środa, 20 lipca 2011

Konwencja pop, czyli rzecz o podręcznikach Cz. 4 (ostatnia)



Jak pewnie uważni czytelnicy zauważyli, nie posługuję się nigdzie określeniem "podręcznik szkolny". Jest to z mojej strony działanie celowe, gdyż uważam, że w Polsce nie istnieją podręczniki szkolne przeznaczone do nauki języka angielskiego. Owszem, jest spora liczba podręczników kursowych, lecz nie istnieje podręcznik napisany z myślą o Polakach, który byłby czymś więcej niż zbiorem trywialnych tekstów polepionych kolorowymi obrazkami i ćwiczeniami leksykalno-gramatycznymi. Dzieje się tak z dwóch przyczyn. Po pierwsze, pozwoliliśmy przejąć rynek wydawniczy potentatom zagranicznym, którzy realizują własną politykę wydawniczą. Po drugie, w głupocie i bezmyślności pozwalamy (rękami Ministerstwa Edukacji Narodowej), by podręczniki były takie, jakie są. Nie stawiamy żadnych wymagań, nie domagamy się, aby podręcznik SZKOLNY był czymś więcej niż podręcznik kursowy.

A przecież podręcznik szkolny powinien prezentować i realizować pewną filozofię edukacyjną. Mówiąc prostszymi słowami – powinien prezentować pewną wizję świata. Podręcznik powienien jasno wskazywać priorytety edukacyjne, powienien wskazywać, na co stawiamy jako społeczeństwo i edukatorzy. Jeśli przyjrzymy się podręcznikowi do języka angielskiego, widać jasno, że wolimy wizję świata, która jest fragmentaryczna, niespójna i strywializowana. Podręczniki są o wszystkim i o niczym, a prędzej można w nich znaleźć informacje o przysłowiowej "dupie maryni" niż wiadomości, które wykraczają poza "tu i teraz". Nie mam tutaj za złe wydawnictwom zagranicznym czy krajowym przygotowywania takich podręczników. Wydawnictwo służy zarabianiu pieniędzy i przygotowuje pewne produkty tj. podręczniki. Gorsza sprawa, że my na te produkty się godzimy.

Jak rozwiązać taką sytuację? Jednym z wyjść wydaje się konkurs ministerialny, gdzie podstawą opracowania podręcznika byłaby specyfikacja dokładnie określająca, co chcemy otrzymać od wydawcy oraz to, czego NIE chcemy. W specyfikacji można określić, że w podręczniku nie wolno umieszczać zadań zamkniętych. Można też zakazać praktyk w rodzaju mnożenia komponentów podręcznika. I tak dalej, i tak dalej. Wydawcy, którzy wygrywają taki konkurs, zostają dopuszczeni do przygotowywania podręczników szkolnych odpowiadających naszej wizji edukacyjnej. Pozostałym dziękujemy. Można się też zastanowić nad tym, czy taki konkurs miałby być organizowany cyklicznie, czy też MEN powinno wydać zbiór zaleceń, których wydawcy mają przestrzegać. Uważam jednak, że powinniśmy przestać traktować podręczniki do języka angielskiego jako produkt, gdzie jedynym kryterium ich opracowywania jest zysk wydawcy. Przede wszystkim podręcznik powinien odpowiadać pewnej wizji edukacyjnej.

Skąd wziąć taką wizję? Uczciwie odpowiem tutaj, że nie wiem (a przynajmniej "jeszcze nie wiem"). Zastanawiając się nad kwestiami związanymi z podręcznikami doszedłem do miejsca, gdzie wkraczamy już w obszar polityki, obszar, gdzie trzeba decydować o wizji państwa i społeczeństwa. Kto i w jaki sposób miałby decydować to już zupełnie inna "bajka". Zostawmy to na razie.

Czy podręczniki do języka angielskiego się zmienią w perspektywie kolejnych kilku lat? Odpowiedź jest prosta: nie. Po pierwsze, MEN nie podejmuje żadnych działań, aby przygotować i wdrożyć długofalową sensowną politykę kształcenia naszych dzieci. Po drugie, zmiany nie leżą w interesie wydawców. O wiele prościej i wygodniej (i taniej!) jest przygotowywać nowe podręczniki na bazie starych oraz korzystać ze sprawdzonych rozwiązań. Jakakolwiek innowacja to niepotrzebne ryzyko oraz dodatkowe koszty reklamowania produktu o odmiennej filozofii. Jeśli nie pojawią się czynniki zewnętrzne, np. nowe wymagania MEN, czy zbuntowani nauczyciele żądający nowych, innych książek, wydawcy nie zmienią swojej polityki. Musimy tu też pamiętać o tym, że opracowanie podręcznika przeznaczonego wyłącznie na rynek polski jest po prostu mało opłacalne. Krajowe wydawnictwa z kolei nie dysponują wystarczającymi środkami finansowymi, by samodzielnie opracować serię podręczników i wprowadzić ją na rynek.

Wspominam wyżej o "zbuntowanych" nauczycielach. Model sprzedaży podręczników na rynku polskim polega na tym, by bezpośrednio dotrzeć do nauczycieli i przekonać ich, że książki naszego wydawnictwa są najlepsze. W tym celu wydawcy zatrudniają reprezentantów handlowych, którzy po prostu odwiedzają szkoły i rozmawiają z nauczycielami. Nauczyciele są "zachęcani" na różne sposoby, aby dokonać właściwego wyboru. Przede wszystkim wydawnictwa rozdają tzw. gratisy, czyli podręczniki, podręczniki nauczyciela, dodatkowe materiały itd. Nauczyciele są też zapraszani na spotkania zwane szumnie "konferencjami", gdzie mogą spotkać się z innymi nauczycielami (a kto nie lubi się spotkać ze znajomymi) oraz otrzymać dyplom uczestnictwa, który jest im potrzebny do awansu zawodowego. Oczywiście na takiej konferencji przekonywani są, że książki wydawnictwa XYZ są najlepsze. Aby dyrektorzy szkół nie protestowali przeciwko takim praktykom, wydawnictwa sponsorują konkursy szkolne i międzyszkolne (książki na nagrody zawsze się znajdą), fundują sprzęt multimedialny czy po prostu książki do biblioteki szkolnej. Nikt nie będzie przecież gryzł ręki, która go głaszcze.

Takie praktyki są bardzo opłacalne dla wydawnictw, gdyż decyzję o wyborze podręcznika podejmuje nauczyciel. Jeśli przyjmiemy, że jeden nauczyciel uczy trzy klasy (sześć grup), wówczas jego decyzja oznacza zakup setki podręczników. Przekonujemy jednego człowieka, a wyskakuje nam sprzedaż rzędu kilku tysięcy złotych. Jeśli przekonamy wszystkich anglistów w szkole, aby korzystali z naszych podręczników, zapewniamy sobie sprzedaż roczną rzędu kilkunastu tysięcy złotych. Zwróćmy uwagę na to, że sami uczniowie, ani ich rodzice nie mają NIC do powiedzenia przy wyborze podręcznika. Nauczyciel decyduje więc o sposobie wydatkowania CUDZYCH pieniędzy, kierując się przy tym w dużym stopniu własnym interesem, czy też interesem szkoły. Myli się natomiast ten, kto sądzi, że nauczyciele dokonują solidnych, dogłębnych analiz podręczników dostępnych na rynku. Po pierwsze, podręcznik sprawdza się w działaniu, co oznacza, że należałoby pouczyć z niego przez rok, aby mieć podstawę do wygłaszania uzasadnionych opinii. Po drugie, podręczników jest na rynku zatrzęsienie, więc żaden nauczyciel nie jest w stanie obejrzeć wszystkich książek, a co dopiero przetestować je w działaniu. Po trzecie, wszyscy jesteśmy tylko ludźmi, więc mamy swoje zwyczaje, upodobania i uprzedzenia.

W jaki sposób nauczyciele podejmują decyzje o wyborze podręcznika? Strategii jest tylu, ilu ludzi, a najczęściej mamy do czynienia z wypadkową kilku. U niektórych nauczycieli obowiązuje "prawo pierwszych połączeń". Trzymają się kurczowo podręczników, z których byli sami uczeni, lub też przywiązani są do pewnego wydawnictwa i wierzą w niezłomnie w jego wyższość i nieomylność. Często o wyborze podręcznika decyduje szata graficzna (stąd tyle kolorów, zdjęć i obrazków), albo oferta gratisów. Nauczyciele wybierają też podręcznik, kierując się względami emocjonalnymi. Zdarzyło się tak w mojej karierze, że jedna z koleżanek z czystej przekory i złośliwości nagle podjęła decyzję o zmianie podręcznika nie informując o tym pozostałych anglistów. Chciała sobie w ten sposób podbudować ego i zaistnieć w szkole. Well, we are all only human... Zdarzają się też takie sytuacje, że nauczycielowi po kilku latach znudzi się podręcznik i nagle szuka czegoś nowego. Niektórzy nauczyciele chcą wręcz mieć do czynienia z nowymi podręcznikami, więc ustawicznie wprowadzają do szkoły nowości. Ważną rolę odgrywa też trend. Spotkało to wydawnictwo Egis, które wstrzeliło się w rynek zupełnie przypadkiem z podręcznikiem "Enterprise" pod koniec lat 90-tych zeszłego stulecia. Po dekadzie dominacji wydawnictwa OUP wielu nauczycieli było już znudzonych i przekarmionych, więc z radością powitali nowości. Jak widać, rynek podręczników nie różni się niczym od innych... Podręczniki wybiera się też niekiedy stadnie, gdyż poczucie przynależności do pewnej grupy jest dla nas bardzo ważne. Sprawdza się tutaj zasada "One million flies can't be wrong...".

Taka sytuacja jest bardzo wygodna dla wydawnictw. Decyzje o zakupie podręczników podejmowane są przez jedną osobę, niekiedy przez kilka. Osoby te nie liczą się z kosztami, ponieważ nie wydają swoich pieniędzy. Wybór jest często wypadkową kilku czynników, więc wydawca stara się odgrywać jak największą rolę w tym procesie i koniecznie chce szeptać do ucha nauczycielom "Pick me... pick me... pick me...". Dopóki więc nauczyciele nie "postawią się" wydawnictwom i nie zażądają innych książek, sytuacja się nie zmieni. Bunt nauczycieli musiałby jednak przyjąć formę zorganizowaną (może jakaś fundacja czy stowarzyszenie na rzecz polepszenia zawartości książek do angielskiego), gdyż jednostki nie mają wielkiego wpływu na wydawców. Nie oszukujmy się jednak tutaj – prawdopodobnie jedynie niewielka część anglistów miałaby ochotę na takie zmiany.

Póki co, sytuacja raczej nie ulegnie zmianie. Podręcznikami do języka angielskiego będzie nadal rządziła "konwencja pop", czyli o wszystkim i niczym bez ładu i składu. Bliżej będzie podręcznikowi do wszelkich "Bigbrotherów" czy programów Kuby Wojewódzkiego, gdyż filozofią autorów i wydawców jest "miło, lekko, przyjemnie, ciut kontrowersyjnie, lecz bez przesady". Wydawnictwa polskie nie zdecydują się na przełamanie tego trendu, gdyż nie mają odpowiednich zasobów finansowych, a także boją się konfrontacji z molochami o wypracowanej reputacji i ustalonej pozycji na rynku. Polscy autorzy będą nadal pełnili rolę pomocniczą, gdyż niepisanym prawem jest to, że dobry podręcznik to napisany przez kogoś z obco brzmiącym nazwiskiem. Podręczniki nadal będą jedynie adaptowane na rynek polski, gdyż prawa ekonomii są nieubłagane. Bardziej opłaca się przygotować jedną matrycę i wdrukować teksty polskie w część nakładu, niż tworzyć od podstaw książkę na potrzeby jednego kraju. Z takich podręczników będą się uczyć nasze dzieci i z nich będą czerpać wizję świata. Jedynie działania ze strony MEN lub opozycja ze strony zorganizowanej grupy nauczycieli (lub jedno i drugie razem) byłyby wystarczająco silnymi bodźcami, które mogłyby wpłynać na zmianę polityki wydawniczej i kształt podręczników do języka angielskiego.

Nie oczekuję tutaj od nikogo przyjęcia mojego punktu widzenia. Jeśli już jednak czytacie tego bloga, zastanówcie się nad jednym pytaniem: czy edukacja to "konwencja pop", czy może chodzi o coś więcej? Chętnie przeczytam Wasze komentarze.



3 komentarze:

  1. Trudno się nie zgodzić z tym co Pan napisał. Ilość podręczników na rynku przyprawia o zawrót głowy. Przy bliższym spojrzeniu na jaw wychodzi dokładnie to o czym napisano w tym poście - poszczególne pozycje nie różnią się wiele od siebie; wznowienia, czy też nowe wersje starych podręczników to dokładne kopie swoich poprzedników ze zmienionymi zdjęciami w poszczególnych unitach. Nic dziwnego, że większość nauczycieli woli zostać przez lata z jednym podręcznikiem (serią) - ja sam korzystam z tych samych książek od lat; moi uczniowie mają wznowione wydania, ja to sprzed lat prawie ośmiu.

    OdpowiedzUsuń
  2. Zgadzam się z tym co wyżej napisane, ale zastanawia mnie jednak sprawa "polskiego" podręcznika.

    Warto zauważyć, że np. seria "Hier und da" do języka niemieckiego (PWN) jest serią bardzo popularną pośród nauczycieli. Gdyby jakieś polskie wydawnictwo się spięło to sądzę, że i z angielskim mogliby sobie poradzić.
    Dlaczego?
    Ceny "polskich" podręczników są dużo niższe niż obecnych monopolistów. Uważam, że jest to możliwe!

    Kolejną sprawą jest ilość komponentów do danego kursu. Posłużę się przykładem "Upstrema" EP. Do zestawu ćwiczenia+książka ucznia trzeba kupić CD do podręcznika i -oddzielnie! - do ćwiczeń. Stąd cyferki na paragonie mogą przysporzyć bólu głowy. Posłużę się tu przykładem podręcznika do niemieckiego "Direkt", gdzie za 58zł mamy książkę ucznia + ćwiczenia (w jednym) i CD do obu tych części w cenie.

    Pozdrawiam!

    OdpowiedzUsuń
  3. ad CAL – Taka praktyka ma na celu wprowadzenie zamętu na rynku podręczników używanych. W interesie wydawnictwa jest, aby sprowadzić podręcznik do roli "jednorazówki": kupić we wrześniu, przerobić, w czerwcu wyrzucić. Patrząc z innej strony, jest wynik samonakręcającego się mechanizmu, gdzie wydawcy starają się pokazać, że jest "ruch" w interesie. To coś jak wydawanie płyt DVD. Wydajemy wersję podstawową, a potem poszerzoną wersję reżyserską, a potem wydanie deluxe, a potem boksa.

    ad Anonimowy z 21:12
    A wie Pan/Pani, jakie zasoby osobowe i finansowe są potrzebne, aby w sensownym czasie zmajstrować podręcznik składający się z kilku części? ;) A potem trzeba go sprzedać, czyli przekonać odpowiednio dużą liczbę nauczycieli do wprowadzenia go do szkół.

    OdpowiedzUsuń