poniedziałek, 1 września 2014

Jaki angielski będzie nam potrzebny?


TL;DR na końcu wpisu

Kiedy zacząłem uczyć się języka angielskiego prawie 30 lat temu, nie wiedziałem jeszcze, że całe moje życie będzie się wokół niego kręcić. Angielski służył mi wówczas do tego, by poczytać książkę przywiezioną przez rodziciela z zachodnich wojaży albo by… napisać do niemieckiej, hamerykańskiej lub japońskiej firmy z prośbą o prospekty (zawsze odpisywali!). Ćwierć wieku przeleciało jak z bicza strzelił i bęc! na początku XXI wieku angielski stał się właściwie lingua franca. Wyrasta obecnie pokolenie – a może raczej kasta – ludzi, dla których język angielski jest równie ważnym środkiem komunikacji, co język ojczysty.
Dlaczego piszę o kaście? Świat zdaje się obecnie rozpadać na dwie sfery: sferę tych, którzy znają angielski i inferno tych, którzy nie znają go. Linia podziału nie przebiega bynajmniej między krajami anglojęzycznymi i nie-anglojęzycznymi, a o przynależności do grupy wybranych nie świadczy urodzenie. Znajomość języka angielskiego to rzecz nabyta, więc kasta osób władających angielskim przekracza granicę narodowości i państwowości. Namacalny staje się już tzw. Global English, który służy do komunikacji między tzw. non-native speakers. Warto sobie zadać pytanie, jakim angielskim będziemy się posługiwać za 10-20 lat.
Po pierwsze, by móc obcować z wiadomościami i kulturą, trzeba będzie znać doskonale brytyjską lub amerykańską odmianę angielskiego. Rzecz jasna istnieje wiele odmian tego języka, lecz dominację utrzymają British English i American English – bo książki, bo filmy, bo muzyka, bo gry, bo aplikacje, bo portale z wiadomościami i gazety… Czy mam jeszcze coś tłumaczyć? Jeśli będziemy chcieli poczytać lub pooglądać coś w języku angielskim i docenić to w pełni, nasz zasób słownictwa biernego będzie musiał obejmować kilkadziesiąt tysięcy jednostek leksykalnych (nie żartuję). Jednak taka znajomość języka… nie będzie nam już wystarczać.
Do sprawnego funkcjonowania będzie nam potrzebna „druga noga” w postaci angielskiego zawodowego. To zupełnie inna sfera niż angielski „mainstreamowy”; ważna jest znajomość specyficznego słownictwa, wyrażeń, oraz branżowego slangu. Angielski zawodowy (English for Vocational Purposes) już staje się coraz ważniejszy, a dzieje się tak z wielu powodów. Literatura zawodowa najczęściej dostępna jest w języku angielskim (coś o tym wiedzą choćby lekarze). Instrukcje obsługi maszyn i urządzeń – angielski. Język wewnętrzny korporacji – angielski. A handluje się w języku… tak! angielskim.
So far, so good. Czytelnik pewnie wzrusza ramionami i burczy pod nosem: „No i co w tym dziwnego? To oczywiste oczywistości, że potrzebny mi będzie angielski zawodowy, a znajomość mejnstrimowej angielszczyzny również będę musiał nieustannie pogłębiać”. Spokojnie, właśnie dotarliśmy do trzeciej sfery językowej, czyli wspomnianego wcześniej Global English.
W pewnym uproszczeniu przyjmijmy, że globalny angielski (globang? globisz?) to odmiana języka angielskiego, jaką posługują się między sobą non-native speakers. Język angielski jest przecież obecnie zawłaszczany przez hordy wschodnioeuropejczyków, Azjatów, czy mieszkańców Ameryki Południowej. A co jest zawłaszczone i przeżute, będzie musiało się zmienić. Globang będzie z pewnością miał swoją wymowę (a raczej różne wymowy), dojdzie też do zmian i przesunięć w słownictwie, a kto wie, może nawet padnie twierdza gramatyki. Jednak najciekawsze będzie to, że globang najprawdopodobniej wymusi na nas… zejście z anglistycznych wyżyn. Nie każdy bowiem użytkownik angielskiego będzie się nim posługiwał płynnie i bezproblemowo. Często będą się zdarzać takie sytuacje, kiedy jeden z rozmówców będzie znacznie przewyższał umiejętnościami drugiego. Nie pozostaje wtedy nic innego jak swoisty „downgrading”, czyli mówiąc po ludzku – dostosowanie się do mniej biegłego rozmówcy.
Ten „downgrading” będzie wymagał od nas sporej świadomości językowej, wyczulenia na umiejętności i intencję naszego rozmówcy. Będziemy musieli nauczyć się operować sprawnie naszym angielskim niczym zoomem fotograficznym, raz upraszczając nasz angielski do granic bólu, a innym razem wspinając się na przysłowiowe czubki palców. W rozmowie z Anglikiem czy Australijczykiem będziemy posługiwać się – wymyślmy jakąś fajną nazwę – High Ultra-Proper-Super-Duper English (Hupsden), a popijając piwo na wakacjach w Chinach będziemy komunikować się pozornie łatwym, lecz wyrafinowanym w swym uproszczeniu Globishem. Rzecz jasna, nigdy nie będziemy w sytuacji jednoznacznej.


TL;DR
Trzeba będzie znać „wysoką” angielszczyznę, odnogę boczną, czyli zawodowy angielski oraz globang. I trzeba będzie płynnie między nimi przeskakiwać.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz