poniedziałek, 30 grudnia 2013

Jak nauczyć się pisać do matury rozszerzonej z angielskiego




Przygotowując uczniów do egzaminu maturalnego na poziomie rozszerzonym bardzo dużo czasu poświęcam na naukę pisania. O ile jeszcze kilka lat temu uczniowie dysponowali umiejętnością pisania w języku polskim, teraz trzeba uczyć ich właściwie wszystkiego od zera. Muszę więc przypominać jak buduje się zdanie w języku angielskim, wyjaśniać czym jest akapit, ćwiczyć budowanie zdań złożonych i pokazywać, w jaki sposób zdania muszą się układać jak cegły w murze. Itede, itepe. Poniżej kilka prostych porad.

1. Pamiętaj o szyku zdania angielskiego

Najczęściej występującym szykiem zdania w języku angielskim jest PODMIOT + ORZECZENIE. O ile w języku polskim możemy dowolnie przestawiać elementy, nie możemy tak robić w języku angielskim. Zwróć uwagę, że poniższe zdania są dopuszczalne w języku polskim (choć niektóre dziwnie brzmią):

Mały kotek zjadł dużą rybę.
Dużą rybę zjadł mały kotek.
Mały kotek dużą rybę zjadł.
Zjadł mały kotek dużą rybę.

W angielskim możemy to zdanie zapisać tylko w jeden sposób:

The little cat ate the big fish.

Oczywiście istnieją wyjątki od reguły PODMIOT + ORZECZENIE. Najważniejszą z nich jest konstrukcja THERE IS/ARE, w której podmiot znajduje się na drugim miejscu:

There is a cat on the table.

Do bardziej zaawansowanych struktur należy szyk przestawny (tzw. “Inversion”), a jako osoba przystępująca do matury na poziomie rozszerzonym powinieneś ją znać. Inwersja jest dobrze opisana w książkach Virginii Evans “FCE Use of English 1” (jednostka 10) oraz “FCE Use of English 1” (jednostka 12). Proszę jednak pamiętać, że inwersję stosujemy w wypracowaniach z umiarem.


2. Stosuj konstrukcje, które znasz dobrze

Pisząc wypracowanie na poziomie rozszerzonym pamiętaj o tym, by pisać… prosto i przejrzyście. Egzaminator ma do poprawienia w danym dniu kilkadziesiąt prac, więc będzie bardzo zadowolony, jeśli przeczyta pracę napisaną zrozumiale, bez spiętrzenia dziwacznych konstrukcji i niezrozumiałych zdań. Lepiej wykorzystywać konstrukcje gramatyczne, co do których jesteś absolutnie pewien, że znasz je doskonale. Jeśli w pracy nie ma błędów, nie tracisz punktów. To takie proste.


3. Nie kalkuj z języka polskiego

Uczniowie często piszą wypracowanie tak, że zapisują je po polsku, a potem dokonują tłumaczenia na angielski. Niekiedy przekładają swoje wypociny “słowo w słowo”, a efekty tego są tragiczne. Przykładem może być kalkowanie konstrukcji “Ja i moja mama”. Uczniowie utrzymują polski szyk i wychodzi nam:

*I and my mother. (Lingwiści używają * aby oznaczyć błędne konstrukcje)

W języku angielskim “I” zawsze znajduje się na końcu:

My mother and I (went shopping)
Tom, Mike and I (watched the film)

Jeśli więc masz problemy z wysłowieniem się, pamiętaj, że zawsze da się daną rzecz wyrazić na różne sposoby. Napisz to inaczej. Napisz to prościej. I przede wszystkim – staraj się od razu pisać po angielsku.


4. Stosuj “linkers” i “connectors”

Wypracowanie nie jest zbiorem niepowiązanych zdań. Niestety wielu uczniów o tym zapomina i często powtarza się (zupełnie niepotrzebnie), albo wyskakuje nagle ze zdaniami, które nijak się mają do tego co jest przed nimi i co jest po nich. Aby twój tekst był dobrze zorganizowany i wewnętrznie spójny, musisz wykorzystywać tzw. “linkers” i “connectors”, czyli wyrazy w rodzaju: “because”, “as”, “since”, “on account of”, “due to”, “first”, “second”, “however” itp. Pozwolą ci one tworzyć dłuższe i bardziej złożone zdania, a także ułatwią pokazanie relacji zachodzących między zdaniami (kontrastu, sekwencji, przykładu, rezultatu itp.) Pomogą ci też połączyć zdania w dłuższe, logiczne sekwencje.
Musimy tutaj zwrócić uwagę na interpunkcję i dwa problemy z nią związane. Po pierwsze, w angielskim stosuje się przecinek o wiele rzadziej niż w języku polskim (i nie umieszcza się go przed “that”!). Po drugie, przecinek nie jest jedynym znakiem interpunkcyjnym, jaki możesz użyć w wypracowaniu. Pamiętaj o średniku (;) i dwukropku (:), a także o myślniku (–). Wypracowanie, które zawiera różnorodne znaki interpunkcyjne, jest łatwiejsze w czytaniu i bardziej atrakcyjne wizualnie.


5. Minimum cztery akapity

Niezależnie od tego, jakie wypracowanie piszesz, pamiętaj, że musi się ono składać przynajmniej z czterech akapitów (po angielsku “paragraphs”). Pierwszy akapit to wprowadzenie (“introduction”), dwa następne to rozwinięcie (“body”), a jeden akapit musisz zarezerwować na podsumowanie (“conclusion”). Ponieważ limit wyrazów, jakim dysponujesz, nie jest zbyt wielki (200–250 słów), raczej nie zajdzie potrzeba, byś musiał skorzystać z piątego akapitu. Pamiętaj też, że wprowadzenie i podsumowanie są krótkie, czyli powinny liczyć po 2-3 zdania. Twój plan powinien wyglądać następująco:

1) wstęp (maks. 40 wyrazów)
2) pierwszy akapit rozwinięcia (60-80 wyrazów)
3) drugi akapit rozwinięcia (60-80 wyrazów)
4) podsumowanie (maks. 40 wyrazów)


6. Jaki rodzaj wypracowania wybrać?

W puli zadań maturalnych znajdują się cztery typy wypracowań: rozprawka, opowiadanie, opis oraz recenzja. Przygotowując się do matury na poziomie rozszerzonym, poświęć przynajmniej 80% czasu na ćwiczenie rozprawki, czyli tzw. “For and Against Essay”. Ten rodzaj tekstu występował do tej pory na każdej maturze i nic nie wskazuje, aby w roku szkolnym 2013/14 miało być inaczej. Niestety istnieje cień szansy, że CKE zaszaleje i rozprawki na maturze nie będzie, więc musisz też zapoznać się z pozostałymi typami zadań. Wykonałem sobie zestawienie tematów wypracowań, jakie do tej pory pojawiały się na maturze pisemnej i widać jasno, że na pierwszym miejscu jest rozprawka, potem opowiadanie, a za nimi plasuje się opis. Recenzja pojawia się bardzo rzadko.


7. Past papers, głupku!

Najlepszą metodą przygotowania się do każdego egzaminu jest przerobienie arkuszy z lat poprzednich. Wszystkie arkusze maturalne można ściągnąć ze strony CKE (znajdują się tutaj), a jeśli wolimy mieć je w formie papierowej, najlepiej kupić zestaw zadań z wydawnictwa Omega (tutaj). Wydawnictwo Omega od wielu lat wykonuje i zamieszcza na swojej stronie nagrania tekstów do zadań maturalnych, co bardzo nam się przyda przy części “Rozumienie ze słuchu”. Zestawienie tematów wypracowań na poziomie podstawowym i rozszerzonym od 2005 roku można pobrać z chomika tutaj.


8. Jak się tego wszystkiego nauczyć?

Pewnie nie zdradzę tu wielkiej tajemnicy, jeśli podam, na czym opiera się polska matura rozszerzona. Otóż osoby tworzące maturę oparły kryteria oceniania wypracowań na zaleceniach znajdujących się… w podręcznikach autorstwa Virginii Evans. Jeśli chcesz się przygotować dobrze do pisania wypracowania na maturze rozszerzonej, zaopatrz się w te książki i przerób wskazane rozdziały. Musisz też znaleźć kogoś, kto sprawdzi wypracowania, ale z tym już nie mogę pomóc (choć jeśli mieszkasz w Bielsku-Białej lub Andrychowie, zawsze możesz umówić się ze mną na lekcje :) ).

Virginia Evans “Successful Writing INTERMEDIATE”, Express Publishing

U6 Describing People
U7 Describing Places/Buildings
U8 Describing Objects
U9 Describing Festivals/Events/Celebrations

U10 First-person Narratives
U11 Third-person Narratives

U12b Reviews

U13 “For and Against” Essays
U14a Opinion Essays



Virginia Evans “Successful Writing UPPER-INTERMEDIATE”, Express Publishing

U1 Describing People 
U2 Describing Places/Buildings
U3 Describing Objects
U4 Describing Festivals/Events/Celebrations

U6 Narratives – Stories

U10 “For and Against” Essays
U11 Opinion Essays

U19 Reviews

Dla osób, które chcą uzyskać bardzo wysoki wynik z egzaminu pisemnego, przydatna będzie trzecia książka z tej serii. Proszę się nie zrażać oznaczeniem “Proficiency” – jest bardzo na wyrost, a sam podręcznik ma raczej poziom C1.


Virginia Evans “Successful Writing PROFICIENCY”, Express Publishing

U1 Describing People 
U2 Describing Places/Buildings
U3 Describing Objects
U4 Describing Festivals/Events/Celebrations

U5 Narratives

U6 Discursive Essays
a. For and Against Essays
b. Opinion Essays

U9c Reviews




niedziela, 29 grudnia 2013

Tłumaczeniowe blupery



Angielski wyraz „blooper”, który zdaje się już funkcjonować w języku polskim jako zapożyczenie (stąd tytułowy „bluper”) jest to błąd popełniony przez aktora w czasie kręcenia filmu, który został odpowiednio wcześnie wyłapany i usunięty z gotowego dzieła. Niekiedy wrzuca się blupery do napisów końcowych celem rozbawienia publiczności. Dzisiaj opowiem o moich trzech tłumaczeniowych bluperach, czyli nieziemskich błędach, jakie udało mi się popełnić i – na szczęście! – wyłapać w tłumaczonej przeze mnie jakiś czas temu antologii „Najlepsze Horrory A.D. 2012”.

Jak głosi jedna z definicji, dżentelmen to facet, który nazwie kota kotem, nawet jeśli się o niego potknie w nocy. Tłumacząc opowiadanie Petera Strauba „Kicuś to smaczny chleb” potknąłem się właśnie o kota (po odkryciu błędu zachowałem się jednak jak antydżentelmen). Otóż jednym z pomniejszych, lecz istotnych elementów opowiadania (innych elementów u Strauba zresztą nie ma) jest kot imieniem Jude. Kiedy po raz pierwszy natknąłem się niego, został nazwany imieniem, więc sprawa była prosta – imię zostaje oryginalne. W moim mózgu musiało chyba dojść do chwilowego wyłączenia Translatorskiego Ostrzegacza, który zwykle w takich momentach wyje z siłą alarmu przeciwlotniczego, gdyż nastąpiło niezwykłe połączenie: Jude to kot, kot to on, Jude jest chłopczykiem. Nie chciało mi się nawet sprawdzić, czy Jude to imię męskie czy żeńskie, a gdzieś w mojej podświadomości obijała mi się informacja zapamiętana z pewnego eksperymentu lingwistycznego Adele Goldberg, że wiele imion angielskich jest niejako „biseksualnych” i nadaje się dla chłopców i dziewczynek. Imię „Pat” może być nadane chłopcu, a może być zdrobnieniem od „Patricia” (Jedyne „biseksualne” polskie imię, jakie przychodzi mi do głowy to „Maria”). Być może zadziało też skojarzenie z Jude'em Law, jednym z moich ulubionych aktorów. Kolejne skojarzenie to Jude the Apostle (Judasz), czy Jude z powieści Thomasa Hardy'ego „Jude the Obscure” (Juda Nieznany). Wszyscy to faceci. Kot Jude stał się więc dla mnie chłopcem i koniec.

Życie bywa złośliwe i przewrotne, dlatego więc ręką Petera Strauba nakreśliło dla mnie paskudną pułapkę: kilkanaście stron dalej autor, pisząc o kocie, używa zaimka osobowego „she”... Translatorski Ostrzegacz zareagował tym razem błyskawicznie i waląc mnie w potylicę rozwrzeszczał się: „A widzisz! A widzisz! Teraz będziesz cofał się i poprawiał!” Przetarłem czoło, cicho nazwałem kotkę… nieważne jak nazwałem, i przyjąłem do wiadomości, że pan kot to jednak dziewczyna, TA Jude. Co prawda źródła internetowe informują, iż Jude to raczej imię męskie, a w formie żeńskiej funkcjonuje jedynie jako zdrobnienie od Judith, lecz autor chyba wiedział, co robi, używając zaimka „ona”. Musiałem cofnąć się, przejrzeć tekst i skrupulatnie poprawiać wszystkie „Jude zamiauczał” na „Jude zamiauczała” itd. Ponadto redaktor i korektor dostali zalecenie, aby upewnić się, czy przypadkiem nie pominąłem jakiegoś czasownika i kotka magicznym sposobem nie staje się nagle kotem. Taki bluper odpowiadałby sytuacji, kiedy w filmie aktorem wychodzący z pomieszczenia w niebieskim sweterku wraca do niego ubrany w sweterek zielony.

Drugi bluper wyskoczył przy tłumaczeniu opowiadania Morta Castle’a „Czas Gedeona”. Pierwszy przekład na język polski powstał wiele, wiele lat temu, i mówiąc krótko – tłumacz nie przyłożył się do niego. Wiele zdań jest pominiętych lub przetłumaczonych bardzo ogólnikowo. Redakcja nawet nie sprawdziła, czy przekład odpowiada długością oryginałowi. „Czas Gedeona” z pewnością zasługiwał na lepsze potraktowanie.

Z większością śliskich miejsc poradziłem sobie, lecz w jednej ze scen pada następujące zdanie (mowa o więźniu złapanym przez amerykańskich żołnierzy):

They had him cocooned in rope, more than enough, Sgt. Taylor said, "to bulldog an elephant."

Nie znałem wyrażenia, które użył sierżant Taylor, więc rzecz jasna zajrzałem do kilku słowników. Zaskoczenie było spore. Jak to się teraz mówi: no i lipton. Nothing. Nic. Niczewo. Ani pod hasłem „bulldog”, ani pod hasłem „elephant” nie udało mi się znaleźć sensownych wyjaśnień, niczego, co pokazałoby mi choć zgrubny kierunek, w jakim ma zmierzać tłumaczenie. Wstyd się przyznać: pojechałem więc po bandzie i w pierwszej wersji mojego przekładu pojawił się taki oto kwiatek:

Był solidnie obwiązany liną, aż za bardzo. Sierżant Taylor powiedział „słoń dla buldoga”.

Męczył mnie jednak ten fragment strasznie. W czystej desperacji guglowałem definicje angielskie, szukając wyrazu „bulldog” używanego jako czasownik. The Free Dictionary pokazał mi takie znaczenie: 

To throw (a calf or steer) by seizing its horns and twisting its neck until the animal falls.

To już mi rozjaśniło coś w głowie. Po prostu żołnierze obwiązali więźnia liną jak starannie, że starczyłoby jej na spętanie słonia. W ostatniej chwili, w trakcie ostatniej korekty wyrzuciłem „słoń dla buldoga” i wstawiłem:

Był solidnie obwiązany liną, aż za bardzo. Sierżant Taylor określił to mianem „prowadzenia słonia na sznurku”.

Trzeci bluper okazał się o wiele bardziej wielopiętrowy i przewrotny. Uprzedzam czytelników opowiadania Kaaron Warren „I możesz już tylko oddychać”, że tu będzie SPOILER, więc od tego momentu czytamy na własną odpowiedzialność.

Bardzo ważną postacią w opowiadaniu Warren jest „chudy mężczyzna”. Tym razem Translatorski Ostrzegacz zareagował poprawnie; Warren wyraźnie nawiązuje do Pana Śmierci (tak, Death, inaczej The Grim Reaper, to dla Anglosasów facet), więc trzeba się pilnować. Miałem do wyboru jedną z trzech strategii: „leave it as it is”, czyli nasz „tall, thin man” będzie w przekładzie jednoznacznie mężczyzną; mogłem dokonać uzasadnionej podmiany na Panią Śmierć i w przekładzie pisać o kobiecie; mogłem też rozmyć kwestię płci i używać bardzo pojemnego słówka „postać”, które pozwoliłoby czytelnikowi podkładać sobie pod nie dowolnego humanoida. Żeby trochę poszerzyć możliwą interpretację opowiadania zdecydowałem się na bramkę numer trzy – „wychudzony mężczyzna” stał się więc „wychudzoną postacią”. Elegancko, no nie?

W połowie opowiadania Warren zdecydowała się na jeszcze mocniejsze ukonkretnienie tajemniczej postaci i napisała, że „He smelt strongly of aftershave [...]”. No nie ma bata... Nikt mi nie wmówi, że kobiece postaci zalatują wodą po goleniu – w każdym katalogu z kosmetykami „aftershave” jest w sekcji „for him”. Translatorski Ostrzegacz siedział obok mnie trzymając się rękami za głowę i zawodząc, a ja mogłem jedynie powtórzyć to, co rzekł Siara w filmie „Kiler-ów 2-óch”: No i w pizdu, i wylądował. I cały misterny plan też w pizdu. Zatrzasnąłem się na tej wodzie po goleniu: skoro woda, to wychudzona postać jest facetem i nawet nie pomyślałem o tym, aby odkonkretnić jakoś ten zapach. Przestawiłem zwrotnicę z tłumaczeniem na pierwszą strategię i obok „wychudzonej postaci” zacząłem wprowadzać określenie „wychudzony mężczyzna”.

Przez moją głowę przemknął później pomysł wykonania trzech (sic!) przekładów: jednego w wersji „mężczyzna”, drugiego w wersji „kobieta”, a trzeciego w wersji „bezpłciowa postać”. Oczywiście trzeba by za każdym razem dopasowywać ten nieszczęsny zapach, lecz przecież to nie problem. Stało się jednak to, co zawsze: wygrała konieczność tłumaczenia pozostałych opowiadań do antologii, nie miałem już czasu sporządzać alternatywnych przekładów opowiadania Warren. 

Osobną kwestią jest to, w jakim stopniu tłumacz ma prawo wpuszczać powietrze do balonika cudzego opowiadania albo go z niego upuszczać. W jakim stopniu może bawić się takimi „strzegółami” jak to, czy zapach był wodą po goleniu, wodą kolońską, a może „tym perfumem” (nie cierpię tej formy!) i w zależności od wyboru decydować o płci kluczowej postaci, a co za tym idzie, o sposobie odczytania opowiadania. W tym konkretnym przypadku ta kwestia nie wydaje mi się istotna. Czy będziemy mieli do czynienia z tajemniczą postacią czy tajemnicznm mężczyzną, sens opowiadania zostanie zachowany. Niemniej jednak temat – i samo opowiadanie – nadają się doskonale na 90-cio minutowe seminarium poświęcone granicom swobody twórczej tłumacza. Czy ja te granice przekroczyłem, czytelnicy ocenią już sami.


niedziela, 15 grudnia 2013

Co się stało z naszym szkolnictwem



Nauczam języka angielskiego studentów translatoryki stosowanej. Przeważnie prowadzę zajęcia z przedmiotów praktycznych na I roku, czyli ostatnimi czasy męczę studentów gramatyką praktyczną. Na pierwszych zajęciach lubię ze studentami porozmawiać, ponieważ ciekawi mnie, kto też pojawił się w naszych murach. Pytam o szkoły, do których uczęszczali, o podręczniki, z których się uczyli, o zajęcia dodatkowe z angielskiego, na jakie uczęszczali, a także o kontakt (nie daj boże) zawodowy z językiem angielskim.

W tym roku dyskusja zajęła całe pierwsze zajęcia, a ja nieopatrznie zadałem pytanie: „How did you learn English?” Studenci mieli sobie w grupkach zrobić wykaz wszelkich metod i sposobów, jakie wykorzystywali dotychczas, aby przyswajać język angielski. Potem każda grupa dzieliła się z nami swoją listą. Czego się dowiedziałem?

Na pierwszym miejscu pojawiły się metody i źródła powszechnie dostępne: słuchanie muzyki i przyswajanie angielskich tekstów; oglądanie filmów i filmików w internecie; granie we wszelkiego rodzaju gry (konsolowe, pecetowe i sieciowe). Niektórzy studenci przyznali się też do czytania książek w języku angielskim, lecz raczej określili to mianem eksperymentów z czytaniem „czegoś dłuższego”. Oczywiście na liście pojawiły się też kursy językowe oraz korki, ale studenci nie uznali ich za szczególnie rozwijające.

Potem przedstawicielka jednej z grup rzuciła „school”. Reakcja osób na sali – a było ponad dwadzieścia – trochę mnie zaskoczyła. Ja pisałem ten wyraz na tablicy, a studenci ryknęli śmiechem. Na moje pytanie „What’s so funny about school?” posypała się długa lista skarg i pretensji. Dwa główne zarzuty wystawiają dość niepochlebną laurkę szkole jako instytucji. Przede wszystkim studenci poinformowali mnie, że szkoła w koło Macieju uczy tego samego. Pewne zagadnienia przerabia się w szkole podstawowej, potem jeszcze raz w gimnazjum, a potem od nowa w liceum. Efekt tego jest taki, że bezustannie wałkowane są kolory i liczby, osoby zdolne tracą zaś jakąkolwiek motywację do nauki. Wszyscy zgodnie przyznali, że już na etapie gimnazjum (!) nie nauczyli się nic nowego. To rzecz jasna subiektywna ocena studentów – pytanie jak to faktycznie jest z powiększaniem zasobu wiedzy na trzech kolejnych etapach kształcenia.

O ile mogę jeszcze zrozumieć niskie wymagania i kształcenie według „spiralnego” rozkładu materiału (co zakłada systematyczne wracanie do zagadnień przerobionych wcześniej), drugi zarzut względem szkoły może odebrać nadzieję na przyszłość. Nauczyciele zostali określeni mianem osób „bez pasji”. Na moją prośbę, by jakoś wyjaśnili mi, na czym to polega, otrzymałem obraz typowej lekcji z języka angielskiego. Pozwolę sobie zacytować in extenso: „Pani nam mówiła, od której strony mamy sobie przerabiać ćwiczenia w podręczniku. Potem mieliśmy pół godziny na zajęcie się nimi. Potem pani dyktowała nam odpowiedzi z klucza, więc po paru lekcjach olewaliśmy robienie zadań, bo wiedzieliśmy, że i tak nam wszystko podyktuje”. Po moją szczękę musiałem zejść do przyziemia.

Na naszej liście pojawiło się sporo pozycji. Jednym z ciekawszych odkryć było to, że kilka osób prowadzi „wewnętrzne monologi” po angielsku. Taka metoda ćwiczenia płynności wypowiedzi została podana przez jedną ze studentek ze sporym zawahaniem. Ku zdumieniu całej grupy nie wyśmiałem jej, lecz sam potwierdziłem, że kiedyś taką metodę stosowałem. Studenci zresztą bardzo skarżyli się na brak umiejętności wypowiadania się po angielsku, a także na brak okazji w szkole do posługiwania się angielskim w formie werbalnej.

Kiedy już skompilowaliśmy i przedyskutowaliśmy naszą listę, wziąłem do ręki gąbkę i rzuciłem po raz ostatni okiem na tablicę. I wtedy jakby piorunem mnie poraził. Na liście nie było… słowników.

Na moje dalsze zapytania uzyskałem bardzo smutną odpowiedź: „Jak nie wiem to sprawdzam w necie, albo wrzucam w Google Translator”. Studenci korzystają z różnych darmowych stron, gdzie z jakością i rzetelnością przekładu haseł bywa różnie. Porządne słowniki internetowe w rodzaju Cambridge Dictionaries Online albo Longman English Dictionary Online są im nieznane. Słowniki papierowe… A co to jest?

Stałem tam na środku i zastanawiałem się równocześnie nad dwoma rzeczami. W jaki sposób można przejść sześć lub dziewięć klas ucząc się języka angielskiego i nie zetknąć się z dobrym słownikiem angielsko-polskim albo angielsko-angielskim? Przypomniałem sobie nauczycieli „bez pasji” i coś zaczęło mi świtać w głowie. Druga część mojego mózgu zastanawiała się, w jaki sposób można przejść przez trzy lata filologii angielskiej bądź translatoryki stosowanej bez umiejętności sprawnego posługiwania się słownikami. A ja się potem dziwię nieporadności studentów…

Słownik to podstawowe narzędzie pracy filologa. Tak jak krawcowa musi sprawnie posługiwać się nożyczkami i maszyną do szycia, tak filolog musi mieć dostęp do kilkunastu słowników. I musi wiedzieć, jak z nich korzystać. Uprzedzam tu od razu złośliwe komentarze pod adresem moich studentów i uczelni, na której pracuję. To nie tak, że uczymy jakieś ciężkie przypadki. Często są to całkiem nieźli absolwenci szkół średnich, którym zabrakło trochę punktów, by dostać się na filologię na Uniwersytecie Śląskim. Ich braki w wiedzy nie biorą się z głupoty czy złośliwości. Ktoś po prostu zawalił na wcześniejszych etapach kształcenia, nie przekazał im pewnej wiedzy i nie wpoił elementarnych umiejętności. Ponieważ nasz „catchment area” obejmuje kilkanaście miast aglomeracji śląskiej, grupa stanowi raczej reprezentatywną próbkę absolwentów. Pokuszę się twierdzenie, że gdzieś w systemie wkradł się błąd – pozwalamy nauczycielom na nierzetelną pracę, a skutki tego są straszliwe.

Aby nie być gołosłownym, pokrótce zrelacjonuję jeszcze jedno z moich odkryć. Uważam, że student powinien znać gramatykę angielską solidnie. Bynajmniej nie musi recytować regułek użycia czasów gramatycznych – ma potrafić budować poprawne zdania. Ot, takie abecadło gramatyczne… „Zbuduj twierdzenie, pytanie, przeczenie oraz pytania szczegółowe”. Na kolejnych zajęciach diabełek zachichotał mi nad uchem i rzucił: „Daj im tworzenie pytań!”

Efekt był dość komiczny. W zdaniach kazałem popodkreślać różne wyrazy, a potem trzeba było układać pytania, np. John kicked the ball – What did John kick? Skończyło się na tym, że musiałem tłumaczyć wszystko od zera: jak budujemy pytania o podmiot, jak ustawiamy operatory w pytaniach szczegółowych. Tak, wyjaśniałem też czym się różni „How many boys…?” od „How much water…?” Potem męczyliśmy się wspólnie budując pytania. Jeśli ktoś się zadławił ze śmiechu, czytając te słowa, serdecznie współczuję.

W taki oto sposób zbieramy efekty ćwiczeń typu „pokoloruj drwala” (jak ktoś nie wie, o co chodzi, to se zguglać proszę). Studenci są doskonale wytresowani w zakreślaniu, podkreślaniu, dopasowywaniu i łączeniu. Kiedy jednak przychodzi do manipulowania daną strukturą gramatyczną (tworzenie przeczeń i pytań), wszystko się wali. Na moje radosne pytanie: „Czy państwo tego nie robili w szkole średniej?” dostałem odpowiedź, jakiej się zresztą spodziewałem: „Nikt się o tym słowem nie zająknął, panie magistrze”.

Przeważnie staram się zakończyć każdy z wpisów na tym blogu w sposób konstruktywny. Dzisiaj chciałbym jednak postawić kilka pytań: Drodzy anglyści, dlaczego przestaliście uczyć rzeczy najbardziej elementarnych? Co takiego się stało w szkołach, że nie można uczniów nauczyć porządnie kilku czasów gramatycznych oraz korzystania ze słownika?



poniedziałek, 30 września 2013

Nowy podręcznik – Let's Visit Ireland


Najwyższa już pora uchylić rąbka tajemnicy i zdradzić, nad czym pracuję od kilku miesięcy. Z początkiem 2014 roku premierę będzie miał podręcznik mojego autorstwa pod tytułem Let's Visit Ireland. Jest to tzw. photocopiable resource book, czyli książka z materiałami do kopiowania. Podręcznik prezentuje różnorakie aspekty geografii, historii, kultury oraz życia codziennego Irlandii, czyli Republiki Irlandii oraz Irlandii Północnej. Książka przeznaczone jest jako materiał pomocniczy dla szkół gimnazjalnych i ponadgimnazjalnych, a także szkół językowych. Poziom określam na B1/B2, ale myślę, że przyda się też w szkole podstawowej.



Podręcznik powstał we współpracy z moim przyjacielem, dr. Dariuszem Wójcikiem, który wykłada geografię na Uniwersytecie Oksfordzkim. Dr Wójcik dba o poprawność merytoryczną, a także służył radą przy opracowywaniu koncepcji serii oraz przy układaniu spisu treści tej książki.

Jak podręcznik jest skonstruowany? Znajdziemy w nim 15 lekcji, a każda nadaje się na 90 minut pracy w klasie. Lekcje są jednak tak skonstruowane, aby dało się skorzystać z poszczególnych arkuszy (nie ma przechodzenia tekstów czy ćwiczeń na kolejną stronę), więc można lekcję dowolnie adaptować. Wszystkie teksty – a będzie ich łącznie 30 – zostaną nagrane, a do książki będzie dołączona płyta CD z nagraniami w formacie MP3. Podręcznik będzie więc pozwalał na rozwijanie sprawności czytania i/lub słuchania.

W każdej lekcji znajdziemy ćwiczenia leksykalne, w tym słowotwórstwo oraz kolokacje (w książce znajdzie się 15 grup kolokacyjnych). Myślę, że gimnazjaliści i licealiści bardzo skorzystają z tzw. "guided writing", gdyż takie ćwiczenie również zdecydowałem się uwzględnić. Do tego w każdej lekcji znajdziemy komponent zabawowy w postaci krzyżówki, dużej ilustracji do opisania lub ćwiczenia typu Word Search, Odd Man-out, Word Snake.

Rzecz jasna książka będzie wydana w oprawie z tzw. spiralką. Będzie w niej dużo ilustracji, a na końcu klucz do ćwiczeń. To na razie wstępna informacja o książce. A żeby narobić wszystkim smaka, zamieszczam okładkę :)

Podręcznik ukaże się w wydawnictwie Polonsky www.polonsky.pl . Już w październiku na fanpejdżu wydawnictwa pojawią się pierwsze konkursy, w których będzie można wygrać egzemplarz tej książki, więc zachęcam do polubienia http://www.facebook.com/polonskypublishing

niedziela, 29 września 2013

1001 samochodów, o których marzysz


Jutro ma premierę książka "1001 samochodów, o których marzysz". Jest to kolejna książka z serii "1001...", a dla mnie druga, gdzie jestem współautorem tłumaczenia. Z ogromną przyjemnością wszedłem w świat pojazdów z 60. i 70. XX wieku. Książkę przygotowało wydawnictwo Elipsa, a jej dokładniejszy opis można znaleźć tutaj.


piątek, 27 września 2013

O wygranych i przegranych, czyli rzecz o emigrantach z Polski



Dla Martynki


Ten artykuł został sprowokowany wpisem, jakiego na Facebooku dokonała jedna z moich były studentek. Jest to osoba, która kilka lat temu po studiach wyjechała z Polski, pracowała w kilku krajach i skończyła kolejne studia, tym razem już za granicą. We wpisie oznajmia, że wyjazd z ojczystego kraju dał jej dużo. Potraktujemy więc jej wpis, jako pretekst to rozważań, czy emigracja z Polski to rzecz dobra czy zła.

Jeszcze dziesięć lat temu wyjazd z Polski był rzeczą bardzo drogą i bardzo kłopotliwą. W tzw. "Europie" byliśmy obywatelami drugiej kategorii, a przeprowadzka była uciążliwa i droga. Problematyczne było uznawanie wykształcenia oraz kwalifikacji. Po naszym wejściu do Unii Europejskiej granice nagle się otworzyły, a spadek choćby cen biletów lotniczych doprowadził do tego, że wiele, naprawdę wiele osób pomyślało: "Może warto wyjechać?".

Ważnym powodem dla wielu emigrujących była zapaść gospodarcza, jaka zapanowała w Polsce w latach 2003-2005. Pamiętam sam, jak przecierałem oczy ze zdumienia w sklepach widząc galopujące ceny, a to co działo się na stacjach benzynowych przypominało horror. Wielu ludzi, szczególnie młodych, stało przed dylematem: albo żreć przysłowiową trawę albo wyjechać. I wyjechało.

Głównym kierunkiem dla wyjeżdżających stała się Wielka Brytania, po części ze względu na wysokie zarobki (rzecz jasna w porównaniu z ówczesnymi polskimi), a po części ze względu na łatwość przenosin. Wynajęcie pokoju czy mieszkania jest bardzo łatwe, a praca była w ilości nielimitowanej. (To ostatnie sformułowanie rozumieć dosłownie, ponieważ w UK nie istnieje żaden oficjalny limit nadgodzin, którego pracownik nie może przekroczyć. Pracujesz tyle, ile chcesz.)

Po części idea wyjazdu za granicę uwiodła też "młodych, zdolnych". Wreszcie mogli rozwinąć skrzydła, wyrwać się z polskiego marazmu i bylejakość, popracować w innym kraju, skonfrontować się z zachodnimi koledżami i uniwersytetami. Wydaje mi się, że wpuszczenie nas do Unii Europejskiej miało to właśnie na celu: uwieść fachowców i odebrać nam młodych, pracowitych ludzi. Otwarcie granic dało Polakom wolność, lecz jest w moim przekonaniu wolność w zaspokajaniu swojego egoizmu i swoich pragnień. Dlaczego tak myślę?

Społeczeństwo jest czymś więcej niż sumą jednostek. Działając w pojedynkę lub z rodziną jesteśmy w stanie zbudować dom i zapewnić sobie w miarę godny byt, lecz nasze możliwości kończą się – niemalże dosłownie – na naszym podwórku. Sami nie zbudujemy drogi, nie zapewnimy sobie skutecznej opieki medycznej, nie zorganizujemy edukacji. Do tego musimy mieć pewne instytucje, które – przynajmniej w teorii – będą dbały o to, żebyśmy mieli prąd, wodę i gaz przez 24 godziny na dobę, które zapewnią nam ochronę policji i podeślą karetkę, kiedy dostaniemy zawału. Oczywiście większość czytelników parsknęła właśnie śmiechem, ale proszę czytać dalej.

Nasze społeczeństwo, polskie społeczeństwo, działa. Kulawo, bo kulawo, ale jednak działa. Jednym z przejawów tej działalności jest edukacja. Kiedy urodzi się mały Antek czy Kasia, wiemy, że za siedem lat pójdą oni do szkoły. Ale, ale... Ktoś tę szkołę musiał wybudować; ktoś musiał wykształcić nauczyciela, który w tej szkole uczy; ktoś musiał zbudować chodnik, po którym Antek i Kasia będą szli do szkoły. Te rzeczy nie wzięły się z powietrza. Za zapewnienie infrastruktury (to szkoła, kreda i tablica) ktoś musiał zapłacić i byli to podatnicy. Za pensje nauczycieli, którzy edukowali Kasię i Antka, też musiał ktoś zapłacić. Zgadza, płacili podatnicy. I istnieje domniemanie, cicha umowa społeczna, że Kasia i Antek niejako zwrócą te pieniądze, pracując w naszym kraju i płacąc tu podatki.

Widać tu jasno i wyraźnie perfidię rządów krajów takich jak Wielka Brytania czy Niemcy, które zaplanowały i prowadzą względem Polski politykę neokolonialną. Tak jak przez setki lat Brytyjczycy rabowali swoje kolonie wywożąc z nich surowce i towary, tak samo teraz drenują nasze społeczeństwo kradnąc to, co mamy najcenniejsze: młodych, zdolnych, pracowitych ludzi.

Wyobraźmy sobie taką sytuację. Na naszej działce sadzimy jabłonkę. Przez kilka lat podlewamy ją, przycinamy, dbamy o nią i czekamy, aż pojawią się pierwsze jabłka. Jest to nasza inwestycja i liczmy na zysk w postaci smacznych i zdrowych jabłek, które zjemy z naszą rodziną. Kiedy już na drzewku pojawiły się i dojrzały pierwsze jabłka, przychodzi w nocy złodziej i je kradnie. Nasz "zysk" wyparował, a na kolejne jabłka musimy czekać przez rok.

Alegoria jest oczywista. Jabłkiem jest polskie dziecko, które przez wiele lat pielęgnujemy i w które inwestujemy. Przede wszystkim dzieckiem zajmują się rodzice i to oni poświęcają mu horrendalną ilość czasu i pieniędzy. Jednak w dziecko inwestuje też społeczeństwo i tego nikt nie może kwestionować. Nad Antkiem i Kasią w szkole męczy się pani Ania, która uczy je czytać i pisać. Potem pałeczkę przejmują kolejni nauczyciele i wkładają oni niekiedy mniej, a niekiedy więcej energii w uczenie Antka i Kasi. Edukacja trwa trzynaście lat ("zerówka" jest obowiązkowa) i kosztuje kilkadziesiąt tysięcy złotych. Rzecz jasna, rodzice płacą za to w podatkach, ale kosztem kształcenia jesteśmy niejako obciążeni po równo (nie sposób ustalić, kto płaci za kogo). Analogia ze złodziejem jest nie do końca prawdziwa: dzieci to nie jabłka i mają wolną wolę. Na to właśnie liczą Niemcy, Brytyjczycy czy Francuzi.

Dziwnym nie jest, że młody człowiek chce poznawać obce kraje, a często też chce zarobić na "godne" życie. Dlatego politycy unijni wyją zgodnym chórem o wolności wyboru, o prawie do samostanowienia się, o prawie do swobodnego poruszania się. Doskonale bowiem wiedzą, że z krajów takich jak Polska nie wyjadą emeryci czy pięcioletnie dzieci, ale właśnie młodzi ludzie. Na Zachód będzie ich pędzić ciekawość świata, ambicje, a najczęściej przymus ekonomiczny (co na polski tłumaczy się "nie mam co włożyć do gara"). Jabłko więc chce być zerwane i ukradzione, ponieważ politycy zachodniej Europy tak sprytnie zaprojektowali ten system.

Z punktu widzenia naszego, polskiego społeczeństwa jest to jednak zwykła kradzieć. Człowiek, który emigruje z Polski, nie pracuje tutaj, nie płaci tu podatków, nie buduje tutaj społeczności. Przez kilkanaście lat – niekiedy ponad dwie dekady – pielęgnujemy, uczymy i edukujemy dziecko, a potem tracimy je. Powtórzmy to wyraźnie: tracimy młodego, zdolnego, pracowitego człowieka w szczycie możliwości fizycznych i intelektualnych. Nie piszę tutaj o osobach, które wyjeżdżają na kilka tygodni czy kilka miesięcy, by podreperować swój budżet. Piszę o ludziach, którzy wybrali pracę na zachodnich uniwersytetach. Piszę o ludziach, którzy od kilku lat mieszkają i pracują poza granicami kraju, a do Polski wpadają okazyjnie. Proszę mnie dobrze zrozumieć. Nie oceniam tu indywidualnych decyzji, ani wyborów podjętych przez konkretnych ludzi. Nie mnie to robić. Jednak warto zdać sobie sprawę z istnienia zaiste diabelskiego mechanizmu, który działa jak odkurzacz i odsysa nam co roku kilkadziesiąt tysięcy osób z rynku pracy.

Co dzieje się z emigrantami? Na pewno wiele osób czytających ten wpis pomyślało sobie: Przecież w emigracji nie ma nic złego. Przecież ci ludzi wyjadą, a potem wrócą. Przecież będą przesyłać pieniądze do Polski, będą potem zakładać tu firmy. Wrócą doświadczeni i zahartowani, z pomysłami i kapitałem. O'rly? Nie uważam, by tak miało się stać.

Od wejścia do Unii Europejskiej minęło już kilka lat (za chwilę będzie to dekada). Jakoś nie widać fali wracających z kapitałem i pomysłami. Dzieje się tak dlatego, że emigranci starają się ułożyć sobie życie na Zachodzie. Wynajmują domy, potem je kupują. Potem kupują jeszcze większe. Mają stabilną i dobrze płatną pracę. Zakładają swoje własne firmy. A wiele z tych osób ma dzieci. Stąd decyzja, aby zostać, aby przepracować "jeszcze jeden rok", z którego robi się kolejny rok i kolejny... Po kilku latach nie ma już do czego wracać, ponieważ nikt zdrowy na umyśle nie wróci do zarobków rzędu 1200-2000 złotych na rękę. A próba zbudowania w Polsce własnej firmy mało komu się udaje. Dlatego ci ludzie zostaną w Anglii, Irlandii, Niemczech czy Holandii na wiele, wiele lat. Być może dopiero na starość zdecydują się o powrocie do Polski, gdyż dziwnie to umierać na obcej ziemi.

Diabelskie to zaiste. Pozwalają nam odwalić czarną robotę z wychowaniem i wprowadzeniem w życie młodych ludzi, a potem je od nas, uwodząc je zarobkami i możliwościami. A potem będzie jeszcze gorzej. Za kilkanaście lat zwali się do Polski rzesza emerytów, którzy zażądają dostępu do szpitali, przychodni zdrowia i domów opieki. I kolejny raz będziemy odwalać brudną, niewdzięczną robotę, gdyż ktoś będzie musiał zajmować się tymi starymi ludźmi. Oczywiście, przywiozą oni swoje emerytury, będą mieli zgromadzony pewien kapitał, jednak nie zajmą się budowaniem społeczeństwa, a jeśli już to będą czynić to w niewielkim stopniu, gdyż człowiek w wieku sześćdziesięciu lat nie może już mieć dzieci i nie ma ochoty na ryzykanckie pomysły typu założenie "start-upa".

I na tym polega właśnie neokolonializm XXI wieku: na bezwzględnym i konsekwentnym wydrenowaniu zasobów z innych krajów, a tymi zasobami są obecnie ludzie. To młodzi ludzie mają pomysły i energię, by te pomysły wcielać w życie. To oni są gotowi ponieść ryzyko, by zmienić coś w swoim życiu. I teraz pora na uderzenie się we własną pierś – moje pokolenie, czyli pokolenie obecnych czterdziestolatków, oraz pokolenia starsze, gdzieś popełniły błąd. Nie zapewniliśmy młodym ludziom odpowiednich warunków do pracy i rozwoju. I nie nauczyliśmy młodych ludzi, że jeśli są niezadowoleni z warunków życia w Polsce, to nie powinni z niej uciekać, lecz starać się ją zmienić.

Decyzja o emigracji jest decyzją bardzo trudną. Niekiedy jest to decyzja podjęta w sposób pozytywny (wyjeżdżamy świadomie, kierując się chęcią zdobycia doświadczenia i wiedzy), lecz bardzo często emigracja jest tylko ucieczką. Jednak każdy emigrant to człowiek przegrany – być może tylko na pewien czas – dla społeczeństwa polskiego, gdyż jest to osoba, która podjęła decyzję kierując się wyłącznie interesem własnym. Każdy emigrant może jednak stać się jednostką wygraną dla polskiego społeczeństwa, kiedy zda sobie sprawę z tego, że przebywając za granicą w niczym nie poprawia sytuacji społeczeństwa, które zostawił za sobą, a bycie Polakiem to coś więcej niż posiadanie paszportu z orzełkiem.

Daleki jestem od narzucania komukolwiek co ma robić i jakie decyzje ma podejmować. Być może emigracja na kilkanaście lub kilkadziesiąt lat jest dobra. Być może warto wyjechać do "Ju-Kej", postudiować, popracować, a potem wrócić do Polski. Być może warto poznać miłość swojego życia w postacji Grega czy Lucy i zdecydować się na pozostanie w zagranicznym kraju. Konsekwencje swoich decyzji poznamy dopiero po wielu, wielu latach. Dlatego jedyna rzecz, o którą proszę, to zastanowienie się nad kilkoma kwestiami. Dlaczego wyjeżdżam z Polski? Co takie pociąga mnie w obcych krajach, że decyduję się na wyjazd? Co takiego uwiera mnie w Polsce, że chcę wyjechać? Czy uważam, że mam jakiś dług względem polskiego społeczeństwa? Jeśli tak, na czym on polega i jak chcę go spłacić?

Jeśli jesteś emigrantem i chcesz sobie postawić te pytania – wygrałeś. A prawdziwymi przegranymi będą ci, którzy wzruszą ramionami i powiedzą: "O czym pieprzysz koleś. Wali mnie to". Prawdziwy Polak myśli o swoim kraju i społeczeństwie, które go ukształtowało, i zadaje sobie takie pytania. Niezależnie od tego, czy aktualnie przebywa w Bielsku-Białej, Bradford czy Lejdzie.

(Autor tego wpisu spędził rok w Anglii, wycierając półki w markecie Tesco w Bracknell.)


piątek, 20 września 2013

V edycja Konkursu wiedzy o języku angielskim i kulturze krajów anglosaskich


Można już nadsyłać zgłoszenia na V edycję Konkursu Wiedzy o Języku Angielskim i Krajach Anglosaskich organizowanego przez Wyższą Szkołę Zarządzania i Ochrony Pracy w Katowicach! 

Terminarz konkursu

Termin Konkursu:

I etap (szkolny) – 24 października 2013 r., godz. 10:00

II etap (internetowy) – 21-22 listopada 2013 r.

Finał – 10 grudnia 2013 r., godz. 9:00 WSZOP Katowice


Nagrodą za I miejsce jest tablet.

Termin zgłoszenia szkoły: DO 7-go PAŹDZIERNIKA 2013.

Regulamin konkursu oraz formularze znajdują się tutaj

niedziela, 15 września 2013

Dlaczego podręczniki do języka angielskiego są tak drogie?


Jak co roku we wrześniu rodzice dzieci w wieku szkolnym z zaskoczeniem odkrywają, źe trzeba pociechom kupić podręczniki. Narzekaniom na ceny nie ma końca, a agresywne media i politycy chętnie podchwytują i rozdmuchują temat jakoby zbyt drogich książek. W tym artykule chciałbym wyjaśnić, skąd ceny podręczników się wzięły i co składa się na ich cenę, a potem zastanowimy się, czy książki aby na pewno są tak drogie jak nam się wydaje.

Kiedy na początku lat 90-tych XX wieku na rynek polski wchodziły zachodnie wydawnictwa jak Oxford University Press, Cambridge University Press czy Longam, nie zaprzątały one sobie głowy dostosowaniem cen do polskich zarobków. Importerzy i dystrybutorzy książek dysponowali cennikiem zachodnim i po prostu przeliczali cenę detaliczną książki na złotówki po aktualnym kursie. Nikogo nie obchodziło, że Kowalski czy Nowak zarabia X pieniędzy i jest to kwota kilkanaście razy mniejsza niż zarobki zachodnie. Cena książki była taka sama dla klienta w Anglii, Hiszpanii czy Polsce. Na mojej półce zachował mi się jeszcze egzemplarz pierwszego wydania "Essential English Grammar in Use", który w 1994 roku kosztował 165 tys. złotych. Przypominam, że było to jeszcze przed denominacją (kwotę należy podzielić przez 10.000, aby uzyskać cenę w nowych złotych).

Ludzie kupowali te książki bardzo chętnie, ponieważ "za komuny" nie było po prostu materiałów do nauki języka angielskiego. Wszyscy byli wyposzczeni i potwornie głodni, więc kupowali bez książki, słowniki i kasety bez szemrania. Wiele osób wspomina, że kolorowe książki zachwycały, a ich tematyka była ciekawsza i o wiele bardziej aktualna niż podręczniki Szkutnika czy tandemu Smólska-Zawadzka. Patrząc z perspektywy czasu, widać, że ówczesny rynek był po prostu rajem dla wydawców. Lektorzy obkupywali się w książki, anglistykę chciały studiować tysięce osób rocznie, każdy biegał na kursy, lekcje i korepetycje. W powszechnej świadomości zakodował się mem, że "książki do angielskiego to drogie są, ale cóż poradzić". Wydawcy doskonale o tym wiedzieli i robili wszystko, aby ten trend podtrzymać. Robią tak zresztą do dzisiaj.

Istnieje jednak druga strona medalu. Podręcznik kursowy do języka angielskiego to bardzo skomplikowane narzędzie w przygotowaniu i sprzedaży. Co składa się na jego cenę? Przede wszystkim, musimy zdawać sobie sprawę z tego, że osobą, która nieprzerwanie opiekuje się taką książką od samego początku do końca prac jest redaktor. Dla niezorientowanych wyjaśniam, że redaktor to osoba, która służy za pośrednika między autorem a wydawnictwem, a także dokonuje ustaleń z grafikami, ilustratorami i drukarnią. Zadaniem redaktora jest niejako kształtowanie książki i doprowadzenie jej do stanu, kiedy może ona już ujrzeć światło dzienne. Ponieważ podręcznik kursowy składa się z kilku części, a każda z nich z kilku komponentów, łatwo obliczyć, że redaktor musi zapanować nad kilkunastoma publikacjami, na które składają się: same podręczniki (czyli Student's Book), zeszyty ćwiczeń (czyli Workbook), zestawy nagrań, materiały dodatkowe, podręczniki dla nauczyciela (czyli Teacher's Book). To co wymieniłem stanowi minimum.

Przygotowanie podręcznika jest więc procesem długim i ciągnie się przez kilkanaście miesięcy, a niekiedy nawet kilka lat. Wydawnictwo musi więc zatrudnić redaktora prowadzącego, oraz kilku redaktorów pomocniczych i wypłacać im pensje. A teraz zadajmy sobie następujące pytanie: gdzie powstają ksiąźki kursowe? W Wielkiej Brytanii. Pensje muszą więc być dostosowane do realiów brytyjskich, tak więc samo utrzymanie zespołu redakcyjnego to kilkadziesiąt tysięcy funtów rocznie. Jeśli uwzględnimy zakup sprzętu i oprogramowania, a także koszty materiałów biurowych i utrzymania budynku, łatwo obliczyć, że jedynie prace redakcyjne nad podręcznikiem muszą kosztować kilkaset tysięcy funtów. A to dopiero początek...

Aby powstał podręcznik, ktoś musi przygotować jego treść. Za to odpowiedzialny jest autor, a raczej zespół autorów. Wystarczy zerknąć na okładkę dowolnego podręcznika, aby zorientować, źe nikt nie pisze go w pojedynkę. Dzieje się tak ze względu na dwa ważne powody: raz, że wydawca nie zaryzykuje współpracy z jedną osobą, która z różnych powodów może zawalić termin, a dwa – pracując w zespole można przypisać autorów do poszczególnych części książki i znacznie przyśpieszyć prace. Niestety to przyśpiesznie terminów ze względu na konkurencje zaczyna szkodzić samym podręcznikom. Nawet książki wydawane przez tak uznanych wydawców jak Oxford University Press, które obsesyjnie dbało o jakość, zawierają obecnie błędy w kluczach i literówki.

Autorzy piszący książkę muszą się z czegoś utrzymywać w trakcie pisania, więc wydawca musi wypłacić im zaliczki. Zdajmy więc następne pytanie: kto pisze podręczniki kursowe? Najczęściej to Brytyjczycy bądź Amerykanie (choć coraz częściej trafiają się autorzy innych narodowości). Koszty życia w tych krajach są doskonale znane, więc możemy śmiało obstawiać, że zaliczka dla jednego autora to kilka(naście) tysięcy funtów. Załóżmy, że autorów jest piątka... Właśnie dołożyliśmy do kosztów podręcznika kolejne kilkadziesiąt tysięcy funtów.

Dysponujemy więc zespołem redaktorskim oraz autorami, powstają już jakieś materiały. Musimy zadbać o projekt składu (a to kosztuje), wykupić czcionki i zdjęcia (a to kosztuje), zlecić przygotowanie ilustracji (a to kosztuje). Potem należy wynająć studio nagraniowe i aktorów, którzy dokonają nagrań. To wszystko kosztuje. Gotowy tekst należy sprawdzić, więc musimy zatrudnić korektorów. Koszta rosną, rosną i rosną...

Żadne szanujące się wydawnictwo nie wypuści podręcznika "w ciemno". Materiały przechodzą tzw. pilotaż, czyli wykorzystywane w zaprzyjaźnionych instytucjach, a potem nauczyciele i uczniowie przedstawiają swoje opinie. Rzecz jasna, pilotaż należy zorganizować, a to kolejny koszt.

Kiedy podręcznik jest już gotowy, należy wydrukować część papierową, a płyty muszą zostać wytłoczone. Druk odbywa się często na drugim końcu świata, książki należy więc dostarczyć do hurtowni. Wydawca za wszystko musi płacić. Zaczyna się też kampania reklamowa – kilkaset, a nawet kilka tysięcy egzemplarzy książki trzeba rozdać nauczycielom. Wydawcy organizują też spotkania z autorami podręczników, a także udostępniają materiały w sieci. Wynajęcie sal kosztuje, noclegi kosztują, serwery też trzeba kupić i utrzymać.

Istnieją jednak jeszcze dodatkowe koszta. Duże wydawnictwo będzie utrzymywać zespół naukowców, którzy zajmują się opracowywaniem materiału językowego. Samym jądrem takiego zespołu są osoby odpowiedzialne za tzw. korpus językowy. Sam korpus to prostu olbrzymia baza danych "nakarmiona" tekstami i nagraniami w języku angielskim. Każdy wyraz w takim korpusie jest otagowany na wiele sposobów, a samą bazę można przeszukiwać zadając różne zapytania. Dzięki temu wydawnictwo jest w stanie przygotować różnorodne słowniki – zarówno papierowe jak i internetowe – a także dysponuje bazą przykładów, które można wykorzystywać w podręcznikach i słownikach. Korpus trzeba bezustannie uzupełniać, więc mamy kolejny koszt stały.

A teraz zajmiemy się bardzo drażliwą kwestią, mianowicie gratisami. Dla wydawcy liczy się lojalność klientów, a za takich uznaje się nauczycieli danego przedmiotu. Jeśli przekonamy nauczyciela albo cały zespół w szkole, by skorzystali z podręczników naszego wydawnictwa, uzyskujemy sprzedaż rzędu kilkuset podręczników rocznie. Jeśli pomnożymy to przez cenę podręcznika, okaże się, że każda szkoła jest potencjalnie warta dla wydawnictwa kilkanaście tysięcy złotych rocznie (i mówimy tu o samym angielskim). Musimy więc w jakiś sposób przekonać nauczycieli, że to akurat nasze podręczniki są najlepsze. Wydawcy starają się przypodobać nauczycielom i sprawić, by ich praca była łatwiejsza. W tym celu przygotowywane są tzw. Teacher's Book. Po co nauczyciel ma się męczyć przygotowując lekcje samodzielnie, skoro można można rozpisać zajęcia etap po etapie, a w książce zamieścić też zapisy nagrań i klucze z odpowiedziami? Nauczyciele potrzebują alternatywnych materiałów, więc wydawca płaci za przygotowanie arkuszy z ćwiczeniami i rozdaje je za darmo. Nauczyciel otrzyma również podręcznik za darmo, jeśli przynajmniej kilkunastu uczniów kupi książkę, a także plany wynikowe i rozkłady materiału. Działają tutaj mechanizmy jak w każdym supermarkecie – kupujemy dużo, więc musimy dostać coś ekstra. Nie dzieje się tak, że nauczyciele wymusili coś na wydawnictwach. To raczej wydawcy, rywalizując ze sobą o względy nauczycieli, zaczęli się prześcigać w zgadywaniu myśli i zachcianek.

Nie są to rzecz jasna wszystkie składowe ceny podręcznika, ale zyskujemy już pewne pojęcie, że koszt przygotowania i sprzedaży książki to nie tylko koszt papieru i farby. W cenie podręcznika musi być uwzględniony koszt... wtopy. Nie wszystkie podręczniki sprzedają się świetnie, niektóre ponoszą sromotną klęskę, więc wydawca musi z czegoś pokryć straty. Po pieniądze wyciąga też ręce pazerne państwo – książki objęte są podatkiem VAT w wysokości 5% (dla porównania – w Wielkiej Brytanii nie ma VAT-u na książki). Za to wszystko płaci klient, czyli nabywca podręcznika. No właśnie, ile zapłaci?

Przyjrzyjmy się cenom podręczników, a za przykład niech posłużą podręczniki maturalne. W księgarni Bookcity bestselerami w tej kategorii są "Longman Repetytorium Maturalne 2012. Poziom podstawowy" (cena 65,36), "Matura Repetytorium. Poziom rozszerzony" wydawnictwa Express Publishing (cena 60,80), "Longman Repetytorium Maturalne 2012. Poziom rozszerzony" (cena 65,36), "Oxford Excellence for Matura 2012. Exam builder" (cena 63,75). Jak widać, ceny oscylują w okolicach 60 złotych, za co dostajemy solidną, obszerną książkę wypakowaną zadaniami i ćwiczeniami, a do tego nagrania. Odnieśmy tę kwotę do ceny innych towarów. Jeden podręcznik do angielskiego to równowartość: 4 kaw w Starbucksie, 5 czteropaków piwa Żywiec,  5% ceny podstawowej lustrzanki cyfrowej (Canon 1100D, cena 1199 zł w Media Markt), 4 tanich obiadów zjedzonych na mieście, 10,5 litra lepszej benzyny, mniej niż 2 normalne bilety wstępu do parku rozrywki (Parku Miniatur i Warowni w Inwałdzie, bilet normalny 38 złotych) albo 3 bilety do kina Helios na film 2D. Czy te sześćdziesiąt złotych za podręcznik do angielskiego to jakiś kosmos?

Popatrzmy się na cenę podręcznika z innej strony. Wszyscy uskarżają się na to, że podręcznika maturalnego nie da się przerobić w osiem miesięcy, jakie mają do dyspozycji klasy maturalne. Podręczniki są monstrualnych rozmiarów, a osiem miesięcy przekłada się na niewiele ponad trzydzieści tygodni nauki. Jaki jest tygodniowy koszt podręcznika? Dwa złote za tydzień? Przecież ludzie więcej wydają tygodniowo na hot-dogi czy gumę do żucia, nie wspominając o papierosach.

Powiedzmy jasno, że jeśli chodzi o materiały do języka angielskiego konkurencja na rynku jest ogromna. I dzięki temu ceny są trzymane w ryzach! Każde wydawnictwo z jednej strony chce zarobić jak najwięcej (ponieważ po to wydawnictwa są), lecz z drugiej strony nie moźe przesadzić z kosztami. Za katastrofę uznałbym natomiast sytuację, kiedy nasze kochane ministerstwo Którego-Nazwy-Lepiej-Nie-Wypowiadać wprowadziłoby tzw. otwarte podręczniki elektroniczne. Po pierwsze, byłby problem z czytnikami i tabletami. Zamówienie rządowe wyglądałoby jak przetarg na autostradę – wlokłoby się miesiącami, wszystkie specyfikacje zdąźyłby się zdezaktualiwać, a przepłacilibyśmy za sprzęt przynajmniej pięciokrotnie. Po drugie, kto utrzymywałby podręcznik otwarty? Kto by go aktualizował? Nagle okazałoby się, że jest do tego potrzebny zespół i pochłania on miliony złotych rocznie. Dziękuję ślicznie za taki monopol, wolę to, co mamy teraz.

Pamiętajmy o jednym – podręcznik to narzędzie takie samo jak młotek czy wiertarka. Służy on nam w celu zdobycia wiedzy i tak jak każdy inny intrument ma być wygodny i dobrze skonstruowany. Nie ma młotków za złotówkę, a nawet gdyby takie gdzieś były, należy się zastanowić, co one są warte. Młotek musi kosztować pewną określoną kwotę pieniędzy, i tak samo podręcznik do angielskiego. Zarówno zakup młotka, jak i znajomość języka angielskiego to pewna inwestycja, która z pewnością zwróci się w przyszłości. Niestety w Polsce dominuje niechęć do kupowania książek  (wszelakich, nie tylko podręczników), lecz sądzę, że jest to spowodowane tylko i wyłącznie tym, że uczniowie i rodzice nie widzą bezpośrednich korzyści z zakupy i wykorzystywania podręcznika. A krótkowzroczność rodziców objawia się dodatkowo tym, że nie potrafią odłożyć kilkunastu złotych miesięcznie na książki i co roku są "zaskakiwani" przez szkołę.

Jeśli jednak chcemy oszczędzać i uważamy, że podręczniki do języka angielskiego są za drogie, jest rozwiązanie alternatywne. W tzw. Karcie Nauczyciela znajduje się zapis dający uczącemu całkowitą (!) swobodę w doborze materiałów. Może więc nauczyciel wykorzystać darmowe kursy języka angielskiego choćby ze strony BBC Learning English. Może nauczyciel sięgnąć po nieprzebrane zasoby OneStop English. Można uczyć wykorzystując materiały autentyczne, albo... materiały gratisowe ze stron wydawców. Można uczyć metodami, które wymagają tylko ołówka i kartki papieru (są takie metody). Możliwości jest wiele, trzeba tylko chcieć. Jest też rozwiązanie ultymatywne: nauczyciel może stworzyć sobie własny, autorski kurs dostosowany do siebie i swoich uczniów.* Jednak to my, rodzice, powinniśmy mieć świadomość tego, co w szkole można i jeśli już przeszkadzają nam tak bardzo te megadrogie podręczniki, naciśnijmy na nauczycieli, aby zastosowali alternatywne metody. Inaczej będziemy mogli obwiniać jedynie SIEBIE za swoje lenistwo.


*Uważam, że każdy dobry anglista powinien być w stanie zaprojektować cykl zajęć, a nauczyciel podejmujący pracę w szkole powinien przez dwa lata uczyć z podręcznika, a potem mieć ZAKAZ wykorzystywania innych materiałów niż własnoręcznie opracowane przez trzy lata. Dlaczego? Żeby nie popaść w lenistwo i rutyniarstwo.

niedziela, 8 września 2013

Muzea w Londynie i Oksfordzie


Miłym brytyjskim zwyczajem jest to, że nie trzeba płacić za wstęp do muzeów państwowych. Jeśli mamy okazję spędzić kilka dni w Londynie i chcemy obejrzeć coś ciekawego, możemy spędzić kilka godzin w British Museum i nie będzie nas to kosztować ani pensa.

Niedaleko pałacu Kensington oraz Hyde Parku znajdują się trzy muzea: Natural History Museum, Victoria and Albert Museum oraz Science Museum. Chciałbym przybliżyć w tym artykule dwa pierwsze.

Natural History Museum mieści się w ogromnym budynku w stylu neogotyckim i prezentuje zbiory związane z szeroko rozumianą przyrodą oraz światem zwierzęcym.  Muzeum również posiada kilka interaktywnych wystaw poświęconych anatomii człowieka, a także zbiory minerałów. Największą popularnością cieszą się, rzecz jasna, dinozaury. Wystawa jest bardzo ciekawa, repliki oraz skamieniałości – imponujące, a mechaniczna kukła tyranozaura – odpowiednio przerażająca. Wielkie wrażenie robią prezentowane niżej na zdjęciach szkielety i modele zwierząt morskich, szczególnie jeśli zestawi się z nimi własną osobę.

Muzeum jest rozległe i warto zaplanować zwiedzanie na cały dzień, lub zdecydować się na interesujące nas działy. Do dyspozycji mamy kawiarnię i restaurację, lecz moźna teź przyjść z własnym prowiantem i urządzić sobie piknik na trawniku przed budynkiem. O ile same zbiory są doskonale zorganizowane i opisane, wiele do życzenia pozostawia klimatyzacja, a raczej jej brak. W muzeum jest przeraźliwie duszno, a jest to chyba świadoma polityka, gdyż dziwnym trafem wszędzie znajdują się stoiska z wodą mineralną po funciku za butelkę... Odradzam też zwiedzanie NHM w sierpniu, gdyż wtedy ciągną tu całe rodziny i godzinę po otwarciu nie można już wcisnąć nawet szpilki.

Strona Natural History Museum http://www.nhm.ac.uk/

Na zdjęciu poniżej wejście do Natural History Museum. Kolejka wygląda groźnie, ale czekania było na ok. 15 minut.



Na zdjęciu poniżej wejście detal z dachu.


A tak prezentuje się sala z ssakami morskimi.


Z galerii na pięterku można obejrzeć szkielet wieloryba.


Obok Natural History Museum znajduje się Victoria and Albert Museum. Tym miejscem raczej zainteresują się osoby, którym bliska jest sztuka, w tym także sztuka użytkowa. Bardzo ciekawa była sezonowa kolekcja strojów angielskich z różnych epok. Doskonale przygotowana jest też wystawa biżuterii, która znajduje się w ciemnym pomieszczeniu, a same eksponaty możemy również pooglądać w elektronicznym katalogu. Muzeum jest rozległe i potrzeba nam będzie całego dnia, jeśli chcemy zobaczyć wszystko. Wiele eksponatów można dotknąć (są one oznaczone w specjalny sposób).

Victoria and Albert Museum muzeum jest o wiele spokojniesze niż Natural History Museum, a wnętrza – o dziwo! – są dobrze klimatyzowane. Przy rzeźbach napotkamy wiele osób, które wykonują rysunki i szkice, a osoby z dziećmi czeka miła niespodzianka. Na wewnętrznym dziedzincu znajduje się spory trawnik i fontanna, w której każdy można się chlapać. Anglicy nie mają pod tym kątem żadnych uprzedzeń i co nie jest zakazane, jest dozwolone.

Strona Victoria and Albert Museum http://www.vam.ac.uk/


Na zdjęciu poniżej wystawa rzeźby.



Dziedziniec w Victoria and Albert Museum. Na trawniczku można poleżeć, a w fontannie pochlapać się, albo potrzymać nogi.


W mieście Oksford również znajduje się Museum of Natural History, lecz jest ono o wiele mniejsze niż londyńskie. W budynku przylegąjcym bezpośrednio do jego tyłów jest drugie muzeum, tzw. Pitt Rivers Museum. Przyznam, że o wiele bardziej lubię muzeum oksfordzkie, być może dlatego, że jest łatwiejsze do ogarnięcia. Można obejść je w godzinkę lub dwie bez poczucia przesytu. W muzeum znajdują się różne płazy, gady, skorupiaki i inne paskudztwa, a także sporo skamienialin, minerałów i szkieletów. Wszystko pokazane jest w pięknej, olbrzymiej sali z przeszklonym dachem.

Do Pitt Rivers Museum przechodzi się bezpośrednio z Museum of Natural History, lecz sama ekspozycja robi na mnie zawsze wrażenie misz-maszu. Zgromadzone są tu obiekty z całego świata wytworzone przez człowieka. Zobaczymy więc różne maski, rzeźby, elementy odzieży, naczynia itp.

Warto pamiętać, że w muzeach wolno fotografować "z ręki". Jesteśmy jedynie proszeni o nieużywanie statywu ani tym bardziej flesza. To bardzo rozsądna polityka, więc warto zabrać ze sobą aparat.

W każdym muzeum znajduje się również... sklepik. W każdym z nich można znaleźć wiele interesujących książek, gadżetów i zabawek. W oksfordzkim Museum of Natural History są na przykład świetne pluszowe dinozaury, pterodaktyle, sowy... Zawsze moźemy sobie wytłumaczyć, że wstęp był gratis, więc co będziemy dziecku tych dziesięciu funtów żałować :)

Niestety do wakacji przyszłego roku Museum of Natural History przechodzi remont dachu i część główna jest zamknięta. Większość szkieletów zapakowana jest obecnie w gustowne pianki, ale za to kilka eksponatów wyprowadziło się do miasta. Nam udało się znaleźć dinozaura, który stał sobie w księgarni Blackwell's.

Strona muzeum http://www.oum.ox.ac.uk/



Na zdjęciu poniżej skamieniały łeb dinozaura (czy innego bydlaka).


Widać, że niektóre szkielety zabezpieczone są na czas remontu.


czwartek, 5 września 2013

Matura z angielskiego 2015. Jeszcze o pisaniu




Jak słusznie zwrócił(a) uwagę Wolha Redna w komentarzu pod wpisem Matura z języka angielskiego od 2015 roku zagalopowałem się trochę we wnioskach dotyczących języka pisanego na maturze podstawowej i rozszerzonej. O ile "Informator..." podaje precyzyjnie i jednoznacznie, iż na poziomie rozszerzonym wymagana jest znajomość listu formalnego, o tyle zapis dotyczący matury podstawowej wzbudzać może wiele wątpliwości. Zacytujmy go więc w całości:

tekst użytkowy (np. list w formie tradycyjnej albo elektronicznej [e-mail], wiadomość umieszczana na blogu lub forum internetowym) z elementami np. opisu, relacjonowania, uzasadniania opinii, w tym przedstawiania zalet i wad różnych rozwiązańi poglądów

W swoim wpisie przyjąłem bardzo uproszczoną interpretację: skoro na poziomie rozszerzonym obowiązuje znajomość listów formalnych, to na poziomie podstawowym obowiązuje znajomość listów nieformalnych. Jednak z powyższego zapisu nic takiego nie wynika!

Moźemy go zinterpretować na dwa sposoby:
1. Twórcy informatora założyli, że "samo przez się" jest zrozumiałe, że skoro na poziomie rozszerzonym jest list formalny, to na poziomie podstawowym ma być list lub email nieformalny. Jedynie ktoś w CKE zapomniał – świadomie lub nieświadomie – umieścić wyrazu "nieformalny" po słowie "list";
2. Skoro nie jest w "Informatorze..." doprecyzowane, jakiego rodzaju rejestry zdający ma znać, oznacza to, że ma znać zarówno rejestr nieformalny, jak i formalny (a być może także "semi-formal").

Niestety nie są nam znane intencje autorów "Informatora...", więc zapis trzeba interpretować dosłownie. Dlatego przychylam się do interpretacji przedstawionej przez komentatora/kę Wolha Redna – skoro mamy goły "list", oznacza to, że możemy spodziewać się wszystkiego.

Jak widać, kolejny raz niedbalstwo autorów "Informatora..." doprowadziło do stworzenia niejasnego zapisu. Mam nadzieję, że CKE doprecyzuje ten zapis, lub przynajmniej w trakcie szkoleń przedstawi jego interpretację. (Czekam zresztą na dzień, kiedy CKE poda publicznie, co liczymy w wypracowaniach jako wyraz. Może się kiedyś doczekam...)

Chciałbym tutaj podziękować komentującym. Naprawdę niewiele wpisów przechodzi bez komentarza, co bardzo mnie cieszy, ponieważ oznacza to, że dotykam kwestii ciekawiących Was albo ważnych dla Was. Bardzo dziękuję!