wtorek, 3 maja 2011

Konwencja pop, czyli rzecz o podręcznikach Cz. 1



Kiedy rozpoczynałem naukę języka angielskiego (a było to bodajże w roku 1985 albo 1986, czyli za głębokiej komuny) niewiele było podręczników do nauki tego języka. W szkołach podstawowych obowiązkowa była nauka rosyjskiego, więc nie istniał podręcznik dla uczniów w wieku 11-16 lat (proszę pamiętać, że szkoła podstawowa obejmowała osiem klas). Nauka angielskiego była dopuszczalna w nielicznych liceach, a tam królował jedyny podręcznik, tzw. "Smólska-Zawadzka" (od nazwisk autorek, Janiny Smólskiej i Anny Zawadzkiej). Można było zdobyć też książki Szkutnika czy Martona. Z pomocniczych materiałów istniała książka do wymowy autorstwa Bałutowej, a także publikacje pokroju gramatyki Prejbisza. W domu mieliśmy też "Wielki słownik angielsko-polski i polsko-angielski" czyli tzw. "Stanisławskiego". Celowo używam tutaj określeń w rodzaju "królował" czy "istniała", ponieważ książki do angielskiego na rynku pojawiały się bardzo rzadko. Zresztą rynek wydawniczy w kształcie znanym nam obecnie po prostu nie istniał, a wiele książek było bestiami mitycznymi, znanymi tylko z plotek czy strzępów opowieści.

W roku 1989 system padł w tym kraju na pysk, padły też ograniczenia wydawnicze i importowe, więc na rynku pojawiły się zachodnie publikacje służące nauce języków obcych. Szerokim strumieniem wlały się podręczniki renomowanych wydawców pokroju Oxford University Press (OUP), Cambridge University Press CUP), Longman, Macmillan itp. Po czasach ubogich, niemych i szarych przyszły lata bogactwa, krzykliwości i kolorów. Na rynku obecnych jest teraz kilka wydawnictw globalnych oraz dziesiątki pomniejszych graczy. Książki zyskały obudowę w postaci płyt, filmów, a także multimediów. Kolor to obecnie absolutne minimum używane do zbudowania atrakcyjności podręcznika.

Pierwszym podręcznikiem, który zyskał status "książki globalnej" był Headway. Już na przykładzie tej publikacji widać jasno, że wydawca (OUP) niewiele miał wtedy pojęcia o konstruowaniu serii podręcznikowych. Seria rozpoczęła swą egzystencję niejako "od środka", ponieważ najpierw ukazał się poziom pre-intermediate (lub upper-intermediate, pamięć mnie tu zawodzi). Oznaczało to, że kolejne książki musiały zatykać dziury (a wpasowanie nie zawsze się udawało), seria rozrastała się wzdłuż i wszerz, rakowaciała w sposób niekontrolowany dzięki ukazywaniu się dodatkowych materiałów pomocniczych. Headway ustanowił rekord chyba nie pobity do dziś w ilości komponentów na każdym poziomie. Czegóż tam nie było! Książka ucznia, ćwiczenia, książka nauczyciela, kasety, podręcznik do wymowy z kasetami, filmy z zeszytami ćwiczeń... Wydawca podejmował próby odświeżania i ujednolicania serii, więc mamy już do czynienia z czwartą edycją podręcznika. Nawiasem mówiąc, jeśli ktoś chce wiedzieć, co to znaczy sukces wydawniczy, to OUP podaje, że od 1986 roku, kiedy ukazały się pierwsze podręczniki tej serii, sprzedało się ok. 70 milionów egzemplarzy samego podręcznika. Autorzy, Liz i John Soars, otrzymali w tym roku z rąk królowej Ordery Imperium Brytyjskiego.

O niewątpliwej atrakcyjności Headway'a stanowiło kilka rzeczy: podręcznik wydany był w pełnym kolorze na "śliskim" papierze; dzięki nagraniom oferował możliwość obcowania z mówionym angielskim; poprzez dodatkowe komponenty zapewniał obfitość i wszechstronność materiałów do praktywania angielskiego. Działała też magia wydawcy – był to w końcu brytyjski Oxford University Press, a wszystko co brytyjskie i "z oksforda" musiało być cudne i wspaniałe. Przyznać tu muszę już bez sarkazmu, że Oxford Advanced Learner's Dictionary na początku lat dziewięćdziesiątych był dla mnie cudem i świętym graalem. Własnymi palcami przemieliłem – dosłownie! – dwa egzemplarze tego słownika.

Pod koniec lat dziewięćdziesiątych na rynek polski wdarło się przebojem wydawnictwo Express Publishing z ofertą książek pokroju Enterprise. Jeszcze bardziej kolorowe niż książki konkurencji, oferowały one prostą, liniową strukturę i całkiem nieźle sprawdzały się w szkołach, gdzie właśnie prostota i liniowość idealnie odpowiadały oczekiwaniom uczniów i marzeniom nauczycieli. Polski dystrybutor Express Publishing wprowadził też nowe standardy w sprzedaży podręczników: agresywny marketing, niewyobrażalną ilość gratisów (ludzie wychodzili z pełnymi siatami ze szkoleń i konferencji), rozbudowaną sieć przedstawicieli handlowych. Udało mu się zepchnąć do defensywy wydawców pokroju CUP czy Macmillan.

Ciekawą strategię przyjęło wydawnictwo Longman (obecnie Pearson Education, ale zostaniemy przy powszechnie przyjętej nazwie). Patrząc wstecz, łatwo zauważyć, że była to starannie zaplanowana, przeprowadzona z żelazną konsekwencją ofensywa, która miała na celu zapewnienie firmie pozycji lidera na rynku. Longman postawił na bazę. Kiedy Express Publishing agresywnie panoszył się na rynku, Longman zlecił przygotowanie korpusu języka polskiego (obecnie jeden z czterech największych korpusów w Polsce), wprowadził na rynek serię atrakcyjnych słowników, rozbudował sieć sprzedaży, spolszczył podręczniki i zaatakował rynek na wielu poziomach. Po klęsce podręczników przeznaczonych do techników (Longmana "załatwiła" reforma systemu edukacji), wydawnictwo grało samymi pewniakami pokroju "Opportunities". Strategia dostrojenia się do systemu szkolnictwa i oczekiwań rynku przyniosła świetne rezultaty.

Obecnie rynek podręczników zdominowany jest przez wydawnictwa Longman, Express Publishing, OUP, CUP oraz Macmillan. Pojawiło się też na naszym rynku wydawnictwo MM Publications, a od trzech lat Nowa Era agresywnie promuje podręczniki amerykańskiego wydawnictwa Heinle. Warto zwrócić uwagę na to ostatnie zjawisko, gdyż do tej pory rynek europejski był niejako "zarezerwowany" dla firmy o prowiniencji brytyjskiej. Kolejna rzecz, którą warto sobie uświadomić, jest to, kogo na rynku NIE ma... Proszę przyjrzeć się nazwom wydawnictw. Już widzimy? Na rynku nie ma prężnego polskiego wydawnictwa, które posiadałoby kompletną ofertę  podręczników do szkół podstawowych, gimnazjalnych i ponadgimnazjalnych.

Przyjrzyjmy się teraz samym podręcznikom. Być może niektórych czytelników rozśmieszy przedstawiony poniżej opis, ale warto niekiedy uświadomić sobie oczywistości.

Przeciętny podręcznik to licząca 70-100 kartek książka, wydana na powlekanym papierze. Format, w jakim wydawany jest typowy podręcznik to najczęściej A4 lub któryś z pokrewnych formatów. Podręczniki do angielskiego są przeważnie ciężkie. Katalogowa cena podręcznika to kilkadziesiąt złotych, a cena zestawu "podręcznik z ćwiczeniami" wykracza mocno poza "stówkę". Do podręcznika często dołączana jest płyta CD.

Nie zajęliśmy się jeszcze zawartością podręcznika, a już można zauważyć trzy poważne problemy. Pierwszym z nich jest waga. Dlaczego ci sami wydawcy potrafią publikować leciutkie książki typu pocketbook, a nie potrafią zrobić lekkiego podręcznika do języka angielskiego? Drugim problemem mogą być wymiary książek: format A4 jest kłopotliwy, wymaga wiele miejsca na ławce czy biurku. Dlaczego książki nie mogą mieć mniejszego rozmiaru? Trzecim problemem jest oczywiście ich cena. Przez kilka lat pracowałem jako nauczyciel języka angielskiego w technikum i liceum ekonomicznym*, gdzie co roku przechodziliśmy przez ten sam rytuał. Uczniowie pobierali karteczkę z listą podręczników, zanosili ją do domu, a na najbliższej wywiadówce rodzice po prostu płakali, skarżąc się na ceny podręczników do angielskiego. Jak to celnie ujęła jedna z moich uczennic, rzucając książkę na ławkę: "Dlaczego to do cholery musi być takie drogie???"

Odpowiedź na trzy pytania zadane powyżej jest bardzo prosta: jest tak, jak jest, ponieważ podręcznik nie jest ani dla nauczyciela, ani tym bardziej dla ucznia. Podręcznik jest dla wydawcy i służy wyłącznie do zarabiania pieniędzy. Papier używany do druku podręczników jest ciężki, ponieważ wyrabiany jest z taniej makulatury. Nie jest on uszlachetniony czy odpowiednio preparowany, aby zmniejszyć jego gramaturę. Paradoksalnie, ten ciężki papier jest dość tani (zadrukowanie go w całości kolorem to już inna sprawa). Format A4 jest bardzo rozpowszechniony, więc oprawianie takich książek czy też transport są ułatwione. Co typowe, to masowe. Co masowe, to tanie. A cena? Po prostu wydawcy "od samego początku", czyli od chwili otwarcia polskiego rynku stosowali i nadal stosują praktykę korzystania z cen brytyjskich, zupełnie nie licząc się z siłą nabywczą złotówki. Pamiętam czasy, kiedy sprowadzało się książki jeszcze na zamówienie, a cena końcowa zależała od kursu funta. Kupujący latami przyzwyczajali się do horrendalnych cen podręczników i... tak jakoś zostało. Po prostu podręcznik do angielskiego (zestaw) musi kosztować niecałą "stówkie" i już. Co ciekawsze, ceny opasłych słowników są niewysokie...

W drugiej części zajmiemy się konstrukcją i zawartością podręczników.


*Informacja dla osób żądnych szczegółów z mojego życia zawodowego: w szkole podstawowej również pracowałem. I w zasadniczej szkole zawodowej też. 


Informacje na temat kursu Headway znajdują się tutaj

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz