piątek, 25 czerwca 2010

Słupki cz. 1

Kiedy studiujemy język angielski, naszym najważniejszym przedmiotem – i największą zmorą – jest najczęściej Praktyczna Nauka Języka Angielskiego (tzw. Practical English). W zależności od uczelni i jej specyfiki w obrębie PNJA wyróżnia się pewną liczbę tzw. skillów, czyli mówiąc po ludzku przedmiotów, z których każdy skupiają się na konkretnej sprawności językowej. Zazwyczaj są to: Reading (rozumienie tekstu), Listening (słuchanie), Practical Grammar (gramatyka praktyczna), Writing (pisanie), Speaking (mówienie). Niekiedy w PNJA wchodzą też Translation (tłumaczenie) oraz Phonetics and Phonology (fonetyka z fonologią), ale ta ostatnia nie jest osobnym komponentem na egzaminie.

W każdym semestrze nauka przedmiotów składających się na PNJA kończy się zaliczeniem z oceną. Student, który nie uzyska takiego zaliczenia w semestrze letnim, nie może przystąpić do egzaminu praktycznego z PNJA. Każda uczelnia decyduje samodzielnie, które z przedmiotów wchodzą w skład tego egzaminu, lecz przeważnie są to Reading, Listening, Writing, Use of English (gramatyka ze słownictwem) oraz Speaking, lub też dowolna ich kombinacja. Za egzamin otrzymuje się jedną ocenę łączną, natomiast praktyki egzaminacyjne są oczywiście dowolne i zależą od tradycji uczelnianej oraz preferencji wykładowców. Decydują oni, jakie typy zadań są serwowane na egzaminie z PNJA, i w jakim stopniu testują one to, czego studenci uczyli się przez cały rok. Egzamin z PNJA jest wielkości słonia – trwa kilka godzin, a część pisemna i ustna odbywają się w różne dni. Dopuszczenie do części ustnej warunkowane jest najczęściej zdaniem części pisemnej.

Jeśli przyjrzymy się wynikom z poszczególnych części pisemnej egzaminu, można zauważyć, że na początku lat 90-tych ubiegłego wieku największym horrorem dla studentów był Listening. I nie ma w tym nic dziwnego. Kontakt z mówionym językiem angielskim był przecież niewielki: trochę słuchania piosenek, trochę oglądania telewizji satelitarnej, godzinka lub dwie tygodniowo konwersacji z nejtiw spikerem na uczelni (jeśli uczelnia miała szczęście posiadać takowego) i to praktycznie byłoby wszystko. Filmy w telewizji lub na kasetach wideo były niezawodnie okraszone głosem polskiego lektora, a audiobooki były rzeczą praktycznie nieznaną.

Use of English również był powszechnie znienawidzony, lecz powodem tak silnych emocji był po prostu ogromny zakres słownictwa, z którym student najczęściej stykał się po raz pierwszy dopiero na uczelni. W sumie należało jedynie jak najszybciej opanować umiejętność wbijania sobie do głowy po kilkaset słówek i wyrażeń tygodniowo. Gramatyka była już prawie przyjemnością, ponieważ tutaj wreszcie obowiązywały jakieś zasady, a materiałów do ćwiczeń nigdy nie brakowało. Gorzej bywało z czasem, który można by gramatyce poświęcać... Wyniki z Use of English bywały przeważnie lepsze od wyników z Listening.

Bardzo mocno studenci czuli się w komponencie Reading. I znów nie ma w tym nic dziwnego – a któż niby chciał studiować filologię angielską? Najczęściej były to mróweczki, które nie wyobrażały sobie życia bez książek. Oczytanie ogólne w języku polskim pomagało w rozumieniu tekstów w języku angielskim. Tekst pisany miał również tę przewagę nad słuchanym, że nie ulatniał się nagle z kartki – można było czytać trudniejszy fragment dowolną ilość razy. I należy tu pamiętać, że testy wielokrotnego wyboru i inne zadania zamknięte nie zasługiwały w opinii wykładowców nawet na splunięcie. Pomimo jednak tego, że należało samodzielnie wymyśleć i zapisać odpowiedzi na pytania do tekstu, Reading był uważany za "piece of cake", a wyniki były wysokie.

Writing również nie stanowił większego problemu. Jeśli student posiadał jaki-taki zasób wyszukanego słownictwa, nie popełniał zbyt wielu błędów gramatycznych i trzymał się tematu, oblanie "rajtingu" zaliczało się do kategorii raczej niezłych wyczynów. Nie wiadomo też, do jakiego stopnia oceny z esejów były subiektywne, gdyż były one przecież oceniane przez osoby, które tego przedmiotu uczyły. Z tej przyczyny, komponentu Writing nie będziemy uwzględniać w naszych rozważaniach.

Wyniki z trzech komponentów na początku lat 90-tych układały się więc następująco: najtrudniejszy był Listening, na następnym miejscu plasował się Use of English, najłatwiejszy był Reading. Jak jest zatem obecnie? Ano, Listening i Reading są na dobrej drodze do zamienienia się miejscami. O ile zdawanie tekstu słuchanego nie jest już traktowane jako dopust boży i wysiłek na miarę zwijania gołymi rękami stalowych patelni, o tyle wyniki z komponentu Reading systematycznie się pogarszają. Zadać więc należy pytanie: dlaczego tak się dzieje? Dlaczego coraz lepiej ze słuchania, a coraz gorzej z czytania? O tym w drugiej części wpisu.

piątek, 5 marca 2010

Uczyć, uczyć, uczyć (się)

Uczeniem języka angielskiego zajmuję się już ponad dwadzieścia lat, lecz wcale nie oznacza to, że jestem taki stary – po prostu wcześnie zacząłem uczyć. Jednym z tematów, który często przewija się w trakcie zajęć, są sposoby uczenia się angielskiego, a do najczęściej zadawanych pytań należy: "Jak mam się angielskiego uczyć, żeby się go nauczyć?" Oczywiście, istnieje masa sztuczek i trików, które można wykorzystać, aby szybciej i skuteczniej wbijać sobie do głowy język obcy. My jednak zajmiemy się omówieniem najbardziej oczywistej metody, jaką jest... uczenie angielskiego.

W obecnych czasach wbija się nam wielkim młotkiem do głowy, że do każdej rzeczy, do najdrobniejszej sprawy potrzebny jest ekspert, profesjonalista lub przynajmniej ktoś z uprawnieniami. Rozumiem motywy kierujące postępowaniem różnych grup zawodowych, które straszą nas na każdym kroku, że bez profesjonalisty ani rusz. Ich interes jest oczywisty – zablokować dostęp do swojej branży i zdzierać z klientów jak największe pieniądze za usługi, których jakość oczywiście w takich okolicznościach zacznie się błyskawicznie pogarszać. Proszę mi uwierzyć, że do wielu rzeczy NIE potrzeba fachowca, a jedną z nich jest nauka języka obcego. Swoje rozumowanie wyjaśniam poniżej.

Jedną z umiejętności, jaką każdy człowiek potrafi wykonywać ODRUCHOWO, to uczenie innych osób. Zwróćmy uwagę na czynności, które ustawicznie wykonujemy w życiu codziennym: wyjaśniamy innym, jak działają urządzenia; podajemy wskazówki, jak coś zrobić; dzielimy się wiedzą i doświadczeniem; razem "rozgryzamy" różne problemy. Oczywiście, są wśród nas osoby, które są urodzonymi nauczycielami i potrafią się wiedzą dzielić z wielką pasją i entuzjazmem. Jednak zasada ogólna jest prosta: uczyć potrafi KAŻDY z nas. Popatrzmy przecież na rodziców, którzy są w stanie nauczyć dziecko wielu umiejętności niezbędnych w życiu, a także potrafią podzielić się wiedzą podręcznikową. Popatrzmy na starszych pracowników, którzy szkolą młodszych i nawet nie zdają sobie sprawy z tego, co robią. Uczyć potrafi każdy i każdy to robi.

Oczywiście można protestować, że przecież nauczanie języka obcego to sprawa sporej odpowiedzialności, że ucząc źle można wyrządzić sporą krzywdę, że przecież trzeba umieć proces nauki zaplanować, że do tego potrzeba wiedzy i kwalifikacji. Odpowiem krótko: sraty-dupaty. W krajach cywilizowanych nauka jednej z najbardziej niebezpiecznych czynności życiowych, czyli prowadzenia samochodu, wygląda następująco: młoda osoba, która chce nauczyć się kierowania pojazdem mechanicznym, rejestruje się w urzędzie i zaczyna jeździć rodzinnym autem pod nadzorem członka rodziny, który prawo jazdy i doświadczenie już posiada. Młoda osoba jeździ tyle, ile chce, a do egzaminu przystępuje, kiedy uzna, że jest do niego gotowa. Jak widać, obowiązują tu proste i logiczne zasady: jeździmy z osobą, którą znamy i której ufamy; jeździmy dużo i ćwiczymy różne sytuacje (jak to się ma do wymogu wyjeżdżenia 30h obowiązującego w Polsce?); korzystamy z rodzinnego samochodu, a jak go porysujemy to nas właściciele samochodu (najczęściej są to rodzice) zabiją i zakopią w ogródku. I jakoś nikt nie wrzeszczy o konieczności szkolenia przez profesjonalistę, a system sprawdza się od wielu, wielu lat doskonale. Proszę mi uwierzyć, podobnie rzecz się ma z nauką języka obcego. Jeśli umiesz ten język choć trochę, potrafisz nauczyć inną osobę w sposób prosty, jasny i zrozumiały dla niej.

Uczenie angielskiego ma same zalety. Kiedy zaczynamy pomagać komuś w nauce bezpłatnie, albo udzielamy korepetycji, stajemy się odpowiedzialni za nasze lekcje. Musimy nauczyć się zarządzać czasem, oraz pilnować terminów i godzin spotkań. Kolejne dwie cenne umiejętności, którą nabywamy, to nauka jak szybko i efektywnie przygotować się do zajęć, oraz jak radzić sobie w sytuacjach, kiedy nasz uczeń nagle wystrzeli nieprzewidzianym problemem i przyjdzie nam improwizować. Ucząc, powtarzamy materiał, który już wcześniej przyswoiliśmy, a także uczymy się rzeczy nowych, gdyż na pewno uczniowie zaskoczą nas niejednym pytaniem. Oczywiście większość naszych uczniów będzie osobami leniwymi i niestawiającymi pytań, ale zawsze znajdzie się ktoś, kto będzie miał milion najdzikszych pytań. Nie wolno wówczas reagować stwierdzeniami w rodzaju "to ci niepotrzebne", tylko trzeba cierpliwie wyjaśniać. A jeśli czegoś nie wiemy, brać słownik czy gramatykę angielską do ręki i sprawdzać. Solidna powtórka materiału z pogłębieniem znajomości nauczanego języka wszerz i wzdłuż jest gwarantowana.

Oczywiście to nie wszystkie zalety tej metody. Uczniowie będą mieli różne potrzeby, więc rozwiniemy różnorodne umiejętności: kogoś poduczymy pisania, kogoś poduczymy słownictwa, z kimś pogadamy, a to wszystko będzie budować naszą wiedzę. Niekiedy uczniowie dadzą nam porządnie popalić poprzez swoją niesolidność i brak pracowitości. Odwołane nagle zajęcia, nieodrobione zadanie domowe, czy olewacki stosunek do korepetytora to tylko fragment ich szerokiego repertuaru. Uczenie angielskiego oznacza też konieczność zapoznawania się z różnymi materiałami. Jeśli udzielamy korepetycji, siłą rzeczy będziemy musieli zaznajomić się z podręcznikami, które są wykorzystywane w szkole naszego ucznia. Nagle też odkryjemy, że szukamy różnych ćwiczeń, a posiadane przez nas materiały to za mało. Będziemy też musieli doradzać w kwestii zasobów internetowych czy słowników ("A jaki słownik jest naaajlepszy?"). Uczenie języka zmusi nas zresztą do przemyślenia tego, dlaczego uczymy z pewnych materiałów, a to nas później doprowadzi w sposób logiczny do zastanawiania się nad tym, dlaczego w ogóle uczymy i jak mamy to robić. Nie trzeba już nawet wspominać, że wymierną korzyścią z uczenia będą pieniądze, które spożytkujemy na własne potrzeby i przyjemności.

Warto zauważyć, że zostanie korepetytorem przyniesie nam jeszcze jedną korzyść. Pomagając uczniom, zobaczymy nagle wszystkie debilizmy polskiego systemu szkolnictwa w pełnej okazałości. Przyjedzie nam się zmagać z nauczycielami, którzy zadają czwartoklasistom teksty do tłumaczenia na poziomie ćwiczeń z translatoryki, albo każą przyswajać sto słówek w tydzień. Nagle zaczniemy się zastanawiać, dlaczego pierwszoklasistom każe się korzystać z książki, w której znajduje się słowo pisane (mówimy oczywiście o pierwszoklasistach ze szkoły podstawowej), a oni ledwo literki po polsku klecą. Będziemy nadganiać z licealistą materiał z dwóch lat w jeden miesiąc, bo kto by się przejmował dzieleniem uczniów na grupy pod kątem znajomości języka, albo odkryjemy, że nauczyciel-leniuszek omija wszystkie "listeningi" i "speakingi" w książce, a potem dziwi się kiepskim wynikom z matury próbnej. A to sprawi, że zagotuje się w nas krew i zaczniemy MYŚLEĆ. Wot, kolejna korzyść...

Pewnie wszyscy Czytelnicy uświadomili sobie, że ten wpis jest adresowany głównie do studentów filologii angielskiej i słuchaczy kolegiów nauczycielskich, lecz jestem przekonany, że na stosowaniu tej metody skorzysta każdy. Miłego uczenia (się).

środa, 24 lutego 2010

Szklana szyba

For Agnieszka B., thank you for your questions.


Od wielu lat zadaję sobie pytanie "Co to znaczy znać język angielski?". Musimy tutaj od razu wyjaśnić, że można na to pytanie dać dwie odpowiedzi w zależnośći od tego, kto pyta. Odpowiedź dla osób, które uczą się angielskiego "niezawodowo" jest dla mnie prosta i takiej zazwyczaj udzielam: trzeba wbić sobie do głowy trochę słówek, trzeba umieć sklecić kilka prostych zdań, trzeba umieć sobie poradzić w typowych sytuacjach, i jest dobrze. Osoba, która posługuje się angielskim od przypadku do przypadku, ma pewien margines bezpieczeństwa, gdyż może zawsze rozłożyć ręce i powiedzieć "Przecież nie jestem specjalistą od angielskiego".

Zupełnie inaczej wygląda sytuacja, jeśli chodzi o zawodowców. Rozumiem tutaj przez nich osoby, którym znajomość języka angielskiego jest niezbędna do codziennego funkcjonowania i zarabiania pieniędzy. Przede wszystkim, zawodowiec nie może przestać się uczyć. Nie mówię tutaj o zapisywaniu się na kursy czy dodatkowe studia, gdyż takie postępowanie jest kompletną bzdurą i oznacza również stratę pieniędzy. Zawodowiec nie może słuchać innych, gdyż sam zna swoje potrzeby najlepiej, a uczy się przecież odruchowo, wykonując swój zawód. Jaka jest więc odpowiedź dla zawodowca? Bardzo prosta: zawodowiec wie WSZYSTKO. Oczywiście jest to stan idealny i niemożliwy do osiągnięcia, przede wszystkim ze względów biologicznych, gdyż nie jesteśmy w stanie ogarnąć wszystkich odmian angielskiego i nadążyć za nowym słownictwem. Ale ja mam tak, że chciałbym i powtarzam to każdemu przyszłemu angliście :)

Mimo tego, że staramy się przyswoić angielski w sposób totalny, i tak wielokrotnie napotkamy szklaną szybę. Moje pierwsze spotkanie z tym zjawiskiem nastąpiło, kiedy zacząłem czytać książki angielskie. Wcześniej uczyłem się angielskiego metodą "gramatyka, tłumaczenie, wbijanie słóweczek", co w sumie odpowiadało mojemu analitycznemu umysłowi. Niestety pojawił się problem, kiedy wziąłem do ręki książkę i usiłowałem zrozumieć pierwszy akapit. Mózg przyzwyczajony do nauki w obronnym odruchu wrzeszczał, że trzeba przyjrzeć się gramatyce i słóweczkom, a potem trzeba przetłumaczyć, natomiast instynkt językowy odwrzaskiwał się, że książkę trzeba czytać tak, jak się czyta ją po polsku, czyli rozumiejąc instynktownie całe zdania, akapity, rozdziały. Od tego wrzasku rozbolała mnie tylko głowa. Czułem wówczas, że walę w niewidzialną ścianę i jeszcze wtedy nie wiedziałem, że napotkałem pierwszą szklaną szybę w swoim życiu.

Oczywiście rację miał wtedy mój instynkt językowy, więc nauczyłem się czytać książki szybko, bez tłumaczenia w głowie, bez sprawdzania słówek. Kiedy zdecydowałem się na przyjemność płynącą z czytania i przyswajania sensu książki, wszystko stało się o wiele prostsze i łatwiejsze. Oczywiście napotykałem fragmenty, które czytałem wielokrotnie i dalej nie potrafiłem odruchowo uchwycić ich sensu. Ślizgałem się tylko po powierzchni, rozumiałem sens wyrazów i zdań, jednak całość nie chciała mi w głowie "zagrać" czy też "zagadać" do mnie. Zdarzały się też takie miejsca, kiedy nie było wyjścia i sięgnięcie po słownik stawało się niezbędne, gdyż znajomość danego wyrazu była niezbędna do uchwycenia sensu większego fragmentu książki. Wielką przyjemnością było dla mnie, kiedy okazywało się, że dobrze domyśliłem się znaczenia słówka. Niestety, równie często wściekałem się, gdyż aparat językowy wypuszczał mnie na manowce. I to były momenty osobistej klęski. Jednak czytanie książek i skupianie się na ich treści pozwoliło mi przebić się przez pierwszą szklaną szybę.

Wiem, że wiele osób napotyka szklaną szybę przy mówieniu i pisaniu. Spotykam się bardzo często z postawą "nie będę mówił/pisał, ponieważ mi to nie wychodzi". Najczęściej takie osoby nie zdają sobie sprawy, że tylko pogarszają swoją sytuację. Wszelkie obawy o poprawność gramatyczną, o dobór właściwego słownictwa, o poprawną wymowę, czy o dobre zrozumienie interlokutora powodują tylko nakręcanie spirali strachu, co w konsekwencji prowadzi do powstania u tych osób bardzo solidnej blokady przed mówieniem i pisaniem. Co więc robić, aby się nie wkręcić i nie zablokować? Trzeba po prostu skoncentrować się na tym, co się chce przekazać w mowie i piśmie, oraz odnaleźć radość z komunikowania się z inną osobą. Akurat w przypadku tych dwóch umiejętności sprawa była dla mnie prosta. Naukę pisania po angielsku odpracowałem w ten sposób, że korespondowałem z osobami o podobnych gustach muzycznych (mówimy o drugiej połowie lat 80-tych, kiedy nie było internetu, a list z Polski do USA szedł miesiąc). Chciałem pisać, lubiłem pisać, miałem wiele rzeczy do zakomunikowania i wychodziło to jakoś samo z siebie. Byłem przy tym pozytywnie motywowany każdą odpowiedzią i każdą załatwioną sprawą. Nikt mnie też nie krytykował, ani nie oceniał, więc nie powstawały u mnie żadne blokady. Szklana szyba okazała się więc bardzo cienka i łatwa do rozbicia.

Trochę inaczej było z mówieniem, choć efekt był podobny. Pewnego dnia odkryłem, że zaczynam gadać do siebie po angielsku w głowie. Próbowałem układać sobie korespondencję w głowie, opisywałem sobie to, co widzę, albo opowiadałem sobie wydarzenia z poprzedniego dnia. Czasami wymyślałem też absurdalne dialogi, albo powtarzałem sobie coś, co wyczytałem w książkach. Z jednej strony, wydawało mi się to zupełnie naturalne, gdyż działo się to niejako samo z siebie. Z drugiej zaś strony, niepokoiło mnie to zjawisko, gdyż rozmawianie ze sobą po angielsku nie mieściło się na mojej liście normalnych rzeczy, które robią normalni ludzie w normalnym życiu. Jednak takie zachowanie jest chyba powszechne, co wnioskuję z tego, że odkryłem niedawno na jednym z forów internetowych temat poświęcony nauce własnej, gdzie kilka osób dzieliło się podobnymi doświadczeniami. Rozmawianie ze sobą w głowie po angielsku okazało się bardzo przydatne, kiedy przyszło do kontaktów z native speakerami, gdyż miałem już przećwiczone pewne wzorce i reakcje. Takie przygotowanie sprawiło, że czułem się pewnie i odważnie, choć na pewno mój angielski był wtedy pokraczny i dziwaczny.

Teraz przejdziemy do rzeczy mniej przyjemnych. Ogromny problem sprawiała mi wymowa angielska, gdyż nie słyszałem dźwięków, nie łapałem intonacji, a w konsekwencji nie potrafilem tego z siebie wyprodukować. Kontakty z native speakerami niewiele tutaj dały, a trzeba wyraźnie powiedzieć, że przez rok miałem do dyspozycji kilku Amerykanów. Szklana szyba pękła dopiero w trakcie zajęć z fonetyki na uniwersytecie. Pisałem już zresztą o tym w jednym z wpisów na tym blogu – niemiłosierne piłowanie kolejnych dźwięków w laboratorium językowym przełożyło się na efekt w postaci jednego momentu rozbłysku, kiedy nagle zacząłem słyszeć. Szklana szyba wymowy pękła.

Czytając tak o tym rozbijaniu kolejnych szklanych szyb, można by odnieść wrażenie, że możliwe jest przedostanie się na "nejtiwspikerową stronę mocy", albo przynajmniej postawienie choć dużego palca prawej nogi poza kreską. Nic bardziej błędnego. Wystarczyło wyjechać na jakiś czas do Anglii i nagle okazało się, że szklane szyby poustawiane są wszędzie. Zwykła rozmowa telefoniczna w prostej życiowej kwestii sprawia, że człowiek oblewa się potem. Wypowiedzenie jednego zdania w przychodni lekarskiej spotyka się z błyskawiczną ripostą recepcjonistki – "Could I have your passport, please?". Odzywa się nagle tuziemiec za naszymi plecami i okazuje się, że mówi do nas i COŚ CHCE. Cała duma z dotychczasowych osiągnięć wyparowuje błyskawicznie...

Jakie można więc wyciągnąć wnioski z tych obserwacji? Po pierwsze, najważniejsze jest nasze własne nastawienie. Jeśli mamy problem z mówieniem czy pisaniem po angielsku, należy przestać się zamartwiać na śmierć, czy nam to dobrze wychodzi, a zamiast tego należy zacząć mówić i pisać. And f**k the consequences, jak to mawia Your English Angel. Wszędzie można znaleźć native speakera, z którym można choćby raz na tydzień piwa się napić i pogadać o wszystkim. Wszędzie jest dostępny internet, gdzie można pisać, o czym dusza zapragnie. Po drugie, bardzo ważne jest rozwijanie swoich umiejętności. Nie studiujmy tylko regułek. Nie przerabiajmy suchych podręczników egzaminacyjnych czy repetytoriów. Skupmy się na czytaniu zwykłych książek, oglądaniu zwykłych filmów i rozmowach ze zwykłymi ludźmi. Tak naprawdę rozwija nas właśnie ustawiczne obracanie językiem. Po trzecie, pamiętajmy, że mimo tego, iż będziemy brnęli coraz głębiej w angielski, ciągle będą nam gdzieś pojawiać się szklane szyby. Będą one coraz bardziej przezroczyste, ale pokonanie ich będzie coraz trudniejsze. No ale kto powiedział, że będzie łatwo?