wtorek, 11 października 2016

Mistrz Ciętej Riposty i Ania



Coś się dzisiaj nostalgicznie zrobiło, więc taka historia sprzed kilkunastu lat. Uczyłem w Zespole Szkół Ekonomicznych w Bielsku-Białej, podobno był to język angielski. Jak się pewnie domyślacie, w szkole przeważały uczennice, a wicedyrektor w swojej złośliwości postanowił mnie uszczęśliwić wychowawstwem całkowicie żeńskiej klasy. Dostałem więc te trzydzieści dziewcząt...

Miałem ja sobie taką małą salkę w przyziemiu, był to chyba dawny składzik węgla. Ot, miejsce na sześć czy siedem ławek, jedno zakratowane okno na poziomie gruntu, rozpadająca się szafka, mała tablica, dwa kawałki kredy.

Wicedyrektor – były wojskowy zamordysta, ranny ptaszek – przywalił mi zajęcia na 7:10. Pora wybitnie gówniania. Jak mawiał jeden profesor: 
Za późno na udój krów, za wcześnie na udój studentów. Zawsze rano przyjeżdżałem do szkoły w nastroju mocno skrzywionym. Sarkazm i złośliwość ze mnie buchały, aczkolwiek łagodziła je cudowna pani w sklepiku szkolnym, która robiła zajebiste bułeczki z szynką, serkiem i sałatkami. Przez dwie godziny trwał mój rozruch, a potem już jakoś dało się żyć. Najgorzej było z moją klasą, ponieważ panny miały milion problemów od samego rana. Stosowałem więc metodę na psa rasy bernardyn: niech sobie skaczą, niech sobie robią co chcą, ja zachowuję kamienny spokój. Jak bernardyn, po którym łazi stado dwulatków.

Oszczędzę wam relacji z tego, co się działo przez dwa lata i przeskoczymy od razu do akcji głównej.

Był to już cieplejszy miesiąc. Pół mojej klasy ma W-F, a druga połówka ma angielski ze mną. Czołgam się powolutku na zajęcia, kupuję bułeczkę, wolnym krokiem podchodzę do sali. Jeszcze przed drzwiami dostaję radosny opierdol od przewodniczącej klasy, co mi się tak wolno dzisiaj idzie. Reszta panien oparta o ściany nadal śpi. Nie chce mi się nawet odpowiadać zwykłym tekstem ("Ja jestem maszynistą i beze mnie ten pociąg nie odjedzie."). Otwieram salę, wpuszczam dziewoje i sam człapię za nimi.

Panny kładą się pokotem na ławkach i dosypiają. Ja rozwijam sobie bułeczkę, przewodnicząca klasy szczebiocze radośnie, czy dam jej gryza. Patrzę się na nią spojrzeniem mówiącym, że dać to jej mogę... Folię po bułeczce.

Nagle otwierają się drzwi!

Wpada jedna z moich panienek klasowych, jedna z najlepszych uczennic w szkole, łapie za krzesło i siada z rozmachem przed moim stoliczkiem. Urwała się z W-F, cała radosna jak skowronek i uśmiechnięta.
– Przyszłam, żeby panu coś powiedzieć! – Ania wali do mnie radośnie, jakbym cholera sam nie wiedział, że ma jakiś interes. No ale jak już tu przylazła i zawraca mi głowę, nie mogę jej zignorować, bo jem bułkę, mam poprowadzić lekcję, a ona ma być na W-F.

Pora uruchomić słynny sarkazm Pana Profesora Romana O.
Nawet na nią nie patrzę, delektuję się bułą i bez zmrużenia okiem odpalam. – Tak, Aniu. Wiem, co chcesz mi powiedzieć. Jesteś w ciąży.

Ania na to… – A żeby pan wiedział, panie profesorze. Termin mam na koniec września i chciałam powiedzieć, że mam zwolnienie z W-F do końca roku i żeby mi pan to wpisał do dziennika. Wpisze pan?

Wstała i pognała dalej.

Ja patrzę na klasę... Klasa na mnie... Po pięciu sekundach ryk śmiechu, a przewodnicząca na cały głos. – Jezu, jaką pan ma minę!!!

Kurtyna.
Tak, Ania urodziła w klasie maturalnej. Zdała maturę i została bohaterką, która pokonała Mistrza Ciętej Riposty, czyli mnie.

A ja zanoszę dzięki pod niebiosa, że wtedy nie było komórek z aparatami i filmikami, bo by mi żyć nie dały. Zresztą i tak nabijały się ze mnie do wakacji.


(Imię bohaterki zmienione, gdyż interesuje nas opowieść, a nie personalia.)

(Wpis po raz piewszy pojawił się na grupie Nauczyciele Angielskiego na Facebooku.)

1 komentarz:

  1. Życiowe... czasem jak człowiek coś palnie, to potem się zastanawia, czy nie jest prorokiem :)

    OdpowiedzUsuń