Wielką zaletą What’s It Like? jest prezentacja zagadnień, takich jak np. różnorodność akcentów, z którymi zazwyczaj zapoznajemy się dopiero studiując filologię angielską. Sama struktura rozdziałów przypomina trochę podręczniki przygotowujące do egzaminów maturalnych oraz FCE i CEA- mamy tutaj testy wielokrotnego wyboru, uzupełnianie luk, tzw. reading comprehension, rozumienie ze słuchu, itd.

Zalety:
– krótka i przyjemna w użyciu – nie zawiera przydługich tekstów encyklopedycznych
– porusza kwestie nieczęsto omawiane w szkole, a bliskie sercom młodzieży, np. historia Premier League, ulubione potrawy czy charakterystyka przedmiotów szkolnych
– struktura i organizacja materiału i ćwiczeń znana uczniom z podręczników do nauki j. angielskiego

Wady:
– do kupienia na amazon.com i bezpośrednio w Cambridge University Press

Zinn, Howard. A People's History of the United States, Abridged Teaching Edition. New Press, 2003

Historia Stanów Zjednoczonych z perspektywy political correctness, czyli widziana oczami kobiet, robotników, przedstawicieli różnych grup rasowych i etnicznych, imigrantów. Zaczynamy od Kolumba, kończymy na atakach 11 września i wojnie z terroryzmem, a po drodze niemal nieświadomie przyswajamy ogromną ilość informacji zazwyczaj pomijanych z podręcznikach historii USA – pacyfistyczne wypowiedzi Marka Twaina.

Zalety:
– książkę czyta się jak powieść. Zinn pisze z taką pasją i zaangażowaniem, że nie pozwala czytelnikowi stracić zainteresowania tematem
– całościowy przegląd udokumentowanej historii Stanów Zjednoczonych od Kolumba do chwili (niemal) obecnej
– Teaching edition, czyli wersja do nauczania historii.Każdy rozdział zawiera zastaw pytań-zagadnień od spraw bardzo ogólnych do kwestii szczegółowych. Jest również sekcja omawiająca techniki uczenia historii.
– niecodzienny punkt widzenia

Wady:
– długawa (ponad 600 stron jednak swoje waży)
– brak sugerowanych odpowiedzi (tzw. klucza)

***

Na koniec pozycja gargantuicznych rozmiarów:

Norman Davies "The Isles. A History" (2000) Macmillan Publishers Ltd.

Na osobną uwagę zasługuje książka Normana Daviesa "The Isles. A History". Jest to książka bardzo obszerna, blisko 900 stron tekstu bez dodatków, więc przebrnięcie przez nią może stanowić spore wyzwanie dla czytelnika, choćby ze względu na czas, jaki trzeba poświęcić na lekturę. Myślę więc, że jest to raczej pozycja dla osób, które myślą bardzo poważnie o studiowaniu filologii angielskiej lub po prostu kochają historię. Davies pisze w sposób zajmujący, syntezy przedstawia znakomite, a jego książka jest również kopalnią pożytecznego słownictwa. Zdecydowanie polecam także jego inne książki – warto sięgnąć choćby po "Europę", gdyż pozwoli nam taka lektura na osadzenie dziejów Anglii w szerszym kontekście.


Zalety
– obszerna i wyczerpująca historia Wielkiej Brytanii
– znakomity styl, w jakim książka jest napisana
– możliwość obcowania z tokiem myślenia jednego z najwybitniejszych historyków

Wady
– cena przekraczająca 100 złotych (choć należy pamiętać, że inwestujemy w książkę na lata)

Książkę można nabyć tutaj

I jeszcze garść linków, które zaprowadzą nas w ciekawe regiony:

Britain's Flora and Fauna – www.wildaboutbritain.co.uk
British Monarchy – www.royal.gov.uk
British Broadcasting Corporation (BBC) – www.bbc.co.uk
Cabinet Office – www.cabinet-office.gov.uk
Commonwealth Secretariat – www.thecommonwealth.org
The Church of England – www.church-of-england.org
The FA Premiership – www.fa-premier.com
Environment, Food and Rural Affairs – www.defra.gov.uk
The National Trust – www.nationaltrust.org.uk
National Statistics – www.statistics.gov.uk
Northern Ireland Executive – www.nio.gov.uk
Prime Minister’s Office – www.number-10.gov.uk
Rugby Football Union – www.rfu.com
Scottish Executive – www.scotland.gov.uk
Transport, Local Government and the Regions – www.dtir.gov.uk
UK World Heritage Site – www.ukworldheritage.org.uk
United Kingdom Parliament – www.parliament.uk
Wales Office – www.wales.gov.uk

środa, 1 września 2010

Co dalej po anglistyce? Cz. 3 – Hotel

Podziękowania dla Kasi i Asi za podzielenie się z YEA swoimi doświadczeniami.



Dwa omawiane wcześniej zawody – nauczyciela i tłumacza – były niejako naturalnymi ścieżkami kariery dla świeżo upieczonego anglisty. Określam je mianem "naturalnymi", ponieważ są to zawody wrośnięte w stereotyp społeczny i zbieżne ze specjalizacjami oferowanymi na kierunku filologia angielska. Absolwent może wybrać jednak inną ścieżkę, mianowicie może zostać pracownikiem pensjonatu czy hotelu.

Jeśli chcemy podjąć pracę w hotelowej recepcji, znajomość języka angielskiego będzie naszym ogromnym atutem. Należy pamiętać jednak, że sam angielski sprawy nie rozwiązuje. Przydaje się też znajomość francuskiego (naród z silną anglofobią), hiszpańskiego (mówią po angielsku słabo), niemieckiego (ta sama cecha co Francuzi), a niekiedy też rosyjskiego. Warto więc już w czasie studiów poinwestować w dodatkowe języki, albo przynajmniej porządnie przyłożyć się do lektoratów. Zasada jest prosta – im więcej języków umiemy, tym lepiej.

Jeśli chcemy dostać pracę w mniejszym hotelu, zajeździe czy pensjonacie, wystarczy wyszukać oferty, rozesłać CV i czekać na zaproszenie na rozmowę kwalifikacyjną. Oczywiście, szybciej dostaniemy pracę, jeśli mamy znajomych, którzy pracują w tej branży i po prostu powiedzą nam o wolnym miejscu (to akurat odnosi się do każdego rodzaju pracy). Zazwyczaj nikt nie da nam pracy na czas nieokreślony od razu, więc najpierw czeka nas okres próbny, a później dostaniemy umowę terminową. Pamiętajmy, że duże hotele i sieci hotelowe nie wpuszczą osoby bez doświadczenia na recepcję, więc musimy popracować najpierw na innym, niższym stanowisku, lub zdobyć doświadczenie w małym hoteliku. Znajomość funkcjonowania hotelu bardzo nam się zresztą przyda, więc warto rozważyć wyjazd do Anglii na kilka miesięcy lub rok, by popracować choćby w "housekeeping". To już zawsze jakieś doświadczenie, a zarobki trochę lepsze niż w Polsce.

Co powinien recepcjonista potrafić i lubieć? Zacznijmy od konkretnych umiejętności i obowiązków. Jak poinformowała mnie Kasia, praca recepcjonisty to "praca głównie papierkowa". Do naszych obowiązków będzie należało przyjmowanie rezerwacji (musimy umieć obsługiwać program recepcyjny), wystawianie faktur i rachunków, być może też udzielanie odpowiedzi na maile. Będziemy też obsługiwać klienta bezpośrednio, czyli czeka nas wydawanie i odbieranie kluczy, odbieranie telefonów, udzielanie wszelkich informacji. Pamiętajmy, że większość naszych hotelowych gości raczej NIE będzie pochodzić z krainy Szekspira, więc okazji do zabłyśnięcia naszym wspaniałym angielskim nie będziemy mieli zbyt wiele. Zdarzyć się jednak może, że będzie bardziej skomplikowana sytuacja, albo trzeba będzie wytłumaczyć coś dokładniej klientowi i wtedy nasze filologiczne wykształcenie okaże się jak najbardziej na miejscu. W mniejszym hotelu czy zajeździe, przydatna będzie znajomość "Business English", ponieważ będziemy musieli porozumieć się z klientem w sprawie faktury, czy umowy zawieranej z zagranicznymi klientami. Oczywiście w dużym hotelu to już nie jest sprawa recepcji.

Co musimy lubieć? Przede wszystkim, pracę na zmiany, gdyż recepcja jest przeważnie czynna 24/7. Fakt ten ma dalsze konsekwencje: konieczność pracy w weekendy i święta, co oznacza, że nasi przyjaciele i znajomi będą się cieszyć wolnym czasem, a my będziemy pracować, pracować, pracować... Musimy też posiadać spore zdolności organizacyjne, by nie gubić się w natłoku spraw do załatwienia. Często będziemy pracowali pod presją czasu, gdyż trzeba będzie choćby rozlokować w hotelu sporą grupę osób, albo pomóc przy organizacji konferencji czy dużej rodzinnej imprezy. Jeśli chodzi o cechy osobiste, recepcjonista powinien wykazywać się bezbrzeżną cierpliwością, uprzejmością i taktem, ponieważ nie wszyscy klienci są mili i uprzejmi. Niekiedy będziemy słyszeć to samo pytanie milion razy dziennie, albo klient będzie zachowywał się względem nas niegrzecznie czy wręcz agresywnie. Musimy wtedy rozładować i wyjaśnić sytuację, i to jeszcze z uśmiechem na twarzy. Właściciel hotelu nie płaci nam bowiem za okazywanie własnych nerwów, lecz za profesjonalne reprezentowanie firmy przed klientem.

Wróćmy jeszcze na chwilę do samej znajomości angielskiego. Praca w hotelu nie przedstawia sama w sobie przeraźliwie wysokich wymagań, jednak będziemy musieli sporo douczyć się sami. Warto więc wybrać specjalizację z Business English (nauczymy się arcyważnego słowa "invoice"!), a oprócz tego we własnym zakresie postudiować podręcznik do "hotelarskiego" angielskiego. Inną, ciekawą opcją to studia na kierunku lingwistyka stosowana, gdzie niektóre uczelnie oferują możliwość nauki dwóch lub nawet trzech języków obcych na raz.

----------

Poprzednie wpisy z cyklu "Co dalej po anglistyce?"

Cz. 1 Nauczycielem być tutaj

Cz. 2 Tłumaczymy tutaj

niedziela, 29 sierpnia 2010

Out of sight, out of mind

Kiedy znajdziemy się w Anglii, a już szczególnie w Londynie, uderzy nas obfitość. Zamiast jednolitej bladości na ulicach, wiele tu odcieni skóry. Style budownictwa również przemieszane solidnie. Na drogach wszystkie możliwe marki i modele samochodów. Po pewnym czasie przestaniemy jednak dostrzegać, że ta obfitość maskuje pewne braki...

W sklepie i supermarkecie nie przyłapiemy nigdy kasjerki na braku drobnych do wydawania reszty. A już w żadnym wypadku nie usłyszymy sakramentalnego pytania: "A jest może te 21 pensów? Albo lepiej, ten funt dwadzieścia jeden?" Klient ma w sklepie wręczyć należność w dowolnej formie, a od wydawania reszty jest kasjerka, która przygotowana jest do tego opowiednio przez sklep: codziennie rano dwie panie przeciągają przez halę sejf, w którym znajdują się pieniądze, w tym i drobniaki, i "nabijają" każdą kasę. A jak drobniaki się kasjerce skończą, to wzywa ona menadżerkę i natychmiast dostaje odpowiednią porcję monet. Klient płacący kartą może poprosić o tzw. "cashback", czyli wypłatę gotówki ze sklepowej kasy i nic nie stoi na przeszkodzie, żeby otrzymać żądaną kwotę choćby w postaci jednopensówek. Sam często prosiłem o jednofuntówki, bo takie monety były mi potrzebne. Problemów żadnych nie było – "Nasz klient, nasz per pan!"

W supermarkecie nigdy nie zostaniemy "wygonieni" z kasy. W Polsce obowiązuje taki zwyczaj, że kasjerka szybciutko przerzuca towar po towarze i przebiera niemalże nogami, żebyśmy już-już się spakowali, zapłacili i wynieśli. W Anglii tak nie ma. Kasjerka czeka grzecznie aż się spakujemy i dopiero, gdy rzucimy "Bye-bye" wyciągnie rękę po towar następnego klienta. Możemy się guzdrać i guzdrać, a ona ani jednym gestem nie zasygnalizuje zniecierpliwienia, ani nie spuści z nas oka. Dopóki nie odejdziemy od kasy, jesteśmy jej klientem i to tym najważniejszym.

W Anglii nie zobaczymy krawężnika przy przejściu dla pieszych, który będzie sporym stopniem utrudniał przejazd dziecięcym wózkiem. Krawężnik jest zrównany z poziomem jezdni, a na dodatek kilka płyt przylegających do niego jest uformowanych tak, że mają wystające guzki. Ot tak, dla bezpieczeństwa, żeby ktoś nie ześlizgnął się przypadkiem na jezdnię.

W całej masie kolorów i strojów nie zobaczymy księdza w sutannie i koloratce. Nie zobaczymy też zakonnicy w habicie. Owszem, Anglia nie jest krajem katolickim, więc prawdopodobieństwo natknięcia się na osoby duchowne jest samo w sobie niewielkie, niemniej jednak konia z rzędem temu, kto widział autentycznego księdza.

Na stoisku owocowo-warzywnym znajdziemy w Tesco czy Sainsbury's wszystkie owoce świata. Melony w pięciu kształtkach, pomidory srakie i owakie, truskawki zawsze idealnie świeże. Wybór jest niesamowity, nieprawdaż? No to spróbujmy kupić... porzeczki. Zwykłe czerwone, albo czarne porzeczki. Okazuje się, że ten znany nam doskonale z Polski owoc jest dostępny tylko w postaci dżemu i soków. W postaci nieprzetworzonej nie występuje.

Przyjemne jest to, że w Anglii nie ma typowych blokowisk. Owszem, zdarzy się punktowiec, albo blok, który będzie plątaniną poziomów i korytarzy, ale nie ma tych monstrualnych zagród dla trzody ludzkiej, gdzie setki ludzi poukładane są w pionie i poziomie w mikroskopijnych mieszkankach.

A jeśli już mowa o mieszkaniach, powierzchnia naszego lokalu pozostanie dla nas zawsze tajemnicą. Liczy się tylko to, ile jest sypialni. I nie ważne, czy mają one powierzchnię równą boisku do kosza, czy chusteczki do nosa. Trzy sypialnie to więcej niż dwie, i koniec. A kto by sobie zawracał głowę metrami czy stopami kwadratowymi...

Jeśli zaś chodzi o zachowania społeczne, to warto zwrócić uwagę na to, że Anglicy... nie wpadają na innych ludzi. Polacy wpadają na siebie na ulicy, przepychają się, zawadzają o siebie wózkami sklepowymi, natomiast osobnikom należącym do nacji żyjącej za Kanałem Le Manche chyba wszczepiają przy urodzeniu mikroradar albo inną echosondę. Anglik idący z naprzeciwka da kroczek w bok odpowiednio wcześniej, aby tylko nie cię potrącić. Jeśli miałby zawadzić o ciebie przepychając się, zatrzyma się i poprosi o zrobienie przejścia. Oczywiście, w miejscach odwiedzanych przez turystów zostaniemy z pewnością popchnięci przez różne rozlazłe ciapy, ale na pewno nie będą to tubylcy. Ciekawe jest zresztą to słowiańskie upodobanie do kontaktu fizycznego. A podobno im dalej na wschód, tym gorzej – Joanna Chmielewska opisywała paskudne zwyczaje Rosjan, którym wsio rawno, że wiszą na kimś, albo przyciskają się do kogoś choć miejsca w koło w bród.

Anglicy dbają też o bezpieczeństwo pojazdów, które przemieszczają się autostradami i drogami szybkiego ruchu. I wcale nie chodzi tu o stawianie radarów gdzie popadnie – tych akurat zaczynają się pozbywać! – albo bezsensowne obniżanie dopuszczalnych prędkości. Przy angielskiej drodze nie zobaczymy spiętrzenia bilbordów, ani tym bardziej paskudnych i szalenie niebezpiecznych ekranów telewizyjnych, na których emitowane są ruchome filmiki. W mieście, gdzie mieszkam, jest takich gówien kilka, a osoba, która wydała zgodę na ich postawienie powinna zostać oskarżona w prokuraturze o świadome spowodowanie zagrożenia życia ludzkiego. W Anglii traktuje się drogę jako miejsce, gdzie ma się odbywać szybko i BEZPIECZNIE ruch samochodowy, więc takich rozpraszaczy nie znajdziemy. Owszem, w Londynie czy w miastach bilbordy są, ale tam się już raczej stoi w korkach, więc przy ślamazarnym ruchu taka przydrożna reklama nie przeszkadza. Inna sprawa zresztą, jak te bilbordy wyglądają... U nas reklamy są malutkie, upstrzone milionem napisów, nieczytelne i brzydkie. W Anglii reklamy są wielkie, często oparte na dowcipnym skojarzeniu, atakują jednym słowem czy sloganem. Ale to już temat na osobny wpis.

O takich brakach jak nieobecność śniegu, nieobecność zatyczek w umywalkach z dwoma kranikami, czy nieobecność chleba w marketach (bo gumowe tostowce to nie chleb), już się nawet nie chce pisać, bo to oczywiste oczywistości.


P.S. 1 Powiedzenie zawarte w tytule można luźno objaśnić – "invisible maniac" :)
P.S. 2 Skąd pochodzi zdanie cytowane w drugim akapicie – "Nasz klient, nasz per pan!"? Wie ktoś?

środa, 11 sierpnia 2010

Materiały do części kulturowej olimpiad i konkursów językowych cz. 2

W tej części omawiam materiały anglojęzyczne, które poświęcone są tylko Wielkiej Brytanii lub tylko USA. W zestawieniu umieściłem książki Andrzeja Diniejki, które co prawda są nieosiągalne w zwykłej sprzedaży, jednak można – i naprawdę warto! – poszukać ich w bibliotekach lub próbować "zapolować" na nie w komisach czy na Allegro.


4. Materiały poświęcone Wielkiej Brytanii i Irlandii

Andrzej Diniejko "English Speaking Countries 1 - Intoduction to the United Kingdom of Great Britain and Ireland and the Republic of Ireland" (1999), WSiP

Bardzo dobrą pozycją poświęconą Zjednoczonemu Królestwu oraz Republice Irlandii jest książka Andrzej Diniejki o bardzo długim tytule "English Speaking Countries 1 – Intoduction to the United Kingdom of Great Britain and Ireland and the Republic of Ireland". W części poświęconej Wielkiej Brytanii autor przedstawia szczegółowo naród, historię, instytucje, gospodarkę, system edukacji, kulturę oraz styl życia i sport. Druga część książki poświęcona jest Irlandii, ale pomimo podobnego układu jej zawartość jest o wiele skromniejsza niż części brytyjskiej. Książka została przez autora uaktualniona w 2009 roku. Niestety pozycja ta jest ciężko osiągalna w formie drukowanej, ponieważ ukazała się nakładem WSiP w 1999 roku i od tej pory nie jest wznawiana. Na szczęście istnieje w formie pliku PDF – doradzam przeszukanie strony Chomikuj.pl.

Zalety:
– zawiera omówienie dwóch krajów: Wielkiej Brytanii oraz Irlandii
– uwzględnia gospodarkę oraz wiele zagadnień społecznych
– zawiera ramki z wyjaśnieniem trudniejszych wyrazów oraz mini-testy

Wady
– w postaci drukowanej osiągalna tylko w bibliotekach


Roman Ociepa "United Kingdom at a Glance" (2009), ParkEdukacja tutaj

Książka "United Kingdom at a Glance" napisana została przez autora tego bloga. Jest to jedna z najświeższych i najaktualniejszych pozycji na rynku poświęconych Wielkiej Brytanii. Książka zawiera 100 tekstów poświęconych m. in. geografii, historii, językowi angielskiemu, florze i faunie, instytucjom politycznym, ważnym miejscom, kulturze, sportom, słynnym pisarzom oraz życiu codziennemu. W założeniu jest to książka "pierwszego kontaktu", która może służyć jako leksykon, gdyż teksty są krótkie i mogą być przerabiane w dowolnej kolejności. Można też książkę wykorzystać jako podręcznik realioznawstwa brytyjskiego i zapoznawać się systematycznie z kolejnymi sekcjami. Każdemu tekstowi towarzyszy powiązany z nim zestaw 3-4 ćwiczeń leksykalnych.

Zalety
– kompleksowe omówienie zagadnień związanych z Wielką Brytanią i Irlandią Północną
– zawiera zestawy ćwiczeń leksykalne z kluczem
– cena w księgarniach nie przekracza 40 złotych

Wady
– nieuwzględnienie niektórych ważnych tematów, np. systemu edukacyjnego


David McDowall "An Illustrated History of Britain" (1989), Longman tutaj

Ponad 20 lat temu wydawnictwo Longman opublikowało książkę Davida McDowalla "An Illustrated History of Britain". Jak na książkę, która prezentuje historię Wielkiej Brytanii od czasu prehistorycznych do roku 1987, jest to pozycja o stosunkowo niewielkiej objętości – niewiele ponad 180 stron (a trzeba pamiętać, że książka jest bogato ilustrowana). McDowall używa stosunkowo prostego języka, a same zagadnienia hisotryczne, geograficzne i społeczne prezentuje w sposób żywy i ciekawy. Książka jest wykorzystywana od wielu lat jako podstawowy podręcznik historii Wielkiej Brytanii w kolegiach nauczycielskiech oraz filologiach.

Zalety
– książka napisana prostym, przystępnym językiem
– tematyka uwzględnia takie zagadnienia jak życie codzienne czy wynalazki
– niewielka objętość (jak na książkę poświęconą historii Wielkiej Brytanii)

Wady
– wysoka cena (prawie 70 złotych)



Paul Harvey, Rhodri Jones "Britain Explored" (1992), Longman

"Britain Explored" to niewielka książka (176 stron), która stara się przybliżyć osiemnaście zagadnień, koncentrując się głównie na geografii, zagadnieniach politycznych i gospodarczych oraz życiu codziennemu na terenie Wielkiej Brytanii. Na każde zagadnienie składa się 4-6 stron omówienia tematu, jedna strona z ćwiczeniami do nagranej wypowiedzi oraz jedna strona pytań podsumowujących. Książka jest bogato ilustrowana, wiele w niej tabelek, map, wykresów, diagramów i ilustracji.

Na rynku dostępne jest obecnie "Britain Explored. New Edition" wydane w 2002 roku i do niego kieruje link


Zalety
– prosty i przystępny język
– diagramy i tableki dają możliwość ćwiczenia opisów "informacji wizualnej"
– dużo pytań do tekstów, zapis nagrań

Wady
– bardzo wysoka cena nowego wydania (prawie 80 złotych)


5. Materiały poświęcone USA

Andrzej Diniejko "English Speaking Countries. An Introduction to the United States of America" (2005), Egis Sp. z o.o.

Andrzej Diniejko po kilku latach od wydania "English Speaking Countries 1..." napisał podobną książkę poświęconą USA, w której omawia szczegółowo podstawowe aspekty realioznawcze: geografię, historię, instytucje, gospodarkę, etc. Niestety pozycja ta jest ciężko osiągalna w formie drukowanej, ponieważ ukazała się nakładem wydawnictwa Egis Sp. z o.o. w 2005 roku i od wyczerpania nakładu nie jest wznawiana.

Zalety:
– zawiera pełne omówienie zagadnień związanych z USA
– informacje są w miarę aktualne, gdyż książka została wydana w 2005 roku
– zawiera mini-testy

Wady
– w postaci drukowanej osiągalna tylko w bibliotekach


Bryn O'Callaghan "An Illustrated History of the USA" (1990), tutaj

Książka O'Callaghna "An Illustrated History of the USA" pojawiła się na rynku równe 20 lat temu. Jej rozwiązania i szata graficzna są zbliżone do książki Davida McDowalla "An Illustrated History of Britain": prosty język, przystępnie podane tematu, szeroki zakres tematyczny, wiele mapek i ilustracji. Autor rozpoczyna od przedstawienia rdzennych mieszkańców kontynentu północnoamerykańskiego, a kończy w 1988 roku. Książka jest wykorzystywana od wielu lat jako podstawowy podręcznik historii USA w kolegiach nauczycielskiech oraz filologiach. Niestety, przesadzona jest cena – za 69,90 PLN otrzymujemy książkę o objętości 144 stron (w co wydawca wlicza też spisy treści oraz indeks!).

Zalety
– książka napisana prostym, przystępnym językiem
– liczne ramki, w których omówione są szczegółowo ważniejsze wydarzenia i pojęcia
– niewielka objętość

Wady
– wysoka cena (prawie 70 złotych)

W trzeciej części omówienia rekomendacje jeszcze kilku pozycji anglojęzycznych oraz linki.

poniedziałek, 9 sierpnia 2010

Materiały do części kulturowej olimpiad i konkursów językowych cz. 1

Wakacje na półmetku, zbliża się powoli rok szkolny, a wraz z nim czas olimpiad i konkursów językowych. Poniżej przedstawiam więc krótki przegląd materiałów, które mogą być przydatne w przygotowaniach do części kulturowej.

1. Przewodniki z serii DK Eyewitness Guide

Umieszczenie tych pozycji na samym początku listy może stanowić pewne zaskoczenie dla Czytelnika, ale uważam je za cenne źródło informacji. Każdy przewodnik zawiera nie tylko systematyczny przegląd geografii danego kraju, ale również znajdziemy w nim sporo informacji na temat historii, świąt narodowych, czy ważniejszych miejscach i budowlach. Ważnym elementem przewodników DK Eyewitness Guide jest doskonała oprawa wizualna, czyli kolorowe plany miast, przekroje ważniejszych budynków, plany posiadłości i parków, itd.

Zalety:
– niewygórowana cena na Amazonie (ok. 10 funtów za jedną książkę)
– kopalnia informacji nt. geografii
– wspaniałe ilustracje i diagramy

Wady
– wersje angielskie trzeba sprowadzić z zagranicy

DK Eyewitness Travel Guide: Great Britain tutaj
DK Eyewitness Travel Guide: USA tutaj
DK Eyewitness Travel Guide: Ireland tutaj


2. Przewodniki z serii Lonely Planet

O ile przewodniki z serii Lonely Planet nie są tak atrakcyjne wizualnie jak przewodniki DK Eyewitness Guide, zawierają one jednak o wiele więcej informacji faktograficznych. Perełką samą w sobie jest początkowa część każdego przewodnika, która zawsze zawiera bardzo szczegółowe rozdziały "History", "The Culture", "Arts", "Food & Drink" i "Environment". Reszta przewodnika nie jest już tak atrakcyjna, ale znajdziemy w nich sporo mapek miast, ciekawych ramek z dodatkowymi objaśnieniami, czy wprowadzenia do poszczególnych regionów kraju.

Zalety:
– niewygórowana cena na Amazonie (ok. 10 funtów za jedną książkę)
– kopalnia informacji nt. geografii
– świetna część "kraj w pigułce"

Wady
– wersje angielskie trzeba sprowadzić z zagranicy

Great Britain (Lonely Planet Country Guide) tutaj
USA (Lonely Planet Multi Country Guide) tutaj
Ireland (Lonely Planet Country Guides) tutaj


3. Pozycje poświęcone Wielkiej Brytanii oraz USA

Christopher Garwood, Guglielmo Gardani, Edda Peris "Aspects of Britain and the USA" (1992), OUP tutaj

Atrakcyjną pozycją jest "Aspects of Britain and the USA". Książeczka liczy sobie niewiele ponad 90 stron formatu A4 i podzielona jest na osiem sekcji: The British People, The Geography of Britain, British History, British Institutions, The American People, American Geography, American History, American Institutions. Na końcu znajdują się też dwa krótkie rozdziały Commercial, Economic and Political Institutions oraz The English Language. Teksty zamieszczone w tej książce są niedługie, a napisane są prosty, przystępnym językiem. Książka nadaje się idealnie dla konkursowiczów z gimnazjum lub dla licealistów przygotowujących się do OJA w ostatniej chwili. Niestety nie zawiera ona żadnych informacji z zakresu literatury czy szeroko rozumianej sztuki.

Zalety
– dostępna w Polsce
– książka poświęcona Wielkiej Brytanii i USA
– przejrzysta organizacja materiału, krótkie teksty

Wady
– wysoka cena jak na taką objętość (kosztuje ponad 60 złotych)

"Oxford Guide to British and American Culture" 2nd edition (2005), OUP tutaj

Przygotowując się do konkursu językowego lub olimpiady warto mieć pod ręką leksykon "Oxford Guide to British and American Culture". Ułożony jest on w układzie alfabetycznym i zawiera notki poświęcone miejscom, osobom, instytucjom, pojęciom i wydarzeniom związnym z historią, literaturą, sztuką, zwyczajami, geografią, sportem i życiem codziennym krajów anglojęzycznych. Warto zauważyć, że leksykon nie ogranicza się tylko do kultury "wysokiej", znajdziemy więc w nim też takie hasła jak "Arnold Schwarzenegger", "The Rolling Stones" czy "Garfield" (sic!). Niestety objętość książki – ponad 10,000 haseł zawartych na blisko 600 stronach – sprawia, że nie jest to materiał nadający się do systematycznego przerobienia (choć może trafi się cyborg, który odważy się na to...).

Zalety
– dostępna w Polsce
– uwzględnia zarówno kulturę wysoką jak i masową
– wiele dłuższych haseł i osobne artykuły, które szczegółowo prezentują zagadnienia

Wady
– wysoka cena (kosztuje ponad 100 złotych)


"Longman Dictionary of English Language and Culture". 3rd edition (2005), Longman tutaj

Podobną pozycją do prezentowanej wyżej jest "Longman Dictionary of English Language and Culture". Zawiera on ponad 15,000 haseł kulturowych, które poświęcone są geografii, historii, kulturze (także masowej) oraz sztuce, Integralną częścią książki jest zwykły słownik języka angielskiego, który liczy sobie ok. 80,000 wyrazów. Warto zastanowić się, czy zakupić ten słownik, który jest pozycją typu "dwa-w-jednym" (cena rekomendowana 129,90), czy kupować osobno słownik językowy i "Oxford Guide...", gdzie ten ostatni kosztuje ponad 120 złotych. Z własnego doświadczenia wiem, że "Longman Dictionary..." wystarczał mi jako słownik monojęzyczny na studiach magisterskich.

Zalety
– dostępna w Polsce
– uwzględnia zarówno kulturę wysoką jak i masową
– zawiera porządny, obszerny słownik języka angielskiego (English-English)

Wady
– wysoka cena (kosztuje ponad 100 złotych)

W kolejnym wpisie przedstawię materiały poświęcone Wielkiej Brytanii i USA.

piątek, 6 sierpnia 2010

Puby

Reality is an illusion that occurs due to lack of alcohol (wyryte na belce w pubie The Boot, Bracknell)


Rzeczą, która podoba mi się najbardziej w angielskich pubach jest luz. Obsługa jest przeważnie spokojna i nienachalna, klienci nie deptają się przy kontuarze, ludzie są względem siebie neutralnie uprzejmi. Współczesny pub to miejsce, gdzie może przyjść każdy, nawet matka z dzieckiem. Nie zawsze jednak bywa w pubie spokojnie – właśnie w Anglii byłem świadkiem knajpianego mordobicia. Ot, trzech panów poszarpało się przy automatach do gry, jeden wylądował na podłodze, obsługa nawet nie wychyliła się zza baru. Po prostu lokalny folklor zaznaczył swoją obecność...

Przybysza z Polski mogą zadziwić różne pubowe fakty i zwyczaje. Przyzwyczajeni jesteśmy do tego, że w naszym kraju królują lokalne marki piwa, tj. Tyskie i Żywiec. W Anglii zobaczymy wszędzie znaki australijskiego Fostersa i belgijskiej Stelli Artois. Picie tych masowo produkowanych lagerów zdecydowanie odradzam, gdyż to licencyjne "podróby" w rodzaju Heinekena rozlewanego w Polsce. Na szczęście sytuację ratuje sztandarowy produkt irlandzki, czyli Guinness typu "draught" (lany). Piwo to ma przeważnie w pubie swój osobny "kij", a procedura lania go do szklanki ma sześć etapów: barman winien chwycić szklankę opierając palec wskazujący w połowie jej wysokości, szklankę następnie nachylamy pod kątem 45° i wlewamy piwo, powoli prostując szklankę. Kiedy piwo sięgnie górnej krawędzi szklanki, barman odstawia szklankę i pozwala, aby piwo osiadło. Tworzy się wtedy pianka o kremowej konsystencji ("creamy head"). Kiedy piwo osiadło, barman dolewa kolejną porcję, lecz tym razem odpycha wajchę od siebie. Klient dostaje swoją pintę piwa i powinien ją wypić w odpowiedni sposób – szklankę należy podnieść wysoko, a następnie – by użyć słów głównego piwowara browaru Guinness – "zrywamy pieczęć" ("break the seal"), czyli wypijamy pierwszy łyk, pozwalając by pod nosem osiadła nam biała pianka. Pamiętajmy ten rytuał: (1) the glass, (2) the 45-degree angle, (3) the pour, (4) the purge and settle, (5) the top-up, (6) the presentation and savour. Pamiętajmy też, że Guinness to zwykle najdroższe lane piwo w pubie...

Samo nalewanie piwa w Anglii różni się znacznie od tego, do czego przywykliśmy w Polsce. Naszym zwyczajem jest lanie piwa "do kreski". Angielski barmana przeważnie zignoruje wszelkie oznaczenia na szklance i naleje nam ukochanego napoju bardzo hojnie, aż się będzie wylewał i ściekał po szklance. Wytarciem szklanki barman już nie będzie sobie najczęściej głowy zawracał, więc musimy ją zanieść do naszego stolika ostrożnie w wyciągniętej ręcej. Sytuacja się komplikuje, kiedy mamy kilka szklanek w ręce, a kilka już spożyliśmy... Może to jest przyczyna, dla której większości klientów przychodzi do pubu ubranych niedbale? Ciekawym obyczajem jest też niedopijanie piwa do końca. Miejscowi przeważnie zostawiają centymetr albo pół napoju na dnie szklanki i zamawiają kolejną pintę.

W pubie można kupić nie tylko piwo. Przeważnie jedna wajcha przy barze służy do nalewania cydru ("cider"), który jest niczym innym jak przefermentowanym sokiem jabłkowym. Bardzo popularny w pubach jest "Strongbow". Cydr idealnie pasuje do klimatu angielskiego, gdyż świetnie gasi pragnienie. W pubie można też spróbować "shandy", czyli piwa mieszanego z napojem gazowanym, np. Sprite'em. Zamawiając shandy wybieramy rodzaj piwa, barman nalewa pół szklanki, a następnie dopełnia ją używając węża z końcówką podobną do wylewki prysznicowej. Shandy bardzo dobrze gasi pragnienie i, rzecz oczywista, ma niską zawartość alkoholu. Ponieważ puby starają się dogodzić wszelkim gustom, dostaniemy też tradycyjne, butelkowane ale, piwa importowane (tak, można kupić polskie!), jak również wino białe i czerwone. Polecam spróbować szkockie piwo "Innis & Gunn", które leżakuje w dębowych beczkach. Smak naprawdę niesamowity! Niestety, to co wypijemy, później musimy wysikać, a wizyta w toalecie może przyprawić o zgrzyt zębów: panowie mają do dyspozycji śmierdzącą ściankę i wspólne sikanie... I tak było we wszystkich pubach, które do tej pory odwiedziłem.

Pub to miejsce, gdzie możemy względnie tanio zjeść. "Względnie tanio" oznacza to, że danie będzie kosztować mniej niż 10 funtów. W typowym menu znajdziemy hamburery różnych rozmiarów i kanapki, a także brytyjskie klasyki w rodzaju "fish'n'chips", czy "bangers and mash". Jedzenie w pubie bardzo często przyrządzane jest z mrożonek, ale konia z rzędem temu, kto się na tym pozna. Zazwyczaj zamawiamy jedzenie przy barze, a następnie obsługa przynosi nam je do stolika. Pierwsze zderzenie YEA z tym systemem wyglądało tak, że na pytanie "Which number?" YEA zrobił wielkie oczy... Chodziło oczywiście o numer stolika, do którego miała trafić zamawiana potrawa. Od tego czasu YEA wie, że przed podejściem do baru trzeba zerknąć na blaszkę przymocowaną do blatu. Pamiętajmy też, że frytki jemy z... octem. Wydawać się to może szokujące, ale w takiej kombinacji smakują całkiem nieźle.

Na koniec o jeszcze dwóch ciekawych zwyczajach. W pubach należy zachować spokój, kiedy nagle rozlegnie się straszliwy brzęk. To po prostu personel tłucze szklanki, które są ubite. Wychodzą takie szklanki ze zmywarki do naczyń, a barman wyciera i niepełnosprawnymi pizga do pojemnika. Szczęka mi opadła w zachwycie, kiedy to pierwszy raz zobaczyłem i nie ukrywam, że chętnie bym zastąpił w takiej chwili barmana. Zapłaciłbym nawet, byle tylko wytłuc bezkarnie kilka szklanek! A jeśli już o płacenie chodzi, pamiętajmy, że w pubie raczej nie dajemy napiwków, choć zdarzają się osoby, które kupią barmanowi czy barmance piwo. Miły to gest względem obsługi, która najczęściej otrzymuje minimalną stawkę za godzinę pracy.



Więcej na temat lanego Guinnessa tutaj

Szkockie piwo "Innis & Gunn" tutaj

środa, 4 sierpnia 2010

Stacjonarne, niestacjonarne czy po prostu studia?

Jeśli decydujemy się na studiowanie w Polsce, mamy do wyboru jedną z dwóch ścieżek: studia stacjonarne (zwane też "dziennymi") oraz niestacjonarne, czyli dawne zaoczne i wieczorowe. Jedną z podstawowych różnic między tymi formami studiowania jest to, że zgodnie z przepisami uczelnia może zredukować na studiach niestacjonarnych wymiar godzin dydaktycznych do 60% wymiaru godzin przewidzianych dla studiów dziennych. Ponieważ nauka na studiach niestacjonarnych odbywa się najczęściej w formie zjazdów weekendowych, uczelnie masowo korzystają z tej możliwości obniżenia wymiaru godzin. Dzieje się tak, gdyż ważną rolę odgrywają względy lokalowe (gdzieś trzeba tych studentów pomieścić), czasowe (w roku akademickim jest stała liczba sobót i niedziel) oraz kadrowe (mniejsza liczba godzin oznacza mniejszą liczbę nauczycieli akademickich). Z tych oto powodów student niestacjonarny ma najczęściej o 40% godzin zajęć mniej niż student stacjonarny, pobierający naukę na tym samym kierunku.

Ponieważ rozporządzenie Ministra Nauki i Szkolnictwa Wyższego regulując sprawę standardów kształcenia ustala także minimalną liczbę godzin zajęć, wydaje się oczywiste, że dla tworzącego to rozporządzenie ważne było, że dla wyedukowania studenta niezbędna jest pewna minimalna liczba godzin, kiedy to student zetknie się bezpośrednio z wykładowcą. Dlaczego jednak stworzono podwójny standard, inny dla studiów stacjonarnych, a inny dla niestacjonarnych?

Rozporządzenie MNiSzW zawiera następujące sformułowanie: "Plan studiów i program nauczania realizowany na studiach niestacjonarnych, zapewnia nabycie tej samej wiedzy i uzyskanie tych samych kwalifikacji co na studiach stacjonarnych na tym samym kierunku studiów i poziomie kształcenia". Bądźmy więc konsekwentni – skoro możemy zapewnić studentowi ten sam poziom wiedzy i kwalifikacji przy liczbie godzin zredukowanej o 40%, dlaczego nie zredukujemy liczby godzin studentom dziennym? Efekt kształcenia byłby identyczny, natomiast uzyskalibyśmy sporą korzyść finansową, gdyż zaoszczędzilibyśmy na pensjach nauczycieli akademickich. Te pieniądze można by przeznaczyć na infrastrukturę, badania naukowe albo stypendia dla najzdolniejszych studentów.

Jeśli jednak przyjmiemy, że do wyedukowania absolwenta studiów wyższych na odpowiednim poziomie jest potrzebna właśnie liczba godzin ustalona dla studiów stacjonarnych, natychmiast na usta ciśnie się pytanie: a dlaczegóź to studenci niestacjonarni otrzymują zniżkę? Czym zasłużyli sobie na tak szczególne traktowanie? Czy studenci zaoczni są w jakiś cudowny sposób mądrzejsi czy bardziej podatni na przyswajanie wiedzy? Nie mogę zrozumieć tej niekonswekwencji zawartej w rozporządzeniu.

Tworzenie "podwójnego standardu minimalnych wymagań" jest szkodliwe społecznie. W masowej świadomości studenci niestacjonarni to osoby, które uczą się mniej (co najczęściej jest prawdą), a dzięki temu odbierają gorsze wykształcenie. Prowadzi to do obniżenia rangi dyplomów ukończenia studiów niestacjonarnych, czyli do stworzenia kategorii "absolwentów drugiej jakości" z gorszymi dyplomami. Sytuacja ociera się już o komizm, gdyż studenci niestacjonarni najczęściej ciężko pracują, muszą zapłacić czesne za swoje studia, a na koniec otrzymują dyplom z doczepionym stygmatem społecznym. Czyli mówiąc po naszemu: haruj w pracy w dni powszednie, męcz się na uczelni w weekendy, zapłać za to, a potem i tak pracodawca skrzywi się, boś ty "zaoczny".

Taka sytuacja nie powinna mieć miejsca. YEA uważa, że minimalna liczba godzin dla studiów stacjonarnych i niestacjonarnych powinna być identyczna. Jeśli student "dzienny" ma zrealizować 2000 godzin, tak samo student "zaoczny" ma zrealizować swoje 2000. And no exceptions! Oczywiście takie rozwiązanie będzie niosło ze sobą pewne konsekwencje. Jedną z nich będzie wydłużenie czasu trwania studiów niestacjonarnych, gdyż w roku akademickim jest pewna stała liczba sobót i niedziel, kiedy mogą odbywać się wykłady i ćwiczenia. Oczywiście wydłużenie czasu trwania studiów oznaczać będzie zwiększenie czesnego, być może nawet dwukrotne. Łatwo więc podnieść lament, że to zagrozi naszemu wskaźnikowi skolaryzacji, że spadnie liczba studentów, że to uderzy w najbiedniejszych, którzy muszą godzić studiowanie z pracą. Odpowiem słowami Ronalda Reagana: "So what?".

Studia niestacjonarne podejmujemy najczęściej, kiedy inne obowiązki utrudniają nam lub wręcz uniemożliwiają studiowanie "dzienne". Jest to idealne rozwiązanie dla osób ubogich, których nie stać na wynajęcie mieszkania w mieście akademickim, czy też dla osób wychowujących dzieci. Są też tacy, którzy na pierwszym miejscu stawiają karierę zawodową, natomiast "papierek" jest im potrzebny tylko dla formalnego potwierdzenia kwalifikacji zawodowych. Ważne jest to, że studiowanie godzimy z innymi obowiązkami czy zajęciami. O ile student wybierający stacjonarny tryb kształcenia niejako deklaruje, że nauka jest dla niego najważniejsza, student wybierający "zaoczne" informuje w ten sposób uczelnię, że ma inne zobowiązania. W brytyjskim czy amerykańskim systemie kształcenia przyjmuje się z tego względu bardzo prostą zasadę. Masz pracę albo inne obowiązki? Podejmujesz studia w trybie "part-time"? W takim razie będziesz studiował dwa razy dłużej, gdyż ilość wiedzy, jaką musisz przyswoić, jest taka sama, jakbyś studiował "full-time". Poważna uczelnia brytyjska czy amerykańska nie chce bowiem dopuścić do sytuacji, kiedy jej "produkt", czyli absolwent, będzie występował w dwóch wersjach: lepszej "dziennej" i gorszej "zaocznej". I taką samą zasadą powinno się kierować MNiSzW – absolwenci tego samego kierunku studiów, NIEZALEŻNIE OD TRYBU STUDIÓW, mają spełnić te same wymagania, a do nich należy m.in. zrealizowanie tej samej liczby godzin zajęć. Przy wprowadzeniu tego rozwiązania MNiSzW powinno równocześnie zaprzestać umieszczania na dyplomie ukończenia studiów informacji o trybie studiowania. Skoro studenci spełnili identyczne wymagania i uzyskali tę samą wiedzę i kwalifikację, po co komukolwiek informacja o tym, że jedna osoba studiowała przez lat trzy, a inna – przez lat sześć?


Rozporządzenie Ministra Nauki i Szkolnictwa Wyższego w sprawie standardów kształcenia dla poszczególnych kierunków oraz poziomów kształcenia, a także trybu tworzenia i warunków, jakie musi spełniać uczelnia, by prowadzić studia międzykierunkowe oraz makrokierunki – tutaj

Zajęcia na Open University pod względem liczby godzin – tutaj

sobota, 31 lipca 2010

Blenheim

Dla Zosi, która jeszcze nie widziała, ale na pewno zobaczy


Przebywając w zeszłym roku w Wielkiej Brytanii, wybrałem się wraz z rodziną do Blenheim Palace, który leży w miejscowości Woodstock niedaleko Oksfordu. Blenheim Palace to nie tylko pałac, ale również ogromna posiadłość ziemska należąca do książęcego rodu Marlborough.

Dojechać do Blenheim można własnym środkiem transportu lub autobusem z Oksfordu (return ticket kosztuje kilka funtów). Jechaliśmy własnym samochodem, a nawigacja satelitarna spłatała nam swój zwyczajny numer: pokazała nam fragment czegoś, co wyglądało jak wielki park, i zadysponowała uprzejmym głosem "Jesteś na miejscu". Zamiast pojechać kilkadziesiąt metrów na wprost i skręcić w główną bramę posiadłości, wybraliśmy boczną odnogę. Dopiero w przydrożnym pubie dowiedziałem się dwóch rzeczy. Po pierwsze, trzeba zawrócić i pojechać prosto. Po drugie, nazwy posiadłości nie wymawiamy z niemiecka jako "blenhajm", tylko poprawnie po angielsku "blenem". You live, you learn... pomyślał sobie YEA, czerwieniejąc jak piwonia, kiedy kelnerka w pubie delikatnie podpowiedziała właściwą wymowę.

Kierując się wskazówkami lokalnej ludności odnaleźliśmy już bez problemów bramę główną i tutaj miało miejsce kolejne zaskoczenie. Personel pałacowy rzuca się niemalże na maskę samochodu i pokazuje, żeby zjechać... na trawnik. Wszyscy zwiedzający grzecznie podjeżdżają na wyznaczone stanowiska i parkują swoje samochody w rządkach na zielonej trawce (kto ma szczęście, zaparkuje pod drzewkiem). Widać jasno, że słynne angielskie trawniki są niezniszczalne. I nie trzeba oszpecać krajobrazu asfaltowaniem hektarów parkingu. Samochód postoi kilka godzin, a wiadomo, że kolejny kierowca zaparkuje swój pojazd w kolejnym dniu w odrobinę innej pozycji.

W Blenheim możemy zrobić jedną z dwóch rzeczy. Możemy zdecydować się na zwiedzanie pałacu, co łączy się z wykupieniem dość drogiego biletu. Bilet ten upoważnia też do wstępu na ogrody pałacowe i do parku. Możemy też pałac zignorować i wykupić sobie bilet tylko do ogrodów i parku. Cena jest już trochę mniej upiorna... Zakupiony bilet możemy później wymienić na całoroczną "wejściówkę".

Sam pałac to ogromna budowla, w której znajduje się to, co zawsze w pałacach: komnaty, a w nich obrazy, pamiątki, okolicznościowe wystawy, czyli zwyczajowe sraty-dupaty. Na prawo i lewo trąbią o tym, że tu urodził się Sir Winston Churchill i spora część ekspozycji jest poświęcona właśnie jego osobie. Jeśli mamy szczęście, możemy załapać się na nieobecność (sic!) aktualnego księcia i obejrzeć prywatne apartamenty. Za taką wycieczkę trzeba zapłacić osobno, a samo zwiedzanie odbywa się w zorganizowanej grupie z przewodnikiem. Odkryjemy, że obecny Duke of Marlborough zajmuje już tylko jedno skrzydło pałacu, ale nadal ma do dyspozycji całkiem niezły metraż. Możemy zobaczyć też ładną kolekcję porcelany, kolejną porcję malowideł, a w salonie uważny zwiedzający zauważy, że w rodzina książęca ceni rozwiązania Apple – telewizor jest podpięty do pudełka z "jabłuszkiem" (Apple TV). Po zakończeniu części oficjalnej polegającej na konfrontacji z Wielką Historią możemy pokrzepić się w pałacowej restauracji, która ceny ma co prawda już nie upiorne, lecz wręcz horrendalne, lecz na szczęściej serwuje też... zupy (sic!). Trzeba bowiem wiedzieć, że zupy w repertuarze brytyjskiego masowego żywienia najczęściej nie występują.

Przed wejściem do pałacu znajduje się przystanek miniaturowej kolejki, którą można przejechać do tzw. Pleasure Gardens, gdzie znajduje się m.in. ogromny labirynt ogrodowy (podobno drugi co do wielkości na świecie). Z kolejki YEA nie skorzystał, ponieważ oblegana była ustawicznie przez tłum dzieci i rodziców. YEA również nie skorzystał z oferty sklepiku pałacowego, który sprzedaje wszystko, na czym tylko da się umieścić pałacowe logo, nawet "pałacowe" wina i szampany. Utrzymanie tak rozległej posiadłości kosztuje, więc ceny są... tak, wysokie!

Najprzyjemniejszą częścią wizyty w Blenheim są jednak ogrody pałacowe i park, którego rozmiar jest monstrualny – do dyspozycji mamy 2,000 akrów terenu (ok. 800 hektarów). Miłośnicy przechadzek będą na pewno usatysfakcjonowani... Warto przyjechać do Blenheim w dniu, kiedy organizowana jest jakaś impreza, np. doroczny pokaz "klasycznych" samochodów, albo turnieje rycerskie. Atrakcji – szczególnie w czasie letnim nie zabraknie, ale YEA poleca klasyczny angielski parkowy wypoczynek. Zabieramy ze sobą zestaw piknikowy składający się najlepiej z ogromnej ilości kanapek i sałatek, może być też jakieś mięsko na zimno, dorzucamy też coś do picia. Warto zabrać koc. Następnie wyszukujemy sobie ładne drzewko, kładziemy się w cieniu i jemy, drzemiemy, podziwiamy niebo, rozmawiamy, bawimy się z dzieckiem itp. I to jest sens pobytu w angielskim parku. Czas staje w miejscu... obłoki płyną... wiaterek pieści... Można tak godzinami po prostu cieszyć się pobytem w pałacowych ogrodach albo w parku. Wyjaśnia się też sens całorocznej "wejściówki": kto raz zagości w Blenheim, chce wracać tam jak najczęściej.

Co osobiście mnie zaskoczyło to przede wszystkim fantastyczne utrzymanie terenu; elegancko przystrzyżona trawa, wyraźne oznakowanie, dostępny wszędzie personel. Pomimo tego, że Blenheim odwiedzają w weekendy tysiące ludzi, nie ma tłoku czy typowo polskiego przepychania się i deptania sobie po piętach. Nikt nikogo nie potrąca, nikt się nie przeciska, nie wpadnie nam nawet piłka w piknikowe kanapki. Owszem, turystów jest sporo, ale jeśli nie lubimy tłumu, możemy po prostu skierować swoje kroki w odleglejsze rejony parku. Trochę kłopotu może sprawiać wieczorny wyjazd z parku, gdyż sznur samochodów jest długi, ale kierowcy są grzeczni wypraktykowaną, zachodnioeuropejską uprzejmością: na główną alejkę wylotową wpuszczani jesteśmy metodą "na zamek błyskawiczny", a potem wszyscy toczą się do bramy wyjazdowej.



Więcej informacji o Blenheim Palace tutaj


A tak wygląda fasada samego pałacu. Słoń pojawia się raz w roku, zwykle ma to miejsce w dwudziestym dziewiątym dniu miesiąca luty.



(fot. YEA, 2010)

środa, 21 lipca 2010

Ktoś nas robi w bambuko

Przyjęło się obecnie, że kompetencje językowe opisuje się przy wykorzystaniu "Europejskiego Systemu Opisu Kształcenia Językowego", znanego również jako "The Common European Framework of Reference for Languages" (w skrócie CEFRL lub CEF). Poziomy prezentują się następująco:
A1 – A2 (Poziom Podstawowy)
B1 – B2 (Poziom Samodzielności)
C1 – C2 (Poziom Biegłości)

Nie będziemy szczegółowo opisywać kompetencji i wymagań stawianych na każdym poziomie, gdyż nie to jest celem tego wpisu. Żeby te magiczne kombinacje literkowo-cyferkowe rozjaśnić, warto zapamiętać, że poziomy egzaminu PET oraz Matury Podstawowej odpowiadają B1, a poziomy FCE i Matury Rozszerzonej – B2.

Stawianie takich maturalnych wymagań uczniom przez MEN miało może i pewien sens, kiedy nauka języka trwała sześć lat tj. przez czas pobytu ucznia w gimnazjum i liceum. Biorąc pod uwagę to, że nauka języka trwała ok. 700h, a nauczanie w gimnazjum i liceum nie było skorelowane, można jeszcze od biedy przyjąć, że stawianie słabszemu uczniowi wymagań na poziome B1 (PET), a lepszemu na poziomie B2 (FCE), było rozwiązaniem sensownym. Oczywiście należy tu pamiętać, że przez wymagania rozumiemy uzyskanie minimalnego wyniku na egzaminie. Czym innym jest więc zdanie egzaminów PET i FCE, gdzie progi zaliczeniowe wynoszą odpowiednio 70% (sic!) i 60%. W Polsce jesteśmy bardziej litościwi dla uczniów i zarówno na Maturze Podstawowej jak i Rozszerzonej próg wymagań to 30%. Jednak nie w tym rzecz.

Przy wprowadzaniu reformy programowej MEN uznało, że należy skorelować ze sobą naukę języków obcych w szkole podstawowej, gimnazjum i szkole średniej (rzecz sama w sobie chwalebna, ciekawe tylko, dlaczego zabrało to tyle czasu?). Mało tego, za wiodący język uznano angielski, co przekłada się na – domniemaną – ciągłość kształcenia dla tego przedmiotu. No i jeszcze wisienka na szczycie tego wielkiego, smakowitego tortu, który zostanie zaserwowany uczniom i rodzicom: nauczanie języka angielskiego od pierwszej (sic!) klasy szkoły podstawowej.

Zerknijmy więc na stronę prowadzoną przez MEN i podliczmy godziny nauki języka obcego. Planowane liczby godzin wyglądają następująco:
1. Szkoła podstawowa, klasy I-III – 198h (MEN zakłada 33 tygodnie w roku szkolnym)
2. Szkoła podstawowa, klasy IV-VI – 264h (przy założeniu jak wyżej)
3. Gimnazjum – 297h (przy założeniu wymiaru nauczania 3h/tyg.)

Powyższe informacje zaczerpnąłem z przykładowych ramowych planów nauczania http://www.reformaprogramowa.men.gov.pl/dla-zarzadzajacych-szkola/ramowe-plany-nauczania

Po podliczeniu, wychodzi nam, że łączna liczba godzin kształcenia z języka obcego nowożytnego wynosi 759h. Jaki jest przewidywany efekt tak intensywnego kształcenia? Zerknijmy do "Podstawy programowej z komentarzami. Tom 3. Języki obce w szkole podstawowej, gimnazjum i liceum" (str 42) i zacytujmy in extenso:

Na III etapie edukacyjnym określono dwa poziomy nauczania języków obcych nowożytnych: poziom III.0 – dla początkujących i poziom III.1 – dla kontynuujących naukę, który ma wymagania zbliżone do poziomu A2, w sześciostopniowej skali poziomów biegłości w zakresie poszczególnych umiejętności językowych (A1, A2 – poziom podstawowy; B1, B2 – poziom samodzielności; C1, C2 – poziom biegłości), zdefiniowanej przez Radę Europy.

Litości... uczeń, który poświęci ponad 700h na naukę języka obcego ma go znać na poziomie A2?! Zerknijmy więc na wytyczne CEF, które powiedzą nam, ile godzin nauki pod nadzorem nauczyciela potrzeba na osiągnięcie poziomu A2. Otóż... potrzeba tych godzin 180-200 (sic!). Nawet jeśli uwzględnimy fakt, że są to godziny zegarowe, a nie 45-ciominutowe, i tak po korekcie okazuje się, że CEF przewiduje 240 do 267 godzin szkolnych. Nasze dziecko powinno więc osiągnąć poziom A2 najpóźniej w IV klasie szkoły podstawowej. Dlaczego więc MEN tak okrutnie wydłuża naukę i przewiduje egzamin gimnazjalny na poziomie A2 dopiero pięć lat później? Czy to nauczyciele są tak słabo przygotowani? Czy może do szkół trafiło pokolenie uczniów o obniżonych możliwościach intelektualnych?

Pamiętajmy jednak, że przecież uczeń kontynuuje obowiązkową naukę w szkole średniej, gdzie na naukę języka obcego nowożytnego również przeznaczono kilkaset godzin. Poziomy wymagań pozostały niezmienione: nadal jest to B1 dla Matury Podstawowej oraz B2 dla Matury Rozszerzonej (za: Podstawa programowa z komentarzami. Tom 3", str. 60). Przeczytałem to kilkakrotnie i oczy przecierałem ze zdumienia. Jak to jest? Wydłużamy czas nauki języka obcego, chcemy też, aby był to na wszystkich etapach edukacji język angielski i co? Poziomy wymagań pozostają NIEZMIENIONE!

Nasuwa się bardzo proste pytanie: po co w ogóle jeść tę żabę? Jeśli nie zmieniamy poziomu wymagań, to dlaczego wydłużamy okres nauki? Jeśli zaś koniecznie chcemy wydłużyć okres nauki języka obcego, to dlaczego nie podnosimy wymagań stawianych na egzaminie gimnazjalnym i maturalnym? Uważam, że MEN powinno jasno i przejrzyście odpowiedzieć na te pytania.

Proszę zwrócić uwagę na to, że rozbieżności w liczbie godzin są ogromne. Samo Ministerstwo Edukacji Narodowej przewiduje, że na dojście do poziomu A2 potrzeba blisko 800h nauki pod nadzorem nauczyciela. Rekomendacje CEF mówią o liczbie ok. 250h. Jeśli postawimy się w roli klienta – a podatnik jest takim klientem, który łoży na utrzymanie systemu szkolnictwa i opłaca pracowników ministerstwa i oświaty – warto postawić pytanie, dlaczego musimy zużyć trzy razy więcej czasu niż rekomenduje to sama Rada Europy, aby nasze dzieci umiały angielski na poziomie A2? Przecież to ogromne, niewyobrażalne wręcz marnowanie czasu i zasobów ludzkich. Gdybym chciał tu się wyzłośliwiać, wytknąłbym, że tam gdzie szkolnictwo państwowe będzie potrzebować dziewięciu lat i blisko 800h, by dziecko poznało angielski na poziomie A2, zwyczajna szkoła językowa poradzi sobie w sześć lat (720h) z przygotowaniem tego samego dziecka do... egzaminu FCE. A pamiętamy przecież, że to egzamin na poziomie o dwa "oczka" wyżej, z dwukrotnie wyżej ustawioną poprzeczką, gdyż do zdania potrzebne jest 60%, a nie nasze żenujące maturalne 30%.

Rodzi się więc pytanie, co tak naprawde jest celem reformy programowej? Jak widać z powyższych prostych obliczeń, celem nie jest efektywne nauczanie. Sam miałem do czynienia z uczniami, którzy rozpoczynali naukę języka angielskiego w liceum i w trzy lata dochodzili do poziomu B1. Maturę podstawową zdawali z wynikami rzędu 70% i wyżej. Dało się? Dało! Uczniom idącym zwykłą ścieżką wystarczało też rozpoczęcie nauki angielskiego w gimnazjum, a później przystępowali oni do Matury Rozszerzonej i też uzyskiwali niezłe wyniki. A tu MEN chce wprowadzenia systemu o wiele bardziej czasożernego. Być może więc jednym z celów jest po prostu zapewnienie pracy jak największej liczbie nauczycieli i zwiększenie dotacji dla oświaty? Jeśli zliczymy godziny na wszystkich szczeblach edukacji, okaże się, że potrzebne będą prawie dwa etaty nauczycielskie na 12 lat edukacji jednego ucznia (6h+8h+9h+10h = 33h). A jeszcze do niedawna wystarczał jeden etat (9h+10h = 19h). Powiedzmy wprost: MEN w sposób bezczelny i arogancki stara się wmówić nam, że nagle na kształcenie z języka angielskiego potrzeba dwa razy więcej pieniędzy.

Za reformą w takim kształcie kryje się też bezmyślne postępowanie urzędników, którzy nie potrafią wyjść poza tabelki i podliczanie liczb. Proszę przyjrzeć się jeszcze raz poziomom CEF i porównać je z kształceniem językowym:

A1 – klasy I-III i IV-VI szkoły podstawowej (egzamin z języka obcego nowożytnego na koniec szkoły podstawowej),
A2 – klasy I-III gimnazjum (egzamin gimnazjalny),
B1 i B2 – klasy I-III liceum (Matura Podstawowa i Matura Rozszerzona),
C1 – studia licencjackie na kierunku filologia,
C2 – studia magisterskie na kierunku filologia.

Czyż nie jest to system śliczny i przejrzysty? Owszem, ale tylko w urzędniczej głowie. Korelują się tu ślicznie poziomy i klasy, tylko jakoś to razem nie przystaje do życia... Rozumiem, że urzędnicy wpadliby w panikę, gdyby nagle zabrakło im poziomów CEF, albo gdyby musieli wycofać się z twardego założenia, że matura z języka obcego odbywa się na poziomach B1 i B2. Zadać należy jednak pytanie, czy w ogóle jest nam potrzebny taki system kształcenia z języka obcego? Zwróćmy uwagę na kilka rzeczy:
– dzieci rozpoczynają naukę języka obcego w różnym wieku,
– dzieci uczą się z różną intensywnością,
– dzieci mają różne predyspozycje językowe,
– dzieci są wystawione na różnorodne bodźce anglojęzyczne,
– priorytety rodziców, jak i samych dzieci, są zróżnicowane,
– dzieci na przestrzeni 12 lat rozwijają się w różnym tempie.

Obecny system i, co gorsza, wprowadzany właśnie przez MEN system zupełnie lekceważy te uwarunkowania. Jeśli popatrzymy na założenia reformy programowej, zauważymy natychmiast, że nie ma żadnego zindywidualizowania kształcenia pod kątem czynników związanych z możliwościami dziecka. W wieku 12 lat uczeń ma być na poziomie A1, w wieku 15 lat na poziomie A2, a w wieku 18 lat na poziomie B1 lub jeśli zdecyduje się na większą liczbę godzin w liceum – B2. Koniec, nie ma innej możliwości. MEN łaskawie dopuszcza rozpoczęcie kształcenia z języka obcego nowożytnego w gimnazjum, ale taka ścieżka jest zależna od możliwości zapewnienia nauczycieli angielskiego na terenie danego powiatu.

A przecież można by kształcenie językowe rozwiązać inaczej. Po pierwsze, nie musimy się ślepo trzymać systemu egzaminacyjnego, który opiera się na zasadzie "zdał – nie zdał". Opracowanie rzetelnego testu pokazującego kompetencje ucznia, który byłby zbudowany choćby na wzór IELTS nie stanowiłoby chyba nierealistycznego wyzwania dla akademików z polskich uniwersytetów. Wystarczy ucznia testować raz w roku, by ustalić jego poziom, i przesyłać do kolejnej grupy. Rodzice mieliby jasne informacje – ich dziecko zrobiło "takie a takie" postępy w danym roku (albo i nie) i kwalifikuje się na odpowiedni poziom nauczania. Proszę zwrócić uwagę na to, że uczeń mógłby przeskakiwać poziomy (sic!). Jeśli nasze dziecko pracuje solidnie w szkole i jeszcze dodatkowo bierze korepetycje z angielskiego albo uczęszcza na kurs językowy, może przecież uzyskać wynik kwalifikujący do grupy o poziomie o "oczko" lub dwa wyższej. Są też dzieci, które rodzice posyłają na wakacyjne kursy w krajach anglojęzycznych. I są też dzieci, które zanurzone są w otoczeniu mocno nasyconym angielskim. A także są dzieci, które rozpoczynają naukę angielskiego w przedszkolu i po prostu w podstawówce na lekcjach tego języka będą się nudzić.

System ten byłby także korzystny dla dzieci, które nie mają zapewnionych takich warunków. Na pewno znajdą się dzieci, które nie są w stanie przechodzić co roku z poziomu na poziom. Przyczyny mogą być różne: kłopoty rodzinne, choroby, słabo rozwinięte zdolności językowe, mało kompetentny nauczyciel. W takiej sytuacji uczeń po prostu powtarzałby poziom (co niekoniecznie wiąże się z przerabianiem tego samego podręcznika, czy nauczaniem przez tego samego nauczyciela). Ważne jest to, że system nie dzieliłby dzieci na te, które "zdały" i "nie zdały". Co więcej, system umożliwiałby indywidualne śledzenie postępów ucznia oraz eliminowałby w ogóle potrzebę "zdawania" do kolejnej klasy. Byłby to więc system o wiele bliższy pracy zawodowej, w której przecież nie zdajemy jakiś egzaminów, ale realizujemy swoje zadania z lepszym lub gorszym powodzeniem. Na koniec obowiązkowej edukacji, która nie wiedzieć czemu trwa do ukończenia przez ucznia 18 roku życia, wystarczy odnotować wynik osiągnięty na ostatnim egzaminie. Jeśli jest on wystarczająco dobry, by dosttać się na wymarzone studia, tyle wystarczy.

Zaprezentowane wyżej rozwiązenie nie jest oczywiście jedynym, jakie można wymyśleć. Uważam jednak wprowadzenie reformy programowej za dzwonek alarmowy – ba! za syrenę alarmową! – który informuje nas wszystkich bardzo wyraźnie, że dzieje się bardzo źle. Powtórzmy to wyraźnie: wprowadzany system służy jedynie nauczycielom i prowadzi do niepotrzebnego wzrostu kosztów kształcenia ucznia. Co więcej, nie odpowiada on wymogom kształcenia zindywidualizowanego, które z łatwością można realizować na początku XXI wieku. Zamiast utrwalać obowiązujący system w zrakowaciałej postaci, powinniśmy raczej wdrożyć rozwiązanie, które pozwoli nam zredukować koszty kształcenia i dać szansę wszystkim uczniom na rozwój, który będzie powiązany z ich pracą pozaszkolną. MEN nie może działać tak, jakby nie dotyczyła go rzeczywistość. Powinien powrócić do roli służebnej względem obywateli. Mówiąc prostym językiem, powinniśmy wdrożyć takie rozwiązania, których ideę najlepiej oddaje ten cytat: "Ohana means family. Family means nobody is left behind" ("Lilo & Stitch"). Rodziną jesteśmy my, obywatele-podatnicy. Powinniśmy działać jak jedna, wielka rodzina, dbając o jakość i tempo kształcenia naszych dzieci. Nie powinniśmy marnować czasu i pieniędzy, i zdecydowanie powinniśmy się przeciwstawiać tak durnym pomysłom jak założenia reformy programowej.



Linki do źródeł:
Podstawa programowa z komentarzami. Tom 3. Języki obce w szkole podstawowej, gimnazjum i liceum http://www.reformaprogramowa.men.gov.pl/images/Podstawa_programowa/men_tom_3.pdf
Liczba godzin nauki z nauczycielem dla poszczególnych poziomów językowych http://www.cambridgeesol.org/exams/exams-info/cefr.html

wtorek, 20 lipca 2010

Kindle, kindle little star

W naszym domu pojawiło się urządzenie o nazwie AmazonKindle, w skrócie – Kindle. Jest to tzw. "e-reader", czyli czytnik tekstów elektronicznych wykorzystujący atrament elektroniczny (e-ink). Zaopatrzyliśmy się w wersję o przekątnej ekranu 6 cali, aby dało się łatwo nosić urządzenie przy sobie czy zabierać w dłuższe podróże.

Kindle jest mniejszy od zwykłego zeszytu. W górnej części urządzenia znajduje się ekran, który wyświetla treść książek. Po bokach znajdują się przyciski nawigacyjne, a w dolnej części mamy pełną klawiaturę. Amazon poprawił funkcjonalność klawiszy nawigacyjnych – są one mniejsze niż w poprzedniej wersji Kindle, a naciśnięcie ich z boku, czy przypadkowe zawadzenie o coś nie spowoduje kliknięcia. Po prawej stronie znajduje się malutki joystick, który może się wychylić w czterech kierunkach. Możemy go też wcisnąć, aby zatwierdzić podświetlone polecenie. Pomimo tego, że joystick wydaje się mikroskopijnych rozmiarów, korzysta się z niego wygodnie. Klawiatura posiada miniaturowe klawisze, ale są one wystarczająco oddalone od siebie i nie grozi nam przypadkowe wciskanie dwóch naraz. Klawisze mają też wyraźny przeskok. Na górnej krawędzi znajduje się suwak, którym usypiamy i wybudzamy urządzenie, oraz jest tam też gniazdo do podłączenia słuchawek. Przyciski do regulacji głośności znajdują się na prawej krawędzi urządzenia. Dolna krawędź zawiera gniazdo mikro-USB oraz malutką lampkę, która świeci się na pomarańczowo, gdy ładujemy baterię. Zielone światełko oznacza, że Kindle został naładowany.

Kindle Global wysyłany jest prosto z USA i trafia do nas przy pomocy poczty kurierskiej UPS. Amazon stosuje promocyjną opłatę za doręczenie tego urządzenia. Łączny koszt zakupu i przesyłki to ok. 210 USD. Dostarczenie Kindle do Polski trwało 10 dni. Najpierw czekamy kilka dni, aż urządzenie opuści magazyn i trafi do kuriera. Transport z USA do Kolonii to już tylko 36h, niestety później w Polsce przesyłka zwiedza pół kraju, zanim trafi do adresata. Kindle przysyłany jest w niewielkim pudełku. Należy oderwać pasek pieczęci, podnieść wieczko i od razu stykamy się z amerykańską dbałością o prostotę. Nie musimy korzystać z noża czy pilnika, aby wyłuskać czytnik z zagłębienia. Amazon pomyślał o niewielkim, kartonowym "języczku", który ułatwi nam wyciągnięcie czytnika. W zagłębieniu pod urządzeniem znajduje się broszurka z kilkoma podstawowymi informacjami oraz specjalny kabel.

Kindle przybywa do nas z pustą baterią, więc trzeba go na początek naładować. Korzystamy w tym celu z kabla, który z jednej strony ma wtyczkę mikro-USB służącą do podłączenia Kindle, a z drugiej strony ma natomiast zwykłą, pełnowymiarową wtyczkę USB. Na tej wtyczce nasadzona jest kolejna wtyczka zintegrowana z adapterem. Niestety jest to wtyczka amerykańska z płaskimi bolcami. Jeśli chcemy więc ładować czytnik prosto z gniazdka w ścianie, musimy zaopatrzyć się w przejściówkę. W przeciwnym razie ładujemy baterię Kindle z laptopa albo stacjonarnego komputera. Pełne ładowanie baterii trwało ponad cztery godziny, ale już po kilkunastu minutach urządzenie ożyło.

Komputer rozpoznaje Kindle jako zwykły napęd zewnętrzny. Możemy przeciągnąć dowolne pliki i wgrać je do katalogu głównego, lub do któregoś z podkatalogów na urządzeniu. W tym czasie urządzenie jest zablokowane, a na ekranie wyświetla się komunikat informujący nas, że w celu normalnego korzystania z urządzenia musimy je "wysunąć" z laptopa. Po takim wysunięciu, pozostawiamy kabel USB w gniazdku, Kindle nadal się ładuje, a my możemy już czytać.

Na Kindle możemy przenieść swoje własne dokumenty. Najprostsza metoda to zapisanie pliku jako TXT. Trzeba tu pamiętać, że Kindle nie rozpozna formatu DOC czy RTF. Plik po prostu będzie się znajdował w pamięci urządzenia, lecz nie zostanie wyświetlony na ekranie. Wybieramy więc polecenie "Zapisz jako" i klikamy w "txt". Na moim iBooku mam możliwość wyboru standardów kodowania znaków. Wybranie UTF-16 pozwala na korzystanie z pełnego kompletu znaków polskich. Pokazane to zostało na zdjęciu, które zamieszam pod tekstem. Kindle prawidłowo rozpoznaje "ą", "ę", "ż" itd. Jest to kolejne ulepszenie w stosunku do poprzedniej wersji. Niestety skopiowanie zawartości dokumentu PDF do pliku tekstowego albo zapisanie pliku RTF w postaci czystego TXT powoduje, że na końcach linii zostają znaczniki końca akapitu i Kindle traktuje je jako takie. Zaburza to organizację tekstu, a przy większych rozmiarach czcionki czytelnik może odczuwać dyskomfort. Kindle potrafi też wyświetlić zawartość pliku PDF, niestety efekt jest tragiczny. Ekran urządzenia jest malutki, więc litery stają się prawie nieczytelne. Proszę więc zapomnieć o wykorzystywaniu wersji z sześciocalowym wyświetlaczem jako czytnika PDF.

Pliki kopiowane z własnego komputera wgrywamy do katalogu DOCUMENTS. Jeśli umieścimy je w innym miejscu, Kindle zignoruje takie pliki i nie zobaczymy ich w spisie zawartości czytnika. Jeśli chcemy się pozbyć pliku z Kindle, może wykasować go z poziomu samego urządzenia, lub usunąć, kiedy podłączymy Kindle do komputera.

Kindle posiada 2GB pamięci, a Amazon twierdzi, że możemy na nim pomieścić ok. 1,500 książek. Nie do końca jest to prawdą. Owszem, jeśli kupimy typową książkę w sieciowym sklepie Amazon, wówczas plik AZW będzie miał objętość ok. 1MB, i takich książek faktycznie zmieści się półtora tysiąca na urządzeniu. Jednak wgrywanie własnych plików w postaci TXT zużywa dwukrotnie więcej miejsca, ponieważ Kindle konwersuje plik TXT do postaci MBP i przechowuje dwa pliki. Jeśli więc użytkownik lubi nosić przy sobie gigantyczną bibliotekę, bardzo szybko odczuje brak gniazda kart SD, które pozwalałoby na powiększanie pamięci urządzenia. I jest to być może największa wada Kindle.

Urządzenie wyświetla tekst i grafikę przy pomocy elektronicznego atramentu. Tło jest szare, natomiast jak widać litery są czarne i wyraźne. Amazon starał się zasymulować wygląd zwykłej strony z papierowej książki. Rozwiązanie takie ma nie męczyć wzroku czytelnika i pozwalać na wykorzystywanie urządzenia w mocnym oświetleniu. I to jest ogromna zaleta Kindle. Robię ten wpis na balkonie i na swoim laptopie muszę podkręcać jasność ekranu do maksium, aby być w stanie pisać przy jasnym słońcu. Ekran czytnika wygląda natomiast jak strona książki. Oczywiście napotkamy innego rodzaju problem: jeśli chcemy czytać z Kindle w nocy, będziemy potrzebowali zewnętrznego oświetlenia. Może to być zwykła lampa, a do samolotów bądź czytania w łóżku polecane są malutkie lampki LED, które doczepiamy do urządzenia.

Kindle pozwala na zmianę wielkości literw tekście, jednak nie możemy zmienić kroju czcionki. Urządzenie wyświetla jedynie kursywę i symuluje szary kolor czcionki. Możliwe jest też wyświetlanie wszelkich znaków w rodzaju nawiasów, gwiazdek, myślników etc., a także prostych grafik – Kindle oferuje tylko 16 stopni szarości. Sympatycznym rozwiązaniem jest stosowanie przez Kindle wygaszaczy ekranu (na zdjęciu pod tekstem). Przy każdorazowym usypianiu urządzenia pojawia się nam portret jakiegoś pisarza bądź też rycina ze średniowieczną czy renesansową ilustracją. Jest to po części zabieg marketingowy, który ma nam unaocznić, że Kindle to nie tylko tekst, ale i grafika. Możemy też zmieniać orientację wyświetlanego tekstu na cztery sposoby.

Do tej pory wspominałem jedynie o możliwości umieszczania własnych plików na czytniku. Podstawowa funkcjonalność Kindle to dostęp do witryny Kindle Store. Urządzenie umożliwia korzystanie z sieci komórkowej (Kindle nie ma Wi-Fi!) i dzięki temu zyskujemy dostęp do Internetu. Za łączenie się i przeglądanie Kindle Store nic nie płacimy. Jedyny koszt, jaki ewentualnie poniesiemy, to cena zakupu książek, które kosztują przeważnie mniej niż ich papierowe odpowiedniki. Nasz Kindle musi być przypisany do konta w sklepie Amazon (przy zakupie Kindle jest przypisywany do konta, z którego dokonano transakcji, ale można go wyrejestrować i przenieść na inne konto), a do tego konta musi być przypisana karta kredytowa. Zakup książki odbywa się w ten sposób, że po prostu klikamy na przycisk "BUY" i w przeciągu minuty lub dwóch książka pojawia się na naszym Kindelku. Należność jest natychmiast ściągana z karty kredytowej. Możemy jednak skorzystać z możliwości ściągania darmowych próbek książek ("samples"), które są przeważnie ich bardzo obszernymi, początkowymi fragmentami. Pobieramy je przez kilknięcie na "Try a Sample".

Kindle wyświetla natychmiast w katalogu głównym zakupione czy też wgrane via laptop pozycje i oznacza je ikonką "new" umieszczoną z lewej strony. Po załadowaniu kilkunastu czy kilkudziesięciu książek odkrywamy nagle, że korzystanie z takiej masy publikacji i przewijanie ekranów nagle robi się kłopotliwe. Na szczęście Amazon dokonał kolejnego usprawnienia w stosunku do poprzednich wersji urządzenia. Mamy więc możliwość zakładania tzw. "Collections". Jest to nic innego, jak możliwość tworzenia katalogów. Wystarczy, że pozakładamy sobie na Kindle kolekcje dla poszczególnych autorów i już problem nam znika. Kindle daje też możliwość układania plików i kolekcji alfabetycznie, autorami i "od najnowszych". Możemy też używać funkcji "Search", by znależć potrzebne nam słowa czy pliki.

Książki ściągnięte z Kindle Store są przeważnie elegancko sformatowane: posiadają okładkę, wydzielone strony tytułowe, różnego rodzaju ozdobniki umieszczane choćby przed rozdziałami, a często też możliwość korzystania z hiperlinków. Musimy oczywiście pamiętać, że w e-bookach obsługiwanych przez Kindle nie istnieje coś takiego jak zwykła strona. Dzieje się tak ze względu na to, że użytkownik może zmienić wielkość wyświetlanego tekstu, przez co automatycznie zmienia się ilość wyświetlanych na ekranie znaków. Książka jest niejako jedną, ciągłą stroną, której jedynie fragment widzimy na ekranie urządzenia.

Amazon ogromnie rozbudował sposoby przemieszczania się po książce. Poprzednie wersje Kindle oferowały jedynie przeglądanie w przód i w tył przy pomocy klawiszy "next page" i "prev page", oraz korzystanie z funkcji search. Zważywszy, że nie było nawet możliwości skoku do początku tekstu (sic!), przeglądanie książku czy wyszukiwanie konkretnego fragmentu musiało być koszmarem. Na szczęście najnowsza wersja Kindle jest pozbawiona tych wad. Na dole ekranu wyświatlany jest pasek, który obrazuje nam, w którym miejscu tekstu się znajdujemy. Po lewej stronie wyświetlany jest procent tekstu, a o prawej liczba "locations". Te lokacje to nic innego jak akapity ("paragraphs"). Korzystając z przycisku "menu" możemy wybrać opcję "go to" i wówczas możemy sobie skoczyć do dowolnie wybranej lokacji, albo na początek tekstu. Ogromnie ułatwia to życie. Z czytanej książki wychodzimy przez naciśnięcie przycisku "home". Oznacza to jednocześnie powrót do głównego katalogu. Kindle zapamiętuje ostatnią czytaną przez nas lokację, więc ponowne kliknięcie w książkę umieści nas tam, gdzie przerwaliśmy lekturę. Z tego powodu zdecydowanie odradzam czytanie jednej książki przez dwie osoby...

Kindle to nie tylko czytanie książek. Firmowo wgrany jest The New Oxford American Dictionary, z którego możemy korzystać na dwa sposoby: możemy wyszukać potrzebny nam wyraz bezpośrednio w słowniku, możemy też najechać kursorem na dowolne słowo w książce, a na dole ekranu pokaże się jego definicja. Kiedy zaraz na początku książki "Assegai" Wilbura Smitha zobaczyłem nazwę własną "Nandi", natychmiast najechałem kursorem na ten wyraz prychając przy tym pogardliwie ("Taaa... akurat takie nazwy własne będą w słowniku..."). Opadła mi szczęka, kiedy Kindle wyświetlił definicję "a bull that serves as the mount of Shiva nad symbolizes fertility". Możemy oczywiście kliknąć na znacznik strzałki, a Kindle pokaże nam pełną definicję z przykładami oraz etymologią wyrazów. Do tekstu książki wracamy poprzez naciśnięcie przycisku "back".

Jeśli książka nie jest zabezpieczona przez wydawcę, możemy włączyć funkcję "Text-to-speech", czyli głośnego czytania. Mamy do wyboru głos męski i żeński. Możemy też zmieniać tempo czytania na szybsze lub wolniejsze. Moje subiektywne wrażenie jest takie, że Kindle czyta zbyt szybko, ale i na to jest recepta. Kindle umożliwa odsłuchiwanie plików MP3, więc mamy też możliwość skorzystania z profesjonalnie nagranych audiobooków. Słuchanie odbywa się "w tle", możemy więc słuchać muzyki w trakcie czytania, albo zapuścić sobie lektora i śledzić wzrokiem tekst. Można też potraktować Kindle jak skrajnie prymitywny odtwarzacz MP3 i po prostu zamknąć oczy i słuchać. Niestety obsługa plików MP3 jest bardzo mocno ograniczona. Możemy tylko przeskakiwać do następnego utworu, lub zatrzymać nagranie. Te dwie funkcje obsługiwane są bezpośrednio z klawiatury urządzenia. Kindle nie posiada choćby szczątkowego interfejsu odtwarzacza MP3.

Kindle daje nam także jako funkcję eksperymentalną możliwość przeglądania internetu. Nazywa się tak funkcja "Basic Web" i faktycznie jest realizowana prymitywnie. Jeśli wejdziemy choćby na stronę Gazeta.pl, nasze urządzenie zostanie rozpoznane jako telefon komórkowy i serwis przerzuci nas na stronę dedykowaną dla takich urządzeń. Niestety nieprawidłowo jest realizowana obsługa polskich znaków, co utrudnia korzystanie choćby z serwisów gazetowych. Mamy oczywiście dostęp do Google czy Wikipedii, transfer jest jednak wolny, co zniechęca do przeglądania internetu. O wiele większe możliwości prezentuje tu choćby zwykły telefon komórkowy.

Zadajmy więc dwa pytania: czym tak naprawdę jest Kindle i dla kogo to urządzenie jest przeznaczone?

Kindle jest niczym innym, jak "superksiążką", która pozwala nam na swobodne gromadzenie i przeglądanie wielu tekstów. Niewątpliwą zaletą tego urządzenia jest to, że możemy nosić ze sobą całą naszą podręczną bibliotekę. YEA obecnie czyta równocześnie: "Powstanie 44" Normana Daviesa, "Samolubny gen" Richarda Dawkinsa, "Mother Tongue" Billa Brysona oraz "The Quest" Wilbura Smitha. Zważywszy na objętość i rozmiary tych książek, trudno sobie wyobrazić przemieszczanie się z nimi po mieście lub dalsze podróże. Kindle uwalnia nas od takiego ograniczenia – możemy mieć wszystko przy sobie i czytać dowolne pozycje. Ogromną zaletą jest też możliwość błyskawicznych zakupów w KindleStore. Wreszcie nie trzeba płacić ogromnych kwot za przesyłkę i oczekiwać na książki po kilka tygodni. Jeszcze gdyby prawodawca polski nie obciążał publikacji elektronicznych podatkiem VAT, byłoby idealnie... (Tak, cena tego samego e-booka w USA jest niższa niż w Polsce!). Kupując książki w cenie 10 czy 12 dolarów, płacimy za nie porównywalne kwoty, co za polskie papierowe przekłady. Nawet zakup używanych książek angielskich na Allegro czy przez specjalistyczne księgarnie przestaje być opłacalny.

Kindle może być również wygodnym narzędziem dla studenta filologii angielskiej. Bardzo wiele tekstów jest dostępnych za darmo, więc zanika konieczność kupowania antologii literatury brytyjskiej, amerykańskiej czy jaka tam jest potrzebna. Wystarczy przeszukać choćby witrynę Project Gutenberg i możemy się cieszyć Szekspirem w oryginale. Wielu naukowców udostępnia też swoje artykuły czy książki za darmo, więc istnieje też taka możliwość pozyskiwania materiałów.

Czy formuła konsumowania książek przy pomocy Kindle sprawdzi się? Amazon sprzedał już kilka milionów czytników i wykonał genialne posunięcie wprowadzająć Kindle Global, z którego można korzystać bez dodatkowych kosztów praktycznie na całym świecie. Oznacza to, że istnieje ogromna rzesza klientów, którzy obstawiają segment elektronicznego atramentu i dają tak wyspecjalizowanemu produktowi rację bytu. Z drugiej strony, istnieje spora konkurencja ze strony telefonów komórkowych (a zwłaszcza iPhone'a) oraz wkraczającego na rynek iPada. Równie dobrze można dziś powiedzieć, że za kilka lat następca Kindle nadal będzie miał się świetnie, gdyż zapotrzebowanie na książki będzie ogromne. Ale może też zdarzyć się tak, że Apple obniży ceny iPada i zawojuje ten segment rynku, na co apetyt ma spory. W końcu istnieje już iBooks, a możliwości iPada przewyższają wielokrotnie to, co oferuje Kindle. Time will tell...





Kindle poprawnie pokazuje polskie znaki.





Tak wygląda tył urządzenia, na dole głośniczki.




Tak wygląda jeden z wygaszaczy pojawiający się na ekranie, kiedy usypiamy urządzenie.

środa, 7 lipca 2010

Nie samym angielskim...

Nie samym angielskim YEA żyje. Czasami oderwie się od słowników i złapie za aparat. Skoro blog o anglistach, to na zdjęciach anglistki oraz studentki tego kierunku. Więcej zdjęć i grafik na portalu Deviantart.

(Kopiowanie, przetwarzanie i jakiekolwiek wykorzystywanie zdjęć jest zabronione)


Karolina (fot. YEA, 2009)



Aneta (fot. YEA, 2009)



Ewelina (fot. YEA, 2009)



Asia (fot. YEA, 2010)

poniedziałek, 5 lipca 2010

Proszę strzelać do lektora

Przyjęło się w naszym kraju, że wszelkie zagraniczne filmy i programy czyta lektor. Jest to dosyć unikalny sposób na przybliżenie widzowi treści importowanych produkcji, gdyż przeważnie stacje telewizyjne posługują się dubbingiem (tj. pokładaniem osobnego głosu pod każdego aktora) lub też wyświetlają tzw. "napisy" (ang. subtitles). Dubbing pozbawia nas co prawda jakiejkolwiek możliwości obcowania z oryginalnym językiem filmu, lecz aktorzy posługują się "swoimi" głosami, co niejako pozwala na zachowanie pewnej estetyki przekazu werbalnego. Napisy odrywają nas od śledzenia akcji i uniemożliwiają młodszym czy też wolno czytającym widzom obcowanie z dziełem filmowym, jednak mają tę ogromną zaletę, że zachowują język oryginału.

Niestety w Polsce od dziesięcioleci tłumaczenie filmu polega na "dowaleniu" lektora. Takie rozwiązanie skutecznie morduje warstwę dźwiękową oryginału gdyż widz jest pozbawiony możliwości obcowania z grą aktorską, która przecież polega nie tylko na operowaniu ciałem, lecz również na wykorzystywaniu głosu. Lektor zagłusza w ten sam sposób muzykę i odgłosy tła, przez co nasze doznania słuchowe są dramatycznie zubożone.

Głos lektora wprowadza również dysonans. Z jednej strony śledzimy ścieżkę dźwiękową w języku polskim, gdyż jest ona po prostu lepiej słyszalna, ale podświadomie (a niekiedy jak najbardziej świadomie!) rejestrujemy przecież, że aktorzy coś tam w swoim języku oryginału plotą. Niestety nie sposób usłyszeć co, gdyż zagłusza ich lektor... Nie tylko film czy program traci na spójności, ale również męczymy się, gdyż do naszych uszu docierają dwa strumienie dźwięków. Prostą metodą na sprawdzenie, w jakim stopniu hałas w tle potrafi być męczący, jest wyłączenie w nocy komputera. Zapada wtedy taka głucha cisza...

Posługiwanie się masowo lektorem ma również dwie negatywne konsekwencje społeczne. Po pierwsze, polski widz jest systematycznie rozleniwiany i rozpieszczany, gdyż usłużny głos męski zawsze przeczyta mu listę dialogową. Jeśli latami posługujemy się taką podporą, taką protezą, trudno nam potem stanąć na własnych nogach i obejrzeć film w wersji oryginalnej. A przecież takie rozwiązanie stosują nie tylko stacje telewizyjne, lecz również dystrybutorzy płyt DVD umieszczają wielkie oznaczenia na pudełkach – Wersja z lektorem!!! Skoro opłaca się dogrywać lektora na płytach DVD, widocznie jest zapotrzebowanie i biznes odwołujący się do ludzkiego lenistwa i wygodnictwa jest opłacalny. Jest jednak jeszcza druga negatywna konsekwencja posługiwania się lektorem, która zakrawa już o zbrodnię społeczną. Niewykorzystywanie napisów przekłada się wprost na niższą sprawność czytania w społeczeństwie polskim. Zamiast wykorzystać możliwość powiązania czytania z pozytywnym bodźcem, przez kilkanaście początkowych lat życia każemy obywatelowi obcować ze słowem mówionym, a potem dziwimy się, że obywatel podnosi wrzask widząc film z "sabtajtalami"... Tu się nie ma czemu dziwić, tu należy się zastanowić, dlaczego nadal trwa ten sabotaż edukacyjny i kulturowy.

Sytuacja jest dla mnie oczywista: należy natychmiast zlikwidować instytucję lektora w państwowej telewizji i wprowadzić stosowanie napisów we wszelkich obcojęzycznych programach. Mało tego, uważam, że usprawiedliwione byłoby ustawowe zmuszenie prywatnych stacji telewizyjnych do przyjęcia takiego samego rozwiązania, gdyż interes społeczny jest tu nader ważny, a strat nikt nie poniesie. Stacje telewizyjne i tak dysponują listami dialogowymi, a nie sądzę, by wyświetlenie ich było droższe od mozolnego, lektorowego dukania. Co zyskujemy? Odcinamy młodszą, nie czytającą jeszcze widownię od niepożądanych treści. Zachęcamy do systematycznego, wieloletniego czytania, doprowadzając po pewnym czasie do sytuacji, że nikt nie będzie traktował tej czynności jako przykrej. Wręcz przeciwnie, stanie się ona zautomatyzowanym odruchem, czymś co odbywa się "w tle". Oczywiście zdaję sobie sprawę z tego, że napisy to specyficzna, zubożona forma tekstu pisanego, lecz jest to lepsze niż nic. Kolejnym zyskiem jest zachowanie spójności artystycznej filmu, choć pewnie wyjątkowe marudy mogłyby protestować, że napisy to TAKŻE ingerencja w dzieło. Lepiej jednak poświęcić dwie linijki na napisy, niż drastycznie redukować warstwę audio. Największym jednak zyskiem będzie dostarczenie widzom tzw. "input", czyli "wsadu językowego".

"Wsad językowy" to nic innego jak wszystkie przypadki świadomego i nieświadomego obcowania z językiem obcym, czyli to, co czytamy i słuchamy. Wsad ten jest nam niezbędny do wykształcenia prawidłowych odruchów, takich jak choćby dobra wymowa czy intonacja, a im więcej tego wsadu, tym lepiej dla nas. Już pewnie widać, w jaką stronę zmierza moje rozumowanie. Tak! Obecność lektora w telewizji pozbawia nas TYSIĘCY godzin obcowania z mówionym językiem angielskim. Załóżmy, że oglądamy systematycznie anglojęzyczne filmy i programy w telewizji od ósmego roku życia po 2 godziny dziennie. Daje to 730 godzin rocznie, co przekłada się po dziesięciu latach na ponad SIEDEM TYSIĘCY godzin. W tym samym czasie nauka w szkole – przy założeniu, że uczymy się po 3 godziny tygodniowo od pierwszej klasy szkoły podstawowej – przekłada się na 1440 godzin obcowania z angielskim (12 lat x 40 tygodni x 3h). Poprawka – godzina szkolna trwa przecież 45 minut. W szkole będziemy więc uczyć się angielskiego przez 1080 godzin... Takiej ilości "wsadu" nie otrzymamy w szkole nigdy.

Oczywiście czym innym jest aktywna nauka (szkolna czy pozaszkona), a czym innym pasywne obcowanie z programem telewizyjnym. Jeśli chcemy zapoznać się regułami języka obcego, wykonać kilka ćwiczeń czy przyswoić słownictwo, musimy to robić w sposób świadomy i aktywny. Posuwamy się wówczas szybko do przodu. Jednak dołożenie do aktywnej nauki "wsadu językowego" w postaci oryginalnych filmów czy programów telewizyjnych pozwala przyśpieszyć i usprawnić proces uczenia się. Mówiąc "po naszemu": z filmów podłapiemy pewne zwroty i wyrażenia, przyswoimy słownictwo, zainfekujemy się naturalną wymową. Wszystko to odłoży się nam gdzieś w głowie i będzie czekać na swoją chwilę.

Co ciekawsze, Ministerstwo Edukacji Narodowej zupełnie ignoruje taką metodę podniesienie kompetencji językowych Polaków. O ile zrozumiałe jest to, że komunistyczny reżim nie widział żadnego interesu w propagowaniu znajomości języka angielskiego, dziwne jest, że z jednej strony założenia reformy programowej kładą nacisk na obniżenie wieku, w którym rozpoczyna się nauka języka obcego, a z drugiej strony, nikt z ekspertów czy pracowników Ministerstwa nie propaguje tak prostej metody wspomagania nauki języków obcych, jakim byłoby wyeliminowania lektora z telewizji. Aż prosi się o zapoczątkowanie inicjatywy obywatelskiej, która za cel postawiłaby sobie wyeliminowanie prawne lektora z telewizji państwowych i prywatnych.

Na koniec pewna rekomendacja książkowa. Osobom zainteresowanym przekładem audiowizualnym polecam książkę Pana Arkadiusza Belczyka "Tłumaczenie filmów". Książka niedroga, a zawartość bardzo ciekawa. Polecam!

Więcej o książce tutaj



linki:
Nauka języków obcych w Polsce na poziomie europejskich standardów
Informacja na stronie MEN tutaj